- Literum
- Lektury szkolne
- Klasy 4–6
- W pustyni i w puszczy
- ROZDZIAŁ XLVI
W pustyni i w puszczy · Henryk Sienkiewicz
ROZDZIAŁ XLVI
ROZDZIAŁ XLVI
2622Wyprawa kapitana Glena i doktora Clarego nie miała bynajmniej na celu odszukania Stasia i Nel. Była to liczna i sowicie zaopatrzona ekspedycja rządowa, wysłana dla zbadania wschodnio-północnych stoków olbrzymiej góry Kilima-Ndżaro oraz mało jeszcze znanych obszernych krain położonych na północ od tej góry. Zarówno kapitan, jak i doktor wiedzieli wprawdzie o porwaniu dzieci z Medinet-el-Fajum, gdyż wiadomość o tym podały dzienniki angielskie i arabskie, ale myśleli, że oboje pomarli albo jęczą w niewoli u Mahdiego, z której nie wydostał się dotychczas żaden Europejczyk. Clary, którego siostra była za Rawlisonem w Bombaju i który zachwycił się bardzo małą Nel w czasie podróży do Kairu, odczuł nadzwyczaj boleśnie jej stratę. Ale i dzielnego chłopaka żałowali obaj z Glenem szczerze. Kilkakrotnie też wysyłali depesze z Mombassa do pana Rawlisona zapytując, czy dzieci nie zostały odnalezione, i dopiero po ostatniej niepomyślnej odpowiedzi, która nadeszła znacznie przed wyruszeniem karawany, stracili ostatecznie wszelką nadzieję.
2623I nie przyszło im nawet do głowy, by dzieci, uwięzione w odległym Chartumie, mogły pojawić się w tych stronach. Często jednak rozmawiali o nich wieczorami po ukończonych pracach dziennych, albowiem doktor nie mógł żadną miarą zapomnieć małej, ślicznej dziewczynki.
2624Tymczasem wyprawa posuwała się coraz dalej. Po dłuższym pobycie na wschodnich stokach Kilima-Ndżaro, po zbadaniu górnego biegu rzeki Sobbatu i Tany oraz gór Kenia kapitan i doktor wykręcili w kierunku północnym i po przebyciu bagnistej Guasso-Nyjro weszli na obszerną równinę, bezludną, a zamieszkaną tylko przez niezliczone stada antylop. Po trzech przeszło miesiącach podróży ludziom należał się dłuższy wypoczynek, więc kapitan Glen, odkrywszy niewielkie jeziorko obfitujące w zdrową, brunatną wodę, kazał rozbić nad nim namioty i zapowiedział dziesięciodniowy postój.
2625W czasie postoju biali zajmowali się polowaniem i porządkowaniem notat geograficznych i przyrodniczych, a Murzyni oddawali się słodkiemu zawsze dla nich próżnowaniu. Owóż zdarzyło się pewnego dnia, że doktor Clary wstawszy rano i zbliżywszy się do brzegu ujrzał kilkunastu Zanzibarczyków z karawany spoglądających z zadartymi głowami na wierzchołek wysokiego drzewa i powtarzających w kółko:
2626— Ndege? — akuna ndege! — Ndege? (Ptak? — nie ptak! — ptak?)
2627Doktor miał krótki wzrok, więc posłał do namiotu po szkła polowe, następnie spojrzał przez nie na ukazywany przez Murzynów przedmiot — i wielkie zdziwienie odbiło się na jego twarzy.
2628— Poproście tu kapitana — rzekł.
2629Lecz zanim Murzyni dobiegli, kapitan ukazał się przed namiotem, wybierał się bowiem na antylopy.
2630— Patrz, Glen — rzekł doktor wskazując ręką w górę.
2631Kapitan zadarł z kolei głowę, przysłonił oczy ręką i zdziwił się nie mniej od doktora.
2632— Latawiec! — zawołał.
2633— Tak, ale Murzyni nie puszczają latawców, więc skąd się tu wziął?
2634— Chyba jakaś osada białych znajduje się w pobliżu lub jakaś misja?…
2635— Trzeci dzień wiatr wieje z zachodu, czyli od stron nieznanych i prawdopodobnie tak samo nie zaludnionych jak ta dżungla. Wiesz zresztą, że tu nie ma żadnych osad ani misji.
2636— To rzeczywiście ciekawe…
2637— Trzeba koniecznie zdjąć tego latawca…
2638— Trzeba. Może się dowiemy, skąd pochodzi.
2639Kapitan dał rozkaz. Drzewo miało kilkadziesiąt metrów wysokości, ale Murzyni wdrapali się natychmiast na szczyt, zdjęli ostrożnie uwięzionego latawca i oddali go w ręce doktora, który spojrzawszy nań rzekł:
2640— Są jakieś napisy… Zobaczmy…
2641I przymrużywszy oczy jął czytać.
2642Nagle twarz mu się zmieniła, ręce zadrżały.
2643— Glen — rzekł — weź to, przeczytaj i upewnij mnie, żem nie dostał udaru słonecznego i że jestem przy zdrowych zmysłach!
2644Kapitan wziął bambusową ramkę, do której arkusz był przytwierdzony, i czytał, co następuje:
2645Nelly Rawlison i Stanisław Tarkowski,odesłani z Chartumu do Faszody,a z Faszody prowadzeni na wschód od Nilu,wyrwali się z rąk derwiszów.Po długich miesiącach podróży przybyli do jeziorależącego na południe od Abisynii.Idą do oceanu.Proszą o spieszną pomoc.
Na boku zaś arkusza znajdował się jeszcze następujący dodatek wypisany drobniejszymi literami:
2646Latawiec ten, z rzędu pięćdziesiąty czwarty, puszczony jest z gór otaczających nieznane w geografii jezioro. Kto go znajdzie, niech da znać do Zarządu Kanału w Port-Saidzie albo do kapitana Glena w Mombassa.
Stanisław Tarkowski
Gdy głos kapitana przebrzmiał, dwaj przyjaciele poczęli spoglądać na siebie w milczeniu.
2647— Co to jest? — zapytał wreszcie doktor Clary.
2648— Oczom nie wierzę! — odpowiedział kapitan.
2649— To przecież nie złudzenie?
2650— Nie.
2651— Wyraźnie napisano: „Nelly Rawlison i Stanisław Tarkowski.”
2652— Jak najwyraźniej…
2653— I oni mogą być gdzieś w tych stronach?
2654— Bóg ich uratował, a więc prawdopodobnie.
2655— Dzięki Mu za to! — zawołał z zapałem doktor.
2656— Ale gdzie ich szukać?
2657— Czy nie ma nic więcej na latawcu?
2658— Jest jeszcze kilka słów, ale w miejscu rozdartym przez gałęzie. Trudno odczytać.
2659Obaj pochylili głowy nad arkuszem i po dłuższym dopiero badaniu zdołali przesylabizować:
2660Pora dżdżysta dawno minęła.
— Co to ma znaczyć? — zapytał doktor.
2661— To, że chłopiec stracił rachubę czasu.
2662— I w ten sposób chciał mniej więcej oznaczyć datę. Masz słuszność! A zatem ten latawiec mógł być puszczony niezbyt dawno.
2663— Jeśli tak jest, to i oni mogą być niezbyt daleko.
2664Gorączkowa urywana rozmowa trwała jeszcze przez chwilę, po czym obaj zaczęli znów badać dokument i rozprawiać osobno nad każdym wypisanym na nim słowem. Rzecz wydawała się jednak tak nieprawdopodobna, że gdyby to nie działo się w stronach, w których nie było wcale Europejczyków, o sześćset przeszło kilometrów od najbliższego pobrzeża, doktor i kapitan przypuszczaliby, że to chyba niewczesny żart, którego dopuściły się jakieś dzieci europejskie po przeczytaniu dzienników opisujących porwanie albo wychowańcy jakiejś misji. Trudno jednak było oczom nie wierzyć: mieli przecie latawca w ręku i mało zatarte napisy czerniały przed nimi wyraźnie.
2665Ale i tak wiele rzeczy nie mieściło im się w głowie. Skąd dzieci wzięły papieru na latawce? Gdyby dostarczyła im go jaka karawana, w takim razie przyłączyłyby się do niej i nie wzywałyby pomocy. Z jakich powodów chłopiec nie starał się uciec wraz z małą towarzyszką do Abisynii? Dlaczego derwisze wysłali ich na wschód od Nilu, w strony nieznane? Jakim sposobem zdołały się wyrwać z rąk straży? Gdzie się ukryły? Jakim cudem przez długie miesiące podróży nie pomarły z głodu? nie stały się łupem dzikich zwierząt? dlaczego nie pomordowali ich dzicy? Na te wszystkie pytania nie było odpowiedzi.
2666— Nic nie rozumiem, nic nie rozumiem — powtarzał doktor Clary — to chyba cud boski!
2667— Niezawodnie — odpowiedział kapitan.
2668Po czym dodał:
2669— Ależ i ten chłopak! Bo to przecie jego dzieło.
2670— I nie opuścił małej. Niech Bóg błogosławi jego głowę i oczy.
2671— Stanley, nawet Stanley nie wyżyłby w tych warunkach przez trzy dni.
2672— A jednak oni żyją.
2673— Ale proszą o pomoc. Postój skończony! Ruszamy natychmiast.
2674I tak się stało. Po drodze obaj przyjaciele badali jeszcze dokument w przekonaniu, że może odnajdą w nim wskazówki co do kierunku, w jakim należało zdążać z pomocą. Ale wskazówek brakło. Kapitan prowadził karawanę zygzakiem, mając nadzieję, że może trafi na jaki ślad, na jakie wygasłe ognisko lub na drzewo z wyciętymi na korze znakami. W ten sposób posuwali się przez kilka dni. Na nieszczęście weszli następnie na równinę zupełnie bezdrzewną, pokrytą wysokim wrzosowiskiem i kępami wyschłej trawy. Niepokój począł ogarniać obu przyjaciół, Jakże łatwo było rozminąć się na tych niezmiernych przestrzeniach nawet z całą karawaną, a cóż dopiero z dwojgiem dzieci, które, jak sobie wyobrażali, pełzły gdzieś tam jak dwa małe robaczki wśród wyższych od nich wrzosów. Upłynął znowu dzień. Nie pomagały ni blaszane puszki z kartkami w środku, zostawiane na kępach, ni ognie w nocy. Kapitan i doktor poczynali chwilami tracić nadzieję, czy im się uda odszukać dzieci, a zwłaszcza czy je odnajdą żywe.
2675Szukali jednak gorliwie i przez następne dni. Patrole, które Glen wysyłał w prawo i lewo, dały wreszcie znać, że dalej zaczyna się pustynia zupełnie bezwodna, więc gdy wypadkiem odkryto jeszcze raz w rozpadlinie ziemnej wodę, trzeba się było przy niej zatrzymać dla zrobienia zapasów na dalszą drogę.
2676Rozpadlina była raczej szparą, głęboką na kilkanaście metrów i stosunkowo bardzo wąską. Na dnie jej biło ciepłe źródło, kipiące jak ukrop, albowiem przesycone kwasem węglowym. Jednakże woda po wystudzeniu okazała się dobra i zdrowa. Źródło było tak obfite, że trzystu ludzi z karawany nie mogło jej wyczerpać. Owszem, im więcej czerpano, tym mocniej biło i wypełniało szparę wyżej.
2677— Może z czasem — mówił doktor Clary — będzie tu jaka miejscowość lecznicza, ale obecnie ta woda jest dla zwierząt niedostępna z powodu zbyt stromych ścian rozpadliny.
2678— Czy dzieci mogą trafić na podobne źródła? — zapytał kapitan.
2679— Nie wiem. Być może, że znajduje się ich w okolicy więcej. Ale jeśli nie, to bez wody muszą zginąć.
2680Nadeszła noc. Rozpalono nędzne ognie, wszelako nie budowano bomy, bo nie było z czego. Po wieczornym posiłku doktor i kapitan zasiedli na składanych krzesłach i zapaliwszy fajki poczęli rozmawiać o tym, co im najbardziej leżało na sercu.
2681— Żadnego śladu! — ozwał się Clary.
2682— Przychodziło mi do głowy — odpowiedział Glen — by wysłać dziesięciu naszych ludzi na brzeg oceanu z depeszą, że jest wiadomość o dzieciach. Ale rad jestem, żem tego nie uczynił, gdyż ludzie prawdopodobnie zginęliby w drodze, a gdyby nawet doszli, to po co budzić na próżno nadzieję…
2683— I odnawiać ból…
2684Doktor zdjął z głowy biały hełm i obtarł spocone czoło.
2685— Słuchaj — rzekł. — A gdybyśmy wrócili nad tamto jezioro, kazali naścinać drzew i palili nocami olbrzymi ogień. Może dzieci dostrzegły…
2686— Gdyby były blisko, to znaleźlibyśmy je i tak, a jeśli są daleko, to wypukłości gruntu ogień zasłonią. Ta płaszczyzna pozornie jest równa, a w rzeczywistości cała w garbach, pofalowana jak ocean. Przy tym cofając się stracilibyśmy ostatecznie możliwość znalezienia nawet ich śladów.
2687— Mów otwarcie, nie masz żadnej nadziei?
2688— Mój drogi, my jesteśmy dorośli, silni i zaradni mężczyźni, a pomyśl, co by się z nami stało, gdybyśmy się znaleźli tu tylko we dwóch, nawet z bronią, ale bez zapasów i bez ludzi…
2689— Tak! niestety, tak… Wyobrażam sobie dwoje dzieci idących w taką noc przez pustynię.
2690— Głód, pragnienie, dzikie zwierzęta…
2691— A jednak chłopiec pisze, że szli tak długie miesiące.
2692— Toteż jest w tym coś, co przechodzi moją wyobraźnię.
2693Przez dłuższy czas słychać było wśród ciszy tylko skwierczenie tytoniu w fajkach. Doktor zapatrzył się w blade głębie nocy, po czym ozwał się przyciszonym głosem:
2694— Późno już, ale sen mnie odbiega… I pomyśleć, że oni, jeśli żyją, to błądzą tam gdzieś przy księżycu, wśród tych suchych wrzosów… sami… takie dzieci! Pamiętasz, Glen, anielską twarz tej małej?
2695— Pamiętam i nie mogę zapomnieć.
2696— Ach! dałbym sobie rękę uciąć, gdyby…
2697I nie dokończył, albowiem kapitan Glen zerwał się jak oparzony.
2698— Raca w oddali! — krzyknął — raca!
2699— Raca! — powtórzył doktor.
2700— Jakaś karawana jest przed nami.
2701— Która może znalazła dzieci!
2702— Może. Spieszmy ku niej!
2703— Naprzód!
2704Rozkazy kapitana rozległy się w jednej chwili w całym obozie. Zanzibarczycy zerwali się na nogi. Niebawem pozapalano pochodnie. Glen w odpowiedzi na daleki sygnał polecił wypuścić kilka rac, jedną po drugiej, a następnie dawać raz po raz karabinowe salwy. Zanim upłynął kwadrans, cały obóz był już w drodze.
2705Z dala odpowiedziały strzały. Nie było już żadnej wątpliwości, że to jakaś europejska karawana wzywa z niewiadomych przyczyn pomocy.
2706Kapitan i doktor biegli na wyścigi, miotani na przemian obawą i nadzieją. Znajdą dzieci czy ich nie znajdą? Doktor mówił sobie w duszy, że jeśli nie, to w dalszej drodze będą mogli chyba szukać tylko ich zwłok wśród tych okropnych wrzosowisk.
2707Po upływie pół godziny jedna z takich wypukłości gruntu, o jakich mówili poprzednio, zasłoniła obu przyjaciołom dalszy widok. Ale byli już tak blisko, że słyszeli wyraźnie tętent koni. Jeszcze kilka minut — i na grzbiecie wzniesienia pojawił się jeździec trzymający przed sobą duży, białawy przedmiot.
2708— W górę pochodnie — skomenderował Glen.
2709W tej samej chwili jeździec osadził konia w kręgu światła.
2710— Wody! Wody!
2711— Dzieci! — zakrzyknął doktor Clary.
2712— Wody! — powtórzył Staś.
2713I prawie rzucił Nel w ręce kapitana, a sam zeskoczył z siodła.
2714Lecz natychmiast zachwiał się i padł jak martwy na ziemię.
Strona 1 z 1 · 98% utworu
Tekst: Wolne Lektury, domena publiczna lub wolna licencja. Spis treści i audiobook.