Boska komedia, Piekło · Dante Alighieri

Pieśń I – Pieśń V

Pieśń I

1

(Wstęp: Las. Zwierzęta. Wirgiliusz.)

Z prostego toru w naszych dni połowie[1]
Podróż, BłądzenieWszedłem w las ciemny[2]; jaka gęstwa dzika,
Jakie w tym lesie okropne pustkowie,
5
Żyjący język tego nie wypowie;
Wspomnienie gorzkie i zgrozą przenika,
Śmierć odeń gorzką nie więcej być może.
Lecz o pomocach mówiąc dobroczynnych,
Jakie spotkałem, zszedłszy w to rozdroże,
10
Powiem, com widział, wiele rzeczy innych.
Jak w ten las wszedłem, przypomnieć nie mogę.
Senny, prawdziwą opuściłem drogę.
Ledwo mnie dzika przywiodła drożyna
Pod górę, gdzie się kończyła dolina,
15
W której mi serce zakrzepło od trwogi.
SłońcePodniosłem oczy, wierzch góry wschodzące
W promienie złote ubierało słońce[3]:
Pewny przewodnik nasz na wszystkie drogi.
Wtenczas uciszył strach mój, choć niesporo,
20
Wzburzone serca mojego jezioro,
Gdy w tę noc straszną ziębiły mnie dreszcze.
I jak tonący, gdy z morza wyskoczy,
Dysząc piersiami rozbit[4] nieszczęśliwy,
Ku niebezpiecznym wodom zwraca oczy,
25
Podobnie duch mój w ten spacer złowrogi,
Skąd nigdy człowiek nie wychodzi żywy[5],
Spojrzał za siebie, choć uciekał jeszcze.
Wytchnąwszy trochę zmordowanym ciałem,
Ruszyłem kroku, ale jeszcze stałem
30
Silnie tą stopą, co była najniżej[6].
I oto w chwili, gdym postąpił wyżej,
ZwierzęPantera z góry, pochyłą jej ścianą,
Biegła okryta skórą cętkowaną[7];
Zwinna i rącza, ile pomnieć mogę,
35
Tak mi stanowczo zastąpiła drogę,
Że nieraz cofać wstecz[8] musiałem nogę.
Był ranek, słońce wschodziło na niebie,
Mając też same gwiazdy wkoło siebie,
Gdy boża miłość te tak piękne twory
40
Nowymi pchnęła po raz pierwszy tory.
Poranek, wiosna rzeźwiąca naturę,
Budziły we mnie nadzieję różową,
Że świetną zwierza upoluję skórę,
Choć nie bez trwogi. Gdy przeszła pantera,
45
Lew szedł naprzeciw i z zadartą głową
Głodowym rykiem grzmiał na paszczę całą,
Zda się powietrze od przestrachu drżało.
W ślad szła wilczyca z wpadłymi bokami[9],
Jakby żądz wszystkich wyschła suchotami,
50
Dla której nędzą część świata przymiera.
Przez strach, co na mnie spoglądał z jej oczu,
Czułem się w jakimś bezwładnym omroczu,
Wstąpić na górę straciłem nadzieję.
Jak Korzyśćten, co w zysku z nałogu podoba[10],
55
Gdy przyjdzie strata, los i siebie wini,
Płacze, wszystkimi myślami boleje,
W takiej wilczyca stawiła mnie doli;
Pchnąc[11] mnie przed sobą, powoli, powoli,
W końcu zepchnęła tam, gdzie milczy słońce.
60
Kiedym w dolinę cofał kroki drżące,
Patrzę, aż jakaś przede mną osoba
Długim milczeniem ochrypiała[12] stoi[13].
Ledwiem ją zoczył[14] na wielkiej pustyni,
Krzyknąłem: «Błagam, bądź mi litościwym,
65
Kto jesteś, marą, czy człowiekiem żywym?»
PoetaGłos rzekł: «człowiekiem nie jestem, lecz byłem,
Mantuańczycy są rodzice moi,
Pod Julijuszem[15] wszedłem na próg świata,
Późno, ostatnie gdy doliczał lata.
70
W Rzymie wesoło pod Augustem żyłem,
Gdy bogom fałszu stawiano ołtarze.
Byłem poetą i śpiewałem męża
Z krwi Anchizesa, który przybył z Troi,
Gród Ilijonu[16], gdy dymił w pożarze.
75
Lecz ty, czy dawna troska cię zwycięża,
Czemu dojść nie chcesz tej pięknej wyżyny,
Pełnego szczęścia źródła i przyczyny?»
Odrzekłem, wstydem czerwieniąc me czoło:
«Tyżeś Wirgili? Zdroju, co daleko
80
Tryskasz szeroką poezyi rzeką,
Zaszczycie, światło spółpoetów[17] tylu,
Jam pieśń twą zbadał jak nikt może drugi,
Z wielką miłością i długim mozołem,
Policz to teraz na karb mej zasługi!
85
Mistrzu! Od ciebie wziąłem piękno stylu,
Co mnie tak wielkim honorem zaszczyca.
Patrz, oto za mną w ślad pędzi wilczyca,
Broń mnie! Patrz, chudą jak wyciąga szyję,
Drżą we mnie żyły, krew pulsami bije».
90
Widząc mnie we łzach mędrzec tak powiada:
«Inną idź drogą, taka moja rada,
Jeśli chcesz umknąć z tej dzikiej ustroni;
Zwierzę to często podróżnych napada,
Zachodzi w drogę, pożre, gdy dogoni.
95
Zwierzę to niczym chuci nie ostudza[18],
W nim nowy pokarm nowy głód rozbudza.
Wiele jest zwierząt, z którymi się para,
I więcej będzie; lecz wilczyca stara
W paszczę brytana[19] gdy przyjdzie, zachrzęści.
100
Na koniec skona w mękach i boleści.
Ziemia i kruszec głodu w nim nie wzmaga,
Żywi go miłość, mądrość i odwaga;
On między Feltro a Feltrem się zjawi[20],
Upokorzoną Italiję[21] zbawi,
105
Dla której prócz tych, co rym nie wylicza,
Umarli Turnus, Kamilla dziewicza[22].
Podłą wilczycę, jej plemię wszeteczne,
Przepędzi z grodów jego ręka chrobra[23],
W końcu w triumfie strąci ją do piekła,
110
Skąd pierwsza zazdrość na świat ją wywlekła.
Teraz ci radzę dla twojego dobra,
Idź za mną, będę twoim przewodnikiem[24]
I przeprowadzę przez królestwo wieczne.
Tam płacz posłyszysz z rozpaczy wykrzykiem,
115
Tam starożytne ujrzysz potępieńce,
Co o śmierć drugą wołają w swej męce[25],
I tych, co radzi w płomieniu goreją
Z cichym wytrwaniem, bo żyją nadzieją
Spółobcowania z błogosławionymi;
120
Chcesz dojść aż do nich i pogościć z nimi;
Tam duch godniejszy wprowadzi już ciebie[26].
Bo królujący na wysokim niebie
Nie chce, by tacy, co ufają we mnie,
W królestwo Jego wchodzili przeze mnie,
125
Nieposłusznego Jego wierze świętej.
On świat ma u stóp swojej wielmożności,
Tron Jego twierdzą tam na wysokości,
Błogi, kto w poczet Jego sług przyjęty».
«Poeto!» rzekłem, «wzywam cię na Boga,
130
Któregoś nie znał, jeśli chcesz, bym zdrowo
Miejsc tych uniknął według twojej rady,
Albo, co gorsze, wilczycy paszczęki:
Prowadź, gdzieś mówił! Moją twoja droga,
Abym oglądać mógł bramę Piotrową
135
I tych, co cierpią wiekuiste męki».
Duch ruszył naprzód, jam szedł w jego ślady.

Pieśń II

137

(Dalszy ciąg wstępu: Beatrycze. Łucja.)

Dzień gasnął[27], wszystko, co żyje na ziemi,
Ukołysane trudy i niewczasy[28]
140
W czarniawe nocy topiło wezgłowie;
Jam się uzbrajał jeden iść w zapasy
Z drogą, z rzeczami litości godnymi,
Co pamięć moja bez błędu opowie.
O genijuszu[29], bądź po mojej chęci!
145
Ty, co pisałeś, com widział, pamięci!
Tu się pokaże twoje uszlachcenie.
«Poeto!» rzekłem, «wprzód osądź, czy mogę
O własnej sile iść w tak wielką drogę?
Ty opowiadasz, jak pomiędzy cienie
150
Z ciałem, co czułe, mdłe i skazitelne,
Zstąpił Eneasz w państwo nieśmiertelne[30].
Jeśli wróg złego był nań tak łaskawy,
Myśląc o wielkich skutkach, jakiej sławy
Krew jego będzie w bohatery płodna;
155
Rzecz ta uwagi wszystkich mędrców godna,
Bo był wybrany w empirejskim niebie
Na ojca Romy i państwa dla siebie.
Wprawdzie zrąb jednej i drugiej budowy
Miastu świętemu za fundament służy[31],
160
Gdzie w kolej siedzi następca Piotrowy.
W sławnej przez ciebie tej jego podróży
Już przepowiednie wróżyły prorocze,
Że on zwycięży i płaszcz papieżowy.
Na koniec Paweł, ta urna wyboru,
165
Był w zachwyceniu ducha wniebowzięty,
Gdzie duch swój ogniem wiary zapłomienia,
Która zasadą jest drogi zbawienia.
Lecz ja dlaczego i po co tu kroczę?
Jam nie Eneasz, jam nie Paweł święty,
170
Nie jestem godzien takiego honoru,
Straszy mnie zamiar nieroztropnej drogi.
Ty jako mędrzec przyczynę mej trwogi
Lepiej pojmujesz, niż się ja wysłowię».
Jak ten, co w niechęć odpada ze chcenia,
175
Dla nowej myśli nagle zdanie zmienia
I rzuca zamysł dojrzały w połowie,
Ważąc się w myślach, nagle ostudzałem
Zamiar poczęty z tak wielkim zapałem.
A cień szlachetny: «Zgaduję z twej mowy,
180
Że ciebie przestrach opanował[32] nowy.
Często gdy trwoga ogarnie człowieka,
Człowiek od czynu wielkiego ucieka.
Jak zwierzę cofa cień widma kłamany.
Aby ci koniec położyć tej trwodze,
185
Powiem, com słyszał, dlaczego przychodzę,
Co moją litość wzbudziło dla ciebie.
Wśród tych, co nie są ni w piekle, ni w niebie,
A ona była tak piękna i święta,
190
Że ją sam o jej prosiłem rozkazy.
Więcej jak gwiazdy błyszczały jej oczy,
Z ust jej szły pełne słodyczy wyrazy,
Głos jej anielski, dźwięk mowy uroczy:
»Duszo na chlubę Mantui poczęta,
195
O! której sława przez tak długie lata
Trwa i trwać będzie aż do końca świata!
Wiedz, mój przyjaciel zabłąkał się nocą,
W strachu z pół drogi cofa kroki swoje;
Z wieści powziętych w niebie, ja się boję,
200
By za daleko nie zbłądził w pustkowie,
Abym za późno nie przyszła z pomocą.
Idź, śpiesz i twojej wymowy ozdobą,
Czym tylko możesz zbawić, całym sobą,
Dopomóż jemu, uspokój mnie w trwodze;
205
Jam Beatrycze, która, byś szedł, mówię.
Z miejsca, gdzie żądam powrócić, przychodzę,
Miłość aż tutaj przywiodła mnie rada,
Miłość te słowa w moje usta wkłada.
Przed moim Panem gdy stanę na niebie,
210
Nieraz mi przyjdzie chwalić za to ciebie«.
Ona umilkła, jam począł na nowo:
»Przez ciebie, pani i wszech cnót królowo[33],
Wyżej w godności człowieczeństwo sięga
Od wszystkich istot w kole niebokręga;
215
Twój rozkaz taką ma moc, że w tej chwili
Słuchać i spełnić będzie mi najmilej,
Więcej twej chęci otwierać nie trzeba.
Lecz powiedz, czemu schodzisz nieostrożnie,
Bez żadnej trwogi na dno tego środka,
220
Aż z wysokości bezmiernego nieba,
Gdzie wrócić sercem tęsknisz tak pobożnie«.
»Gdy chcesz do tyla wiedzieć, przyjacielu,«
Rzekła, »opowiem ci w słowach niewielu.
Schodzę tu śmiało, bo mnie zło nie spotka,
225
Lękać się rzeczy, która drugim szkodzi,
Słuszna, lecz innych lękać się nie godzi.
Ja tak stworzona jestem z łaski Boga,
Mnie nie doścignie waszej nędzy trwoga,
Waszej otchłani płomień i pożoga.
230
Jest w niebie pełna miłosierdzia Pani[34]
Ona boleje tak nad przeszkodami,
Które usunąć dziś twój trud i praca,
Że niebo łamie sprawiedliwość dla niej.
Ona do Łucji[35] z prośbą się obraca
235
I mówi do niej: — Twój wierny cię wzywa,
Ratuj, polecam jego twej opiece!
Łucyja[36] czuła na ten głos, ze łzami
Przychodzi do mnie, gdzie duchem szczęśliwa
Przy starożytnej siedziałam Racheli[37],
240
I mówi: — Boga pochwało prawdziwa!
Idź, ratuj tego, który cię tak kochał,
Wzniósł się przez ciebie, po tobie tak szlochał:
Czy cię nie wzrusza jego skarga tkliwa?
Nie widzisz śmierci, z jaką on na rzece
245
Walczy burzliwszej od morskiej topieli?
O! Nie tak szybko pędzi myśl człowieka
Za swoim zyskiem lub od strat ucieka,
Jak ja, gdy ścichła ta strzelista mowa,
Schodzę tu z mego błogiego siedzenia,
250
Pełna ufności w mądrość twego słowa,
Które zaszczyca ciebie, a słuchacza
Odbitym blaskiem zaszczytu otacza«.
Gdy mówić do mnie w te słowa kończyła,
Błyszczące łzami oczy obróciła,
255
Przez co chęć skorszą[38] poczułem do drogi.
Oto przychodzę do ciebie z jej woli.
Jam cię zachował od wilczycy srogiej,
Co z pięknej góry cofnęła twe nogi.
Co ci jest? Ochłoń z przestrachu powoli!
260
Gdzie twoja śmiałość, twoja wola chrobra[39]?
Kiedy w niebiosach twym losem zajęte
Troszczą się tobą trzy niewiasty święte,
Gdy ja ci tyle obiecuję dobra[40]
Jak chłodem nocy kwiatki pochylone,
265
Gdy ranek słońcem zaświta wesołym,
Ze słońcem swoją podnoszą koronę,
Tak i odwaga do mojego łona
Wstąpiła rzeźwo z strachu otrzeźwiona.
Aż odważony w sobie wykrzyknąłem:
270
«O litościwa, troszcząca się o mnie!
O dobroczynna dusza twa bez skazy,
Co spełnia świętej tak szybko rozkazy.
Czuję, jak we mnie od słów twoich żaru
Iskrzy się zapał pierwszego zamiaru.
275
Wspólna chęć nasza, w niej dotrwam niezłomnie.
Pójdę za tobą z sercem niezachwianem,
Tyś moim wodzem i mistrzem, i panem!»
To rzekłszy, w ślady szedłem przewodnika,
A ścieżka była głęboka i dzika.

Pieśń III

280

(Brama piekielna. Przedpiekle. Tchórze. Celestyn V. Charon.)

Piekło«Przeze mnie droga w gród łez niezliczonych.
Przeze mnie droga w boleść wiekuistą,
Przeze mnie droga w naród zatraconych.
Mój budowniczy był wzniosłym artystą,
285
Sprawiedliwości dna grunt mój dosięga.
Mnie zbudowała wszechmocna potęga,
Mądrość najwyższa, miłość samodzielna.
Przede mną rzeczy nie było stworzonych
Prócz nieśmiertelnych — i jam nieśmiertelna!
290
Wchodzący we mnie, zostawcie nadzieję[41]
W tych słowach napis na bramie czernieje.
«Dla mnie, o mistrzu, straszna treść jej godła».
Mistrz mówił, jakby świadomy tej strony:
«Tutaj lękliwość wszelka, słabość podła,
295
Niech zamrą w tobie, tu zbyć je przystoi.
Piekło, CierpieniePrzyszliśmy w miejsce, gdzie oglądać mamy
Lud nędzny, światła prawdy pozbawiony[42]».
Rzekł i z wesołą twarzą w dłoni mojej
Dłoń swoją złożył, czym ja pocieszony,
300
Wstąpiłem w progi tajemniczej bramy.
Stamtąd wzdychania, żale i okrzyki
Brzmiały pod niebem bez gwiazd osamiałem[43];
Słysząc jęk ludzki, zrazu zapłakałem.
Okropne mowy, zmieszane języki
305
Bólu i gniewu, klask dłoń w dłonie dziki,
Głosy na przemian ostre, to chrypiące
Tworzyły hałas starciem się wzajemnym,
Który złamany na wrzasków tysiące
Wił się w powietrzu nieśmiertelnie ciemnym,
310
Jak tuman piasku, gdy nim wicher dysze.
Ja, mając zgrozą opasaną głowę,
Mówiłem: «Mistrzu, ach, co ja tu słyszę?
Co za lud cierpi męki tak surowe?»
A SamolubstwoMistrz: «Los nędzny widzisz tych, co cały
315
Żywot przeżyli bez hańby i chwały[44].
Ni źli, ni dobrzy, zmieszani wespoły,
Z obojętnymi wśród buntu anioły,
Gdy Bóg zuchwałych strącił w przepaść zguby;
Ni wierni, zdrajcy, tylko samoluby.
320
Żeby mniej pięknym nie być, tych nędzników
Jako zakały niebo się wyrzekło;
Ich i głębokie nie przyjmuje piekło,
By przez nich dumy nie podnieść grzeszników».
A ja: «Mój mistrzu, powiedz, niech się dowiem,
325
Jakiej boleści robak ich tak wierci?»
Mistrz mówił: «Krótko na to ci odpowiem:
Dla nich nadziei nie ma drugiej śmierci,
Życie ich ślepe z treści jest tak gminnej,
Że tu zazdroszczą każdej doli innej.
330
Świat ich zapomniał, gdy zeszli ze świata,
Prawo i łaska takimi pomiata;
Słów o nich szkoda, idź, patrz mimochodem».
Patrzę: chorągiew wciąż kręci się młynkiem,
Snadź, że niegodna odetchnąć spoczynkiem;
335
Lud za nią długim ciągnie korowodem,
Iżby śmierć mogła, nigdy bym nie sądził,
Zebrać zarazem tylu nieboszczyków:
Poznałem wielu i ów cień, co zbłądził
Wielkim ustępstwem[45]. Pojąłem w tej chwili
340
Obrzydłych niebu i piekłu grzeszników.
Ci nieszczęśliwi, co żyjąc, nie żyli,
Szli nadzy, szpetnie obnażone ciało
Bez przerwy mnóstwo much i os kąsało[46].
Krew z ich policzków tryskała kroplami;
345
Krew spadającą, zmieszaną ze łzami,
U stóp ich głodne robactwo chwytało.
Patrzałem dalej: przybyły lud świeży,
Nad wielką rzeką snuł się wzdłuż wybrzeży.
Więc rzekłem: «Mistrzu, zapytać cię muszę,
350
Racz mnie oświecić, jakie to są dusze?
I jakie prawo, ile dojrzeć mogę,
Nagli je w dalszą przez tę rzekę drogę?
Po co tak śpieszą, gdzie ich cel podróży?»
A on: «Rzecz cała jasno się wyłoży
355
Nie wprzód, aż przyjdziem nad brzeg Acheronu[47]».
Odgadłszy z mistrza surowego tonu
Snadź niewczesnego pytania przyganę,
Szedłem, spuściwszy oczy zasromane[48],
Z silną milczenia wolą aż do brzegu.
360
Wtem starzec biały w pełnym łódki biegu
Przypłynął do nas i z łodzi wysiada,
I krzyczy: «Biada wam, nędzniki, biada!
Drzwi nieba dla was zamknięte na wieki.
Przybywam, aby na drugi brzeg rzeki
365
Przewieźć was, duchy, w kraj ognia i mrozu.
A ty, żyjący, co tu zrobisz z nimi?
Tobie nie płynąć między umarłymi».
Widząc, że stoję, rzekł słowy groźnymi:
«W innej przystani idź szukać przewozu,
370
Do której wcale nie dojdziesz tą drogą.
Aby cię przewieźć, trzeba lżejszej łodzi[49]».
Przewodnik mój rzekł: «Hamuj gniew, Charonie,
Bo tam chcą tego, gdzie, czego chcą, mogą;
Nie pytaj więcej». Na te krótkie słowa,
375
Gęsto zarosła włosem i surowa
Twarz przewoźnika wnet się wypogadza,
Tylko oczyma wybuch gniewu zdradza,
Które płomienną obrączką obwodzi.
Lecz duchy nagie, stojące na stronie,
380
Tak okropnymi wylękłe słowami,
Zbladły i dziko zgrzytały zębami;
Bluźniły Bogu i klęły poczęty
Swój żywot, miejsce i czas urodzenia,
Klęły nasienie swojego nasienia;
385
Potem szlochając, szły na brzeg przeklęty,
Który każdego w progu swej ostoi
Czeka, kto tylko Boga się nie boi!
Grzech, ŚmierćCharon jak żarem zaognił powieki,
Znak daje, duchów tłoczy się gromada,
390
Leniwych wiosłem zapędza do rzeki.
Kiedy jesienny wiatr powietrze chłodzi,
Z drzewa pożółkły liść za liściem spada,
Aż nim ostatni liść spadnie na ziemię:
Tak adamowe znikczemniałe plemię,
395
Jeden za drugim, na znak przewoźnika,
Z stromego brzegu rzuca się do łodzi,
Jak ptak znęcony wołaniem ptasznika.
Po mętnych falach idzie łódź leniwa,
A już, nim jeszcze dojdzie ku brzegowi,
400
Czekają na nią współwędrowcy nowi.
«Synu mój!» — mistrz się łagodnie odzywa:
«Sumienie, ZaświatyCo w gniewie bożym skończyli swe lata,
Wszyscy tu biegną z wszystkich krańców świata[50].
Pilno im przebyć Acheronu wody
405
I tak ich silnie bodzie głos sumienia,
Że tu ich trwoga w żądzę się zamienia.
Duch czysty nigdy nie przechodził tędy;
Jeśliś Charona doznał cierpkiej zrzędy[51],
Teraz wiesz, jakie miał do niej powody».
410
Zamilkł, a ciemna błoń drżała wokoło,
Gdy wspomnę, zimny zlewa mi pot czoło.
Wstał wiatr, jaskrawe burzy błyskawice
Wskroś oświeciły tę łez okolicę.
Tracąc przytomność bolałem i bladłem,
415
I jak zmorzony człowiek snem upadłem[52].

Pieśń IV

416

(Krąg I. Niechrzczeni. Bohaterowie, poeci, filozofowie pogańscy.)

Huk tak potężny sen mi spłoszył z powiek,
Chwiałem się cały z wrażeniem niemiłem,
Jak nagle ze snu przebudzony człowiek.
420
Wstałem i we śnie wypoczętym okiem
Wodziłem wkoło, badając, gdzie byłem.
Byłem nad brzegiem otchłani boleści,
Z której bez końca zgiełk zmieszanej treści
Huczał jękami, westchnieniem głębokiem,
425
Jako huk grzmotów daleki i długi.
Spojrzałem w otchłań: mglista i głęboka,
Straszliwie ciemna jak ślepota oka.
Strach«Wstąpmy w świat ciemny», przewodnik mój blady
Rzekł do mnie: «Wstąpmy, ja pierwszy, ty drugi».
430
A ja spostrzegłszy jego twarz zmienioną,
Mówiłem: «Mistrzu! Głowo do porady,
Pocieszycielu, ty, moja obrono,
Gdy ty się boisz, kto się iść odważy?».
A on: «Otchłani męczarnie i bole,
435
Jęk nieszczęśliwych, co tam jęczą w dole,
Litością w mojej malują się twarzy,
A którą w błędzie ty bierzesz za trwogę;
Idźmy, bo mamy jeszcze długą drogę».
I mnie wprowadził, a sam naprzód kroczył,
440
W krąg pierwszy, który tę otchłań otoczył[53].
Tam, ilem słyszał, ile pomnieć mogę,
Nie były skargi, lecz tylko westchnienia,
Od których wieczne powietrze wciąż drżało:
Był to głos jakiś smutku bez cierpienia,
445
Głos mnóstwa mężów i niewiast, i dzieci.
GrzechMistrz dobry mówił: «Czemu mnie nie pytasz,
Co są za duchy, które okiem witasz?
Chcę, żebyś wiedział, nim pójdziemy dalej.
Grzech i występek tych duchów nie szpeci,
450
Ale na cnotach choć im nie zbywało,
Chrzest cnót nie święcił, ta brama twej wiary!
A chociaż przyszli na ziemię przed chrzestem[54].
Oni, jak trzeba, Boga nie kochali.
Z liczby tych duchów oto ja sam jestem!
455
Za to nieszczęście, nie za grzech, z kolei
Spadła kaźń na nas, a treścią tej kary,
Że pożądamy wiecznie bez nadziei».
Słysząc to, boleść uczułem tajemną,
Bom poznał wielu obecnych przede mną,
460
Co byli ludźmi wznioślejszego rzędu,
Dziś w sieni piekieł jakby w zawieszeniu.
«Mów», zawołałem: «Mistrzu mój i panie!
Abyś mnie w moim umocnił wierzeniu,
Które zwycięża moc wszelkiego błędu:
465
Czy nikt z tych duchów o własnej zasłudze
Lub za przyczyną przez zasługi cudze
Nie wstąpił kiedy w niebios pomieszkanie?»
On, który pojął skrytą myśl tej mowy,
Tak odpowiedział: «Byłem tu gość nowy,
470
Kiedy widziałem, jak wszedł Pan nad pany,
Znakiem zwycięstwa ukoronowany!
On stąd cień wyrwał naszego praojca
I Abla, jego syna, i Noego,
Mojżesza, sługę zakonu bożego;
475
Abraham, Dawid, Izrael, Rachela
Z potomstwem swoim, w triumfie wesela
Wstąpili za nim do chwały ogrojca[55]!
Wiedz, że przed nimi w tę otchłań z wtrąconych
Zgoła dusz ludzkich nie było zbawionych».
480
Tak idąc, rzucał mi słowo po słowie,
A szliśmy lasem, lasem duchów, mówię.
Jeszcze byliśmy przy otchłani blisko,
Gdy zmrok tłumiące ujrzałem ognisko,
A idąc dalej, przy blasku płomienia
485
Spostrzegłem duchy szlachetne z wejrzenia.
«O ty, wszech nauk i sztuki zaszczycie!
Mów, kto są oni i jaka to chwała
Od drugich miejsce osobne im dała?»
A on mi na to: «Gdzie ty pędzisz życie,
490
Tam o nich dobra sława pozostała;
Przez wzgląd na blask jej, jakim ich otacza,
Łaska ich nieba od drugich odznacza».
Wtem: «Oto jego cień!» głos mnie doleci,
«Wraca, uczcijcie poetę, poeci!»
495
Na ten głos zamilkł, a od światła strony,
Wprost do nas cztery szły cienie olbrzymie,
Twarz ich ni smutna była, ni wesoła;
Poeta«Patrz no na tego», mistrz na mnie zawoła,
«Co z mieczem w ręku idący na przedzie,
500
Drugich za sobą niby król ich wiedzie.
To Homer, wieszczów książę urodzony!
Za nim Horacy, Owidyjusz[56] trzeci,
Ostatni Lukan; każdy z nich na imię
Jak ja zasłużył, które niegdyś brzmiało.
505
Patrz, cześć mi niosą: to i dla nich chwałą».
I tak się zeszła księcia piękna szkoła[57],
Który nad nimi lot pieśni wysokiej
Jeden jak orzeł wznosił pod obłoki.
Zwróciwszy twarze po chwili rozmowy,
510
Mnie pozdrowili pochyleniem głowy;
Mistrz się uśmiechnął na mój zaszczyt nowy.
Jeszcze doznałem większego honoru,
Bo mnie przyjęli do swojego koła
I byłem szósty z genijuszów[58] chóru.
515
Tak do ogniska szliśmy gronem całem.
Mówiąc o rzeczach niejednych z zapałem,
O których milczeć tak pięknie w tej chwili,
Jak było pięknie mówić, gdzieśmy byli.
Stał świetny zamek z darniowym tarasem,
520
Mur siedmiorakim otoczył go pasem[59],
Strumień okrążał falami bystremi,
Przeszliśmy po nim jak po twardej ziemi:
I przez bram siedem, i z siedmiu mędrcami
Wszedłem na łąkę usłaną kwiatami.
525
Tam inne cienie snuły się przed nami,
Poważne, z wzrokiem stałym i pogodnym,
Twarze myślące, spokojne ich ruchy,
Mówiły rzadko i głosem łagodnym.
I na tej łące zeszliśmy na stronę,
530
W miejsce otwarte, trochę podniesione,
Skąd mogłem widzieć wszystkie piękne duchy.
Na trawach świeżej i wonnej zieleni
Stoją i siedzą mężowie wsławieni;
Drżałem z radości, dumny ich widzeniem!
535
Wkoło Elektry[60] mnóstwo mężów stoi:
Hektor, Eneasz, bohatery Troi,
I Cezar zbrojny sokolim spojrzeniem.
Widziałem z drugiej strony od pagórka,
Pentezyleę i króla Latyna,
540
Przy nim Lawinia siedzi, jego córka.
Widziałem Bruta, pogromcę Tarkwina,
Lukrecję, Julię[61], chlubę płci niewieściej;
Jeden Saladyn siedział na uboczy.
Potem widziałem, podniósłszy me oczy,
545
Mistrza uczonych[62] z powagą na czole.
Siedział w rodzinnym filozofów kole,
Powszechnej hołdem otoczony cześci[63].
Sokrates, Platon, poważni z wejrzenia,
Najbliższe przy nim zajęli siedzenia.
550
To liczne grono Demokryt pomnożył,
Podług którego świat przypadek stworzył.
Tales, Empedokl, Heraklit z Zenonem,
Siedzieli głębiej w tym kole uczonem:
Tam był Orfeusz i Dijoskoryda[64],
555
Cyceron, Liwiusz, badacze człowieka,
I moralista znajomy, Seneka.
Tam geometrę widziałem Euklida,
Ptolomeusza i Awicenesa,
I Hipokrata, i Aweroesa,
560
Który napisał komentarz nie lada[65].
Wszystkich nie zliczę, bo wielkość przedmiotu
Od nich myśl moją porywa do lotu,
A słowa zdążyć za myślą nie mogą.
Wkrótce o dwóch nas zmniejszyła gromada:
565
Inną mnie powiódł mój przewodnik drogą
Z ciszy powietrza w kraj burz i zamieci
I idziem[66], idziem, kędy nic nie świeci.

Pieśń V

568

(Krąg II. Minos. Grzesznicy z miłości. Franczeska z Rimini.)

PotwórWszedłem w krąg drugi, ciaśniejszy, gdzie krzyki
570
I jęki boleść zaostrza w ton dziki.
Tam straszny Minos z czołem nasrożonym[67]
Patrząc ponuro i zgrzytając wściekle,
Bada i sądzi wchodzące grzeszniki,
Wyroków swoich znak dając ogonem.
575
Dusza, na której cięży grzechu plama,
Gdy przed nim staje, spowiada się sama.
A on, głęboki znawca wagi grzechów,
Widząc, gdzie miejsce zasłużyła w piekle,
Ile się razy ogonem obwinie,
580
O tyle szczebli wśród szatańskich śmiechów
Dusza w dół spada w piekielne głębinie[68].
Wciąż przed nim stoi wielka dusz gromada,
Jedna po drugiej na wyrok pośpiesza,
Mówi i słucha — i wnet w głąb zapada.
585
Minos, postrzegłszy, że z mym mistrzem wchodzę,
Na chwilę straszne swe sądy zawiesza
I krzyknie ku mnie: «Zuchwały, nim wejdziesz,
Obacz, gdzie wchodzisz, zważ, na kogo liczysz,
Wchód tu szeroki, lecz wstecz nie odejdziesz».
590
A mistrz ofuknął wzajem: «Co tak krzyczysz?
Nie tobie naszej sprzeciwić się drodze;
Ten mu ją wskazał, który wszystko może,
Co chce. — Dość na tym! Nie wstrzymuj nas dłużej».
Wtem usłyszałem łkania i jęczenia
595
I wszedłem w miejsce, gdzie mrok nieprzejrzany,
Noc bez żadnego światła i promienia,
A w głębi jego ryczy jakby morze,
Kiedy nim wiatry przeciwne śród burzy
Szamocą, tłuką, aż do białej piany.
600
Wicher piekielny ciągle się tam sroży,
Porywa duchy, unosi i ciska
O potrzaskanej skały rumowiska,
Gdzie jęcząc, płacząc, bluźnią mocy bożej.
Grzesznicy owi te cierpią katusze[69],
605
Co swe zmysłami ścieleśnili dusze.
Wiatr, Grzech, Miłość, Pożądanie, Grzech, KaraA jako w jesień, w czas odlotu ptaków,
Gęstymi pułki[70] lecą stada szpaków,
Tak owe duchy wiatr prądem zawiei
Gnał tu i owdzie: i znać z ich wejrzenia,
610
Że już na wieki pozbyły nadziei
Nie tylko kresu, lecz ulgi cierpienia.
I jak żurawie w powietrznej przestrzeni
Lecą i nucą żałośnie: tak ku mnie,
Jęcząc, gromady nieszczęśliwych cieni
615
Pędzone wiatrem zbliżały się tłumnie.
«O! Mistrzu!» rzekłem, «I któż są te dusze,
Tak udręczone w ciągłej zawierusze?»
A mistrz: — «Ta pierwsza, co widzisz, po przedzie
Rej chóru duchów na powietrzu wiedzie,
620
Przed wieki była wielu ziem królową
I wielu ludów różnych krwią i mową,
Lecz oszalała krewkością namiętną,
Prawem zatarła kazirodztwa piętno,
By hańbą w dziejach nie ciężyło na niej.
625
To Semiramis[71], dziedziczka i pani
Krajów azyjskich[72], gdzie dziś Turczyn broi.
Ta druga [73] z sercem miłością zranionem,
Dni swe przecięła dobrowolnym zgonem,
Łamiąc przysięgę cieniom Sycheusza.
630
To Kleopatra na chuć rozpasana.
Helena, Parys, sprawcy nieszczęść Troi;
Achilles, można, ale krewka dusza,
Obok błędnego rycerza Tristana[74]».
I tłum dusz innych wskazał mi Wirgili,
635
Co żądz gorączką życie przetrawili;
A ja, gdym słyszał zwane po imieniu
Starego świata niewiasty i męże,
Litość, myślałem, zmysły mi rozprzęże,
I jak wpół martwy stałem w osłupieniu.
640
I mówię: «Mistrzu! kto są te dwa duchy,
Które wiatr lekko unosi jak puchy?
Chcę mówić z nimi». — «Czekaj», mistrz powiada
«Aż je tu ku nam wiatr przywieje bliżej
Zaklnij na miłość, która nimi włada,
645
A zlecą ku nam». — Gdy lecieli niżej,
Rzekłem — «Pomówcie z nami, nieszczęśliwi!
Przez miłość, którą pałaliście żywi».
A jak gołębi para szybko leci
Z rozpiętym skrzydłem do gniazda swych dzieci
650
Tak one spośród orszaku Dydony,
Przez prąd wichrowy, w powietrznym zamęcie
Ku nam zwróciły swój lot przyśpieszony:
Taką moc miało miłosne zaklęcie.
«O! czuła», rzekły, «i szlachetna duszo!
655
Co nas odwiedzić szedłeś w te otchłanie
I masz snadź[75] litość nad naszą katuszą!
Gdybyśmy śmieli wznieść nasze wołanie
Ku Panu świata i gdyby On w niebie
Przyjąć je raczył, wnet byśmy oboje
660
Prosili Jego o pokój dla ciebie,
Tak nam jest miłe to współczucie twoje.
Pytać lub o czym chcesz rozmawiać z nami?
Mów, będziem słuchać albo odpowiemy,
Póki wiatr będzie, jak w tej chwili, niemy».
665
«Kto wy?» im rzekłem, «powiedźcie to sami».
Miłość, Miłość tragicznaJeden z nich na to: «Ziemia ma rodzima[76]
Leży nad morzem, gdzie doń swoje wody
Rzeka powiedzie z towarzyszki swymi[77].
Miłość, co łatwo tkliwe serca ima[78],
670
Ujęła jego wdziękiem mej urody,
Którą, niestety! słynęłam na ziemi,
Nim śmierć ją nagle zniszczyła sposobem,
Co mnie przeraża nawet poza grobem.
Miłość, co prawem tajemniczym skłania
675
Serca kochanych wzajem do kochania,
Tak mnie ku niemu nakłania nawzajem,
Że się, jak widzisz, nigdy nie rozstajem.
Miłość nas o śmierć przyprawiła wspólną,
Kaina[79] czeka naszego mordercę».
680
Gdy duch to mówił, głos jego za serce
Tak mnie ujmował, że z łzą mimowolną
Schyliwszy czoło, stałem, aż po chwili:
«O czym tak myślisz?» spytał mnie Wirgili.
«O mistrzu!» rzekłem, «ileż słodkich myśli,
685
Ile żądz wrzało w ich sercu i głowie,
Nim do upadku i do zguby przyszli!»
Potem się do nich zwróciłem i mówię:
«Franczesko! widzisz, że mi słowa twoje
Łzy wyciskają; ale pozwól spytać,
690
Jak was snadź[80] miłość przywiodła oboje
Tajoną wzajem głąb serc waszych czytać?»
A ona na to: «Miłość, Miłość tragicznaAch, nic tak nie boli,
Jak chwile szczęścia wspominać w niedoli[81]!
Lecz gdy ty, gościu, chcesz wiedzieć początek
695
Miłości naszej, na mój ból nie baczę;
Powiem, jak pierwszy zawiązał się wątek,
Podobna temu, co mówi i płacze.
Raz dla zabawy wzięła nas ochota
Czytać w głos dzieje przygód Lancelota, [82]
700
Jako go miłość przemogła swą siłą.
Byliśmy sami, bez żadnej złej myśli.
Oko się nasze nieraz łzą zaćmiło,
Nieraz twarz zbladła, aż w końcuśmy przyszli
Do tego miejsca, co nas zwyciężyło:
705
Gdyśmy czytali, ile jest uroku,
Ile rozkoszy w pocałunku lubej —
Oczy się nasze nawzajem spotkały.
Ten, co już odtąd wiecznie przy mym boku,
Powstał niepomny na me cudze śluby
710
I pocałował mnie w usta drżąc cały.
Pisarz tej księgi był nam Galeotą[83]
Już żeśmy więcej w tym dniu nie czytali».
Gdy jeden mówił, duch drugi zgryzotą
Zdjęty, tak płakał, żem zwątpił, azali[84]
715
Zniosę tę boleść, i czułem, że bladłem.
Straciłem siły i jak martwy padłem.

Tekst: Wolne Lektury, domena publiczna lub wolna licencja. Spis treści i audiobook.