1Jaką, rozumiesz, zazdrość zjednałeś sobie,
Zacny biskupie, w mojej małej osobie
[3],
Żeś mię z domu wyciągnął w te dalsze strony
Od małych dziatek i od teskliwej
[4] żony?
5Nie myśli-ć ona o tym, że ja przy tobie
Głowy nie ufrasuję by namniej sobie;
Że w twym pałacu mieszkam, że przy twym boku
Siadam; koń mój, sługa mój na twym obroku
[5].
Rychlej, niesposobnego
[6] będąc świadom
10Zdrowia mego, frasuje swe serce doma,
Żebych jakiej choroby nagłej nie użył
[7],
Nie mając, kto by mi w tym jej sercem
[8] służył.
Ciężar także domowy, społeczny nama
[9],
Teraz w mej niebytności musi nieść sama,
15Strzegąc w domu porządku, warując
[10] szkody,
Dziatek lichych
[11] pilnując, zakładów zgody
[12].
Któż wie, jesli i tego przed sie nie bierze
[13]
(Acz wątpić nie potrzeba o mojej wierze),
Że na świecie rodzą sie takowe zioła,
20Których smak pamięć domu wygładza zgoła
[14];
Że taka jest muzyka i takie strony
[15],
Których człowiek słuchając, już ani żony,
Ani dziatek nawiedzi
[16], ale w niewoli
Pod pany sromotnymi
[17] wiecznie trwać woli.
25To i czego jest więcej, zawżdy w miłości
Serca trapi, chocia też zstawa
[18] ufności;
A ty nie bądź przyczyną, biskupie drogi,
Niczyjej, lubo słusznej, lub płonej
[19] trwogi.
Ale złącz, jakoś rozwiódł, bo acz oboje
30Twój urząd niesie
[20], wszakże wyroki twoje
Na ludzkiej chęci wiszą
[21]: i ja, i ona
Nie pragniewa do śmierci być rozdzielona
[22].