Chłopi, Część czwarta - Lato · Władysław Stanisław Reymont

IV

ok. 35 min czytania

IV

962

Ale przez takie przeróżne a ciężkie przejścia Hanka całkiem nie mogła zasnąć tej nocy, a przy tym cięgiem[257] się jej widziało, że słyszy czyjeś kroki w opłotkach, to na drodze, to nawet jakby pod samą chałupą. Nasłuchiwała z bijącym sercem, ale cały dom spał głęboko, nawet dzieci nie matyjasiły, noc była głucha, chociaż widnawa, gwiazdy zaglądały w okna i niekiedy poszumiały drzewa, gdyż jakoś od samego północka podniósł się wiater[258] przedmuchując kiej niekiej[259].

963

W izbie było duszno i gorąco, zły fetor zalatywał od kacząt nocujących pod łóżkami, ale Hance nie chciało się otworzyć okna, śpik[260] już ją całkiem odszedł, parzyła ją pierzyna i poduszki zdały się rozpalone kiej[261] blachy, że jeno przewracała się z boku na bok, coraz barzej[262] niespokojna, boć te przeróżne pomyślunki roiły się we głowie kieby[263] mrowisko, obłażąc ją całą gorącymi potami, a przejmując takim dygotem, że już nie mogąc zapanować nad strachem porwała się nagle z łóżka i boso, w koszuli, a ze siekierą w garści, która się jakoś sama nawinęła, poszła w podwórze.

964

Wszyćko[264] tam stojało[265] na rozcież[266] wywarte[267], ale wszędy[268] leżała niezgłębiona cichość śpiku[269]. Pietrek[270] chrapał rozciągnięty pod stajnią, konie gryzły obroki pobrzękując łańcuchami uździenic, zaś krowy niepowiązane na noc w oborze porozłaziły się w podwórzu, leżały przeżuwając i glamiąc oślinionymi gębulami, podnosząc ku niej ciężkie, rogate łby i czarne, niepojęte gały ślepiów.

965

Powróciła do łóżka i leżąc z otwartymi oczami, znowu trwożnie nasłuchiwała, gdyż przychodziły takie chwile, w których byłaby dała głowę, jako[271] wyraźnie roznoszą się jakieś głosy i głuche, dalekie kroki.

966

— A może w którejś chałupie nie śpią i poredzają[272]! — próbowała sobie wyrozumieć, lecz skoro jeno[273] chyla tyla[274] poszarzały okna, podniesła[275] się i narzuciwszy Antkowy kożuch wyszła przed dom.

967

W ganku Witkowy bociek spał na jednej nodze i ze łbem podwiniętym pod skrzydło, zaś w opłotkach bieliły się pokulone stadka gęsi.

968

Czuby drzew już się wypinały z nocy, rosa kapała obficie z wierzchołków, trzepiąc o liście i trawy, zawiewał rzeźwy, krzepiący chłód.

969

Niskie, sinawe opary obtulały pola, z których jeno[276] kajś niekaj[277] rwały się co wyższe drzewa buchając w górę niby te czarne, gęste dymy.

970

Staw polśniewał jak to ślepe, wielgachne oko zasute pomroką, olszowe wysady gwarzyły nad nim cichuśko i trwożnie, gdyż wszystko jeszcze dokoła spało, zatopione w szarym, nieprzejrzanym mącie i cichości.

971

Hanka przysiadła na przyźbie[278] i przytuliwszy się do ściany zadrzemała, ani się tego spodziewając, na jakie dobre parę pacierzów, bo kiej[279] przecknęła, noc już była zbielała[280] do cna i na wschodzie rozpalały się czerwone zorze jako te łuny dalekie.

972

— Jak wyszli o chłodzie, to ani chybi, co ino[281] ich patrzeć! — myślała wyzierając na drogę, tak się czuła skrzepioną tym krótkim śpikiem, że nie wróciła już do łóżka i aby łacniej[282] doczekać się słońca, wyniesła[283] dziecińskie szmaty i poszła je przeprać we stawie.

973

A dzień podnosił się coraz chybciej[284], że pokrótce zapiał kajś[285] pierwszy kogut, a wnet po nim jęły[286] trzepotać skrzydłami drugie i przekrzykiwać się rozgłośniej na całą wieś, zaś potem zaśpiewały skowronki, ale jeszcze z rzadka, i z przyziemnych mroków wyłaniały się z wolna bielone ściany, płoty a puste, orosiałe[287] drogi.

974

Hanka prała zawzięcie, gdy naraz kajś[288] niedaleko rozległy się ciche stąpania, przywarła w miejscu kiej[289] trusia, pilnie przezierając dokoła, jakiś cień przedzierał się z obejścia Balcerkowej i sunął czająco pod drzewami.

975

— Juści, co od Marysi, ale kto? — ważyła nie mogąc rozpoznać, gdyż cień przepadł nagle i bez śladu. — Taka harna, taka zadufana w swoją urodę, a puszcza na noc chłopaków! kto by się to spodział!

976

Myślała zgorszona, spostrzegając znowu, że młynarczyk przemyka się z drugiego końca wsi.

977

— Pewnikiem z karczmy, od Magdy! A to jak wilki tłuką się po nocy. Co się to wyprawia! — westchnęła, lecz ją samą przejęły jakieś ciągotki, gdyż raz po raz przeciągała się z lubością, ale że woda była chłodnawa, to prędko przeszło, i wzięła nucić ściszonym, a tęsknością nabranym głosem:

Kiedy ranne wstają zorze!
978

Pieśń leciała nisko po rosie, wsiąkając w zróżowione świtania.

979

Pora już była wstawać, po wsi zaczęły się rozlegać brzęki otwieranych okien, klekoty trepów i przeróżne głosy.

980

Hanka, jeno[290] rozwiesiwszy przeprane szmaty na płocie, poleciała budzić swoich, ale tak byli jeszcze śpikiem[291] zmorzeni, że co która głowa się uniesła[292], to zaraz padała ciężko, niczego nie miarkując[293].

981

Zeźliła się niemało, gdyż Pietrek krzyknął na nią z góry:

982

— Psiachmać! Pora jeszcze, do słońca spał będę! — i ani się ruszył.

983

Dzieci też jęły się mazać, a Józka skarżyła się żałośnie:

984

— Jeszcze ździebko, Hanuś! Dyć dopiero co się przyłożyłam…

985

Przyciszyła dzieci, powypędzała drób z chlewów, a przeczekawszy jeszcze z pacierz, już przed samym wschodem, kiej[294] wyniesione niebo całkiem rozgorzało, a staw sczerwienił się od zórz, narobiła takiego piekła, jaże[295] musieli się pozwlekać z barłogów. Wsiadła też z miejsca na Witka, któren[296] łaził zaspany cochając się[297] jeno o węgły i drapiąc.

986

— Jak cię czym twardym zleję, to przeckniesz! Czemuś to, pokrako jedna, krów nie powiązał do żłobów! Chcesz, aby se w nocy kałduny popruły rogami?

987

Odszczeknął cosik[298], aż skoczyła do niego, szczęściem, co nie czekał, więc zajrzawszy do stajni czepiła się Pietrka.

988

— Konie dzwonią zębami o pusty żłób, a ty się wylegujesz do wschodu!

989

— Wydzieracie się kiej sroka na deszcz. Cała wieś słyszy! — mruknął.

990

— A niech słyszy! Niech wiedzą, jakiś to wałkoń i próżniak! Czekaj, wróci gospodarz, to ci da radę, obaczysz! Józka — zakrzyczała znów w drugiej stronie podwórza — krasula ma twarde wymiona, ciągnij mocno, byś znowu pół mleka nie ostawiła! A śpiesz z udojem, na wsi już wyganiają krowy! Witek! bierz śniadanie i wypędzaj, a pogub mi owce, jak wczoraj, to się z tobą rozprawię! — rozrządzała zwijając się sama jak fryga; kurom podrzuciła przygarście ziarna, świniom kwiczącym pod chałupą wyniesła cebratkę z żarciem, cielęciu odsadzonemu od matki sporządziła picie, sypnęła kaszy gotowanej kaczętom i wygnała je na staw. Witek dostał pięścią za plecy i śniadanie do torby, nie przepomniała[299] nawet boćka, stawiając mu w ganku żeleźniak z wczorajszymi ziemniakami, że przyczajał się, klekotał, a kuł w niego i wyjadał. Była wszędy[300], o wszystkim pamiętała i na wszyćko[301] miała sposobną radę.

991

A skoro Witek pognał krowy i owce, zabrała się do Pietrka, nie mogąc ścierpieć, iż się wałęsa bez roboty.

992

— Wyrzuć gnój z obory! krowom w nocy gorąco i tytłają się kiej[302] świnie.

993

Słońce właśnie co jeno[303] wyjrzało z dalekości, ogarniając świat czerwonym, gorącym okiem, gdy zaczęły się schodzić komornice, robiące w odrobku za ziemię pod len i ziemniaki.

994

Zapędziła Józkę do obierania ziemniaków, dała piersi dziecku i okrywszy się w zapaskę rzekła:

995

— Miej ta baczenie[304] na wszystko! A jakby Antek wrócił, daj znać na kapuśniki. Chodźta, kobiety, póki rosa a chłodniej, okopiemy nieco kapusty, a od śniadania wrócim do wczorajszej roboty.

996

Powiedła[305] je poza młyn, na niskie łąki i mokradła siwe jeszczek[306] od rosy i mgieł opadających. Torfiaste ziemie uginały się pod nogami kiej[307] rzemienne pasy, zaś gdzieniegdzie tak było grząsko, że musiały obchodzić, w bruzdach głębokich niby rowy stały spleśniałe wody, pokryte zieloną rzęsą.

997

Na kapuśniskach nie było jeszcze nikogo, jeno[308] czajki kołowały nad zagonami, a boćki chodziły kiwający, pilnie bobrując[309]. Pachniało bagnem i surowizną tataraków a trzcin, co poobsiadały kępami stare, zapadłe doły torfowe.

998

— Piękny czas, ale widzi mi się, na spiekę[310] idzie — ozwała się któraś.

999

— Dobrze, co[311] wiater przechładza.

1000

— Bo rano, barzej[312] on suszy niźli słońce.

1001

— Dawno nie pamiętają tak suchego lata! — pogadywały stając do roboty na wyniesionych zagonach kapusty.

1002

— Jak to wyrosła, już się poniektóre skłębiają na główki.

1003

— Żeby jeno nie objadły robaczyska. Susza, to mogą się jeszcze rzucić.

1004

— A mogą. Na Woli obżarły już ze szczętem.

1005

— W Modlicy zaś wyschła do cna, musiały sadzić na nowo.

1006

Poredzały[313] dziabiąc motyczkami ziemię i kopiasto obsypując grzędy, galancie[314] wyrosłe, ale i sielnie[315] zachwaszczone, mlecze bowiem szły w kolano[316], a kacze ziela i nawet osty puszczały się gęsto kiej[317] las.

1007

— Czego człowiek nie sieje ni potrzebuje, to się bujnie rodzi — zauważyła któraś otrzepując ze ziemi jakiś chwast wyrwany.

1008

— Jak każde złe! Grzechu ano nikt nie posiewa, a pełno go na świecie.

1009

— Bo plenny! Moiściewy! póki grzechu, póty i człowieka. Przeciech[318] powiadają: bez grzechu nie byłoby śmiechu, albo to: kiejby[319] nie grzech, to by człowiek dawno zdechł! Potrzebny musi być na coś, jako i ten chwast, bo oba stworzył Pan Jezus! — prawiła po swojemu Jagustynka.

1010

— Pan Jezus by ta stworzył złe! Juści! Człowiek to jak ta świnia, wszyćko musi swoim ryjem pomarać! — rzekła surowo Hanka, iż pomilkły.

1011

Słońce już się było wyniesło[320] galancie[321] i mgły opadły do znaku[322], kiej[323] dopiero ode wsi zaczęły nadchodzić kobiety.

1012

— Robotnice! Czekają, aż im rosa przeschnie, żeby se nie zamoczyć kulasów[324] — szydziła Hanka.

1013

— Nie każdy tak łasy na robotę jako wy!

1014

— Bo nie każdy tak musi harować, nie każdy! — westchnęła ciężko.

1015

— Wasz wróci, to se odpoczniecie.

1016

— Już się do Częstochowskiej ochfiarowałam[325] na Janielską, bych jeno[326] powrócił. Wójt obiecował[327] go na dzisia[328].

1017

— Z urzędu wie, to musi być, co i prawda. Ale latoś[329] sporo narodu wybiera się do Częstochowy. Organiścina pono[330] idzie i powiadała, co sam proboszcz poprowadzi kompanię!

1018

— A któż mu to poniesie brzucho! — zaśmiała się Jagustynka. — Sam go nie udźwignie bez tylachny[331] karwas[332] drogi. Obiecuje, jak zawdy.

1019

— Byłam już parę razy z kompanią, ale bym co roku chodziła — westchnęła Filipka zza wody.

1020

— Na próżniaczkę[333] kużden[334] łakomy.

1021

— Jezu! — ciągnęła gorąco, nie bacząc na przycinki. — A dyć to człowiek jakby szedł do nieba, tak mu jest w tej drodze lekko i dobrze. A co się napatrzy świata, a co się nasłucha, co się namodli! Jeno[335] parę niedziel, a widzi się człowiekowi, jakoby na całe roki zbył się[336] bied a turbacji. Jakby się potem na nowo narodził!

1022

— Prawda, to łaska boska tak krzepi! Juści[337] — przytwierdzały niektóre.

1023

Od wsi, ścieżką nad rzeką, między szuwarami a gęstą, młodą olszyną, przemykała się ku nim jakaś dziewczyna. Hanka przysłoniła oczy od słońca, ale nie mogła rozeznać, dopiero z bliska poznała Józkę, która leciała, jak jeno mogła, już z dala krzycząc i wytrząchając rękami:

1024

— Hanuś! Antek wrócili! Hanuś!

1025

Hanka prasnęła motyczką i porwała się kiej[338] ptak do lotu, ale się w mig opamiętała, opuściła podkasany wełniak i chocia[339] ją ponosiło, chocia serce się tłukło, że tchu brakowało i ledwie poredziła[340] przemówić, rzekła spokojnie jakby nigdy nic:

1026

— Róbcie tu same, a na śniadanie przychodźta do chałupy.

1027

Odeszła z wolna, bez pośpiechu, przepytując Józkę o wszystko.

1028

Kobiety poglądały na się, do cna stropione jej spokojnością.

1029

— Jeno la[341] oczów ludzkich taka spokojna. Żeby się nie prześmiewali, co jej pilno do chłopa. Ja bym ta nie wytrzymała! — mówiła Jagustynka.

1030

— Ani ja! Bych się jeno Antkowi nie zachciało nowych jamorów[342]

1031

— Nie ma już na podorędziu Jagusi, to może mu się odechce.

1032

— Moiście! Jak chłopu zapachnie kiecka, to za nią w cały świat gotów.

1033

— Oj prawda, bydlę się nie tak łacno narowi do szkody jak chłop niektóry…

1034

Plotły, ledwie się już ruchając przy robocie, a Hanka szła wciąż jednako i jakby z rozmysłu pogadując z napotkanymi, chocia i nie wiedziała, co mówi ni co odpowiadają, bo w głowie miała to jedno, że Antek wrócił i na nią czeka.

1035

— I z Rochem przyszedł? — pytała jedno w kółko.

1036

— A z Rochem! Dyć[343] już wam mówiłam!

1037

— A jaki, co? Jaki?

1038

— Wiem to jaki? Przyszedł i zaraz z progu pyta: kaj[344] Hanka? Powiedziałam i zarno[345] w te pędy[346] po was, no i tyla!

1039

— Pytał o mnie! Niech ci Pan Jezus… Niech ci… — zaniesła[347] się radością.

1040

Dojrzała go już z daleka, siedział z Rochem w ganku, a uwidziawszy ją wyszedł naprzeciw w opłotki.

1041

Szła ku niemu coraz wolniej i coraz ciężej, chytając[348] się po drodze płota, gdyż nogi się pod nią gięły, brakowało tchu, dusiły łzy i w głowie miała taki mąt, co ledwie zdoliła wyjąkać:

1042

— Ty żeś to! Tyżeś! — łzy zalały resztę słów nabranych radością.

1043

— A ja, Hanuś! Ja! — przygarnął ją mocno do piersi, a przytulał z dobrością i z całego serca. Cisnęła się też do niego zgoła już bez pamięci, a jeno te szczęsne łzy spływały ciurkiem po twarzy zbladłej i wargi się trzęsły, dawała mu się w ramiona wszystka, kiej[349] to utęsknione dzieciątko.

1044

Długo nie poredziła przemówić, ale cóż to mogła rzec i jak wypowiedzieć, co się w niej działo! Dyć byłaby klękała przed nim, dyć byłaby prochy zmiatała, więc jeno niekiedy rwało się jej z piersi jakieś słowo, padając kiej to ważne ziarno i kiej ten kwiat pachnący weselem i oroszony krwią serdeczną, a oczy wierne i oddane, oczy pełne bezgranicznego miłowania kładły mu się pod stopy kiej psy, zdając się na wolę jego i na jego łaskę.

1045

— Zmizerowałaś się, Hanuś! — szepnął gładząc ją pieściwie po twarzy.

1046

— Jakże… tylam przeniesła[350], tylam się wyczekała…

1047

— Zapracowała się kobieta — ozwał się Rocho.

1048

— To i wy jesteście! Całkiem o was przepomniałam! — jęła go witać i całować po rękach, on zaś rzekł żartobliwie:

1049

— Nie dziwota. Obiecałem go wam przywieść, to go sobie macie…

1050

— A mam! Mam! — zawołała stając w nagłym podziwie przed Antkiem, wybielał bowiem, wydelikatniał i taki się widział[351] urodny, mocarny, pański, jakby zgoła kto drugi, pojąć tego nie mogła.

1051

— Przemieniłem się to, co tak po mnie ślepiasz?

1052

— Niby nie, ale całkiem jesteś jakiś zgoła inakszy.

1053

— Poczekaj, pójdę w pole do roboty, to zarno będę jak przódzi[352].

1054

Skoczyła naraz do izby po najmłodsze dziecko.

1055

— Jeszczech go nie widziałeś! — wołała wynosząc rozkrzyczanego chłopaka — popatrz jeno, podobny do cię jak dwie krople.

1056

— Sielny[353] parob! — zawinął go w róg kapoty i pohuśtywał.

1057

— Rocho mu na imię! Pietras[354], a chodźże i ty do ojca — podsadziła starszego, że jął się gramolić na ojcowe kolana bełkocąc cosik[355]. Antek objął obydwóch z dziwną czułością.

1058

— Robaki kochane, kruszyny najmilsze! Jak to już Pietras wyrósł, no, i po swojemu coś rajcuje.

1059

— Przecie, a taki sprzeciwny, a taki zmyślny, dorwie się jeno bata, to zara trzaska i gęsi wygania — przykucnęła przy nich. — Pietras, powiedz: tata! powiedz.

1060

Juści, co zamamrotał i nawet jeszcze więcej cosik gwarzył po swojemu, ciągając ojca za włosy.

1061

— Józka, czemu się to na mnie boczysz? Chodźże — zauważył.

1062

— A bo to śmię — pisknęła wstydliwie.

1063

— Chodźże, głupia, chodź! — przygarnął ją tkliwie, po bratersku. — Tera[356] już me[357] we wszyćkim słuchaj kiej[358] ojca. Nie bój się, srogi la[359] ciebie nie będę i krzywdy ode mnie nie zaznasz.

1064

Rozpłakała się dziewczynina żalnie[360], wypominając ojca i brata.

1065

— Jak mi wójt pedział[361] o jego śmierci, to jakby me kto kłonicą zdzielił, jaże[362] me zamroczyło. Taki parob kochany, taki brat najmilejszy. I kto by się to spodział. Jużem sobie układał w głowie, jak się to grontem podzielim, nawet już o kobiecie la niego myślałem — wyrzekał cicho, z głęboką boleścią, jaże Rocho, aby odwrócić smutne myśle[363] od wszystkich, zawołał podnosząc się z miejsca:

1066

— Dobrze wam gadać, a mnie już kiszki marsza grają.

1067

— Laboga, do cna przepomniałam. Józka, łap no te żółte kogutki. Cipuchny! cip, cip, cip! A może jajków przódzi, co? A może chleba? świeży i masło wczorajsze! Urżnij łby i sparz wrzątkiem! Wnet je wam sprawię. To gapa ze mnie, żeby zabaczyć[364]!

1068

— Ostaw, Hanuś, kogutki na potem, a sporządź cosik po naszemu. Tak mi się już przejadło to miesckie[365] jedzenie, co[366] ochotnie[367] siędę przed miską ziemniaków z barszczem — śmiał się wesoło. — Jeno la[368] Rocha zgotuj co inszego.

1069

— Bóg zapłać. Właśnie na to samo mam smaki!

1070

Hanka rzuciła się szykować, ale że ziemniaki już parkotały w garnku, to jeno wyniesła z komory kiełbasę do barszczu.

1071

— La ciebiem ostawiła, Jantoś. To z tej maciory, coś to ją kazał zaszlachtować przed Wielkanocą.

1072

— No, no, niezgorsze pęto, ale da Bóg, że je zmożemy. Hale, Rochu, a kajże[369] to nasze gościńce[370]?

1073

Stary podsunął spory tobół, z którego Antek jął wyjmować różności, a podawać każdej z osobna.

1074

— Naści, Hanuś, to la ciebie, jak ci kaj droga wypadnie — podał jej wełnianą chustę, takusieńką, jaką miała organiścina, całkiem czarna i w czerwone i zielone kraty.

1075

— La mnie. Żeś to pamiętał, Jantoś — jęknęła z niezgłębioną wdzięcznością.

1076

— Ba, żeby nie Rocho, to bym był zabaczył, ale przypomnieli i poszlim razem wybierać i kupować.

1077

A sporo nakupił, gdyż dodał żonie jeszcze trzewiki i chusteczkę na głowę jedwabną, modrą[371] w żółte kwiatuszki. Józce dał taką samą, jeno co[372] zieloną, oraz fryzkę i parę sznurków paciorków z długachną wstęgą do zawiązywania, zaś la dzieci przywiózł pierników i organki, nawet miał la kowalowej, bo cosik odłożył obwiniętego w papier, a nie zapomniał Witka ni też o parobku.

1078

Jaże[373] krzyknęły z podziwu na coraz nowe cudności, oglądając je i przymierzając z taką radością, że Hance łzy kapały po zrumienionej twarzy, a Józka za głowę chytała się w podziwie.

1079

Rocho się uśmiechał zacierając ręce, Antek zaś jeno pogwizdywał.

1080

— Zarobiliśta sobie na gościniec. Rocho powiadał, jak to wszyćko szło składnie w gospodarce. Dajcie no spokój, nie la dziękowań przywiezłem[374] — wołał broniąc się, bo rzuciły się go ściskać i całować.

1081

— Ani mi się kiej[375] śniły takie cudności — szepnęła łzawo Hanka siadając przymierzać trzewiki. — Ciasne ździebko, nogi mi nabrzmiały od bosaka, ale na zimę będą w sam raz.

1082

Rocho jął się rozpytywać o wieś i różne sprawy, opowiadała jeno[376] piąte przez dziesiąte krzątając się tak pilnie kole jadła, że pokrótce zastawiła przed nimi ziemniaków szczodrze omaszczonych tęgą michę i nie mniejszą barszczu, w którym kieby[377] koło pływała kiełbasa.

1083

Skwapnie się przypięli do śniadania.

1084

— To mi dopiero jadło — pokrzykiwał wesoło — kiełbasa galancie czujna. Po tym to człowiek poczuje jakąś wagę w żywocie. A to me paśli w tym kreminale, żeby ich wciorności.

1085

— Dopieroś to się, chudziaku, namorzył głodem.

1086

— Jakże, toć w końcu już nic jeść nie mogłem.

1087

— Powiadali chłopy, jak tam żywią, że pono pies jeno z głodu chyciłby się takiego jadła, prawda to?

1088

— Juści, co prawda, ale najgorsze, że trza było siedzieć zawarty[378]. Póki było zimno, to jeszcze, ale skoro dogrzało słońce i zaleciało mi ziemią, to myślałem, co się już wścieknę. Pachniała mi wola[379] lepiej niźli ta kiełbasa. Jużem kraty próbował rwać, jeno co[380] przeszkodziły.

1089

— Prawda, co tam biją? — spytała lękliwie.

1090

— A biją! Są tam bowiem i takie zbóje, które już z czystej sprawiedliwości powinny co dnia brać kije. Mnie się ta nie ważono tknąć ni palcem. Niechby jucha spróbował który, dałbym mu tabaki, no!

1091

— Juści, kto by cię ta przemógł, mocarzu, kto? — przyświarczała[381] radośnie, wpatrzona w niego i czuwająca na najlżejsze skinienie.

1092

Rychło[382] się jednak uwinęli z jadłem i zaraz poszli spać do stodoły, kaj[383] już naniesła im Hanka do sąsieka[384] pierzyn i poduszek.

1093

— Bójcie się Boga, toć stopimy się na skwarki — zaśmiał się Rocho.

1094

Już nie odrzekła, ale zawarłszy za nimi wrota, wtedy dopiero całkiem osłabia i uciekła na ogród do pielenia pietruszki. Rozglądała się chwilę dokoła i buchnęła płaczem. Płakała z radości, płakała, że słońce przygrzewało ją w plecy, że zielone drzewa chwiały się nad głową, że ptaki śpiewały, że pachniało wszystko i kwitnęło i że jej było tak dobrze, tak cicho i tak błogo na duszy, jakby po tej świętej spowiedzi abo i jeszcze lepiej.

1095

— Żeś to wszystko sprawił, mój Jezu! — jęknęła podnosząc łzawe oczy ku niebu, w najszczerszej, zgoła niewypowiedzianej podzięce za tyle dobra, jakie ją spotkało.

1096

— I że się to już przemieniło! — wzdychała zdumiona, szczęsna, prawie wniebowzięta, że już cały czas, dopóki spali, chodziła ledwie przytomna ze szczęścia. Czuwała nad nimi kiej kokosz nad pisklętami. Wyniesła dzieci daleko w sad, bych czasem nie zakrzyczały. Przepędziła z podwórza wszelką gadzinę[385] nie bacząc nawet, że świnie pyskają wczesne ziemniaki, a kury rozgrzebują wschodzące ogórki. Już o całym świecie przepomniała[386], cięgiem[387] zazierając[388] do śpiących.

1097

A dzień tak się przykro dłużył, co[389] już nie mogła sobie poredzić. Przeszło bowiem śniadanie, przeszedł obiad, a oni wciąż spali. Porozpędzała wszystkich do roboty, ani dbając, co się tam bez niej wyrabia, stróżując jeno, a cięgiem drepcąc od stodoły do chałupy.

1098

Sto razy wyjmowała gościniec przymierzać, oglądać i wołać.

1099

— A kaj to drugi taki dobry i pamiętliwy, kaj?

1100

Aż w końcu poleciała na wieś do kobiet, a kogo jeno dostrzegła, to mu już z dala krzyczała:

1101

— Wiecie, a to mój powrócił, śpi se tera w stodole.

1102

I śmiały się jej oczy i twarz i tak wszystka tchnęła rozradowaniem i weselem, jaże kobiety się dziwowały.

1103

— Urzekł ją ten wisielec czy co? Do cna zgłupiała.

1104

— Zarno[390] się ona pocznie wynosić a nos zadzierać, obaczycie!

1105

— Niech jeno Antek wróci do dawnego, to jej rura zmięknie — poredzały.

1106

Juści, co nie słyszała tych pogadek, ale przyleciawszy do chałupy wzięła się na ostro do sporządzania sutego obiadu, lecz dosłyszawszy gęsi krzyczące na stawie wypadła je przyciszać kamieniami, że ledwie z tego kłótnia nie wyszła z młynarzową.

1107

Właśnie co ino była podwieczorek posłała ludziom na pole, gdy chłopy przyszły ze stodoły. Narządziła im obiad pod domem w cieniu i na chłodzie, podając nawet gorzałkę i piwo, zaś na dojadkę postawiła z pół sitka dobrze źrałych[391] wisien, które była przyniesła od księżej gospodyni.

1108

— Obiad suty jakby na weselu — żartował Rocho.

1109

— Gospodarz wrócił, małe to jeszcze wesele? — odparła zwijając się kole nich i mało wiele[392] sama pojedając.

1110

Po skończeniu Rocho zaraz poszedł na wieś obiecując się na wieczór, zaś ona spytała nieśmiele[393] męża:

1111

— Chcesz to obejrzeć gospodarkę?

1112

— A dobrze! Święto się już skończyło, trza się będzie brać do roboty! Mój Boże, anim się spodział, co mi tak rychło przyjdzie ojcowizna!

1113

Westchnął i poszedł za nią; powiodła go najpierwej do stajni, kaj parskały trzy konie, a w zagrodzie kręcił się źrebak; potem do pustej obory, zaś jeszcze potem do stodoły do tegorocznego siana; zaglądał nawet do chlewów i pod szopę, gdzie stały różne narzędzia i porządki.

1114

— Bryczkę trza będzie przetoczyć na klepisko, bo się do cna rozeschnie.

1115

— A bo to raz przykazywałam Pietrkowi? Cóż, kiej me nie słuchał.

1116

Zaczęła zwoływać prosięta i drób, sielnie się przechwalając dużym przychówkiem, a kiej i to obejrzał, rozpowiedała szeroko o polnych robotach, gdzie co posiane i wiela[394] każdego z osobna, pilnie przy tym naglądając mu w oczy i wyczekująco, ale on sobie wszyćko poukładał w głowie po porządku, przepytując jeno[395] o to i owo, a dopiero w końcu rzekł:

1117

— Jaże[396] uwierzyć trudno, żeś to wszystkiemu sama uredziła[397]!

1118

— La ciebie to bym i więcej zmogła — szepnęła gorąco, strasznie rada z pochwały.

1119

— Chwat z ciebie, Hanuś, chwat! anim się spodział, coś taka.

1120

— Było potrza, to juści[398], co człowiek kulasów nie pożałował.

1121

Obejrzał nawet sad, pełen wiśni już przez pół czerwonych, i grzędy, kaj[399] rosły cebule, pietruszka i kapuściane wysadki.

1122

Wracali już z powrotem, gdy przechodząc kole ojcowej strony zajrzał do środka przez wywarte okno.

1123

— A kajże[400] to Jagna? — latał zdumionymi oczami po pustej izbie.

1124

— A kaj! u matki! Wygnałam ją! — rzekła twardo, podnosząc na niego oczy.

1125

Ściągnął brwie[401], przedeliberował[402] czas jakiś i zapalając papierosa rzucił spokojnie, jakby od niechcenia:

1126

— Dominikowa zły pies, nie przepuści nam bez precesu.

1127

— Już pono wczoraj latały ze skargą do sądu.

1128

— Od skargi do wyroku droga szeroka. Ale trza to będzie wziąć dobrze na rozum, bych nam nie wystroiła jakiego figla.

1129

Opowiadała, z czego to wszystko poszło i jak się stało, wiele juści pomijając, nie przerywał ni pytał, brwie jeno marszcząc i łyskając oczami, dopiero kiej mu zapis podała, ośmiał się kąśliwie:

1130

— Tyle wart, co możesz z nim bieżyć za ścianę[403].

1131

— A juści, przeciek to ten sam, co go jej dali ociec.

1132

— I stoi właśnie złamany patyk! Jakby się odpisała u rejenta, to by co znaczyło. La śmiechu go rzuciła!

1133

Cisnął ramionami, zabrał Pietrusia[404] na ręce i ruszył do przełazu.

1134

— Obaczę pola i wrócę! — rzucił za siebie, iż ostała, chociaż dziwnie pragnęła z nim poleźć, on zaś mijając bróg, już odnowiony i pełen siana, przyglądał mu się spod oka.

1135

— Mateusz go wyporządził. Samej słomy na dach wykręcili ze trzy kopy — wołała za nim stojąc na przełazie.

1136

— A dobrze, dobrze — mruknął, nie był ta ciekaw bele czego. Przeszedł ziemniakami i puścił się miedzą.

1137

Latoś[405] na polach z tej strony wsi były prawie same oziminy i bez to[406] niewiela ludzi spotykał po drodze, a z kim się zeszedł, tego witał krótko i prędko przechodził. Zwalniał jednak coraz bardziej, gdyż Pietruś mu ciążył i jakoś dziwnie rozbierało go nagrzane, ciche powietrze. Przystawał, to siadał, nie przestając oglądać prawie każdego zagona z osobna.

1138

— Ho, ho! żółtocha dusi len! — wykrzyknął stając przy zagonach niebieskich od kwiatów, ale gęsto poprzerabianych żółciznami — kupiła siemię[407] zapaskudzone i nie przewiała!

1139

Wstrzymał się potem przy jęczmieniu, który był mizerny i już przypalony, a ledwo widny spod ostów, rumianków i szczawiów.

1140

— Na mokro siali! Spyskał[408] rolę kiej[409] świnia! A żeby cię, jucho, pokręciło za taką uprawę! A jak to ścierwo zbronował! sam perz i kotyry!

1141

Splunął rozeźlony i wszedł na ogromny łan żyta, co niby wody spławione we słońcu kolebały mu się do nóg, bijąc chrzęstliwymi, ciężkimi kłosami. Rozradował się głęboko, gdyż było pięknie wyrośnięte, słomę miało grubą i kłosy niby baty.

1142

— Kiej bór idzie! Ojcowego to jeszcze siania! We dworze nie lepsze! — wykruszył kłos, ziarno było dorodne i pełne, ale jeszcze miętkie[410] — za dwa tygodnie czas mu będzie pod kosę! Byle jeno grady nie zbiły.

1143

Ale nad pszenicą najdłużej się cieszył i napasał oczy, bo chociaż szła nierówno, kłębami a zatokami, lecz z czarniawych, lśniących piór już się łuskały gęste i wielkie kłosy.

1144

— Sypnie niezgorzej. Trzeba jeszcze miejscami przysiec, za bujna. Na górce, a nic ją nie przypaliło! Czyste złoto idzie!

1145

Był coraz dalej, wspinając się z wolna pod łagodne wzgórze, na którym wyrastała czarna ściana boru. Wieś ostała za nim jakby na samym dnie, pławiła się w sadach, a przez przerwy między chałupami polśniewał staw lub jakieś okno zagrało w słońcu.

1146

Kajś[411] pod smętarzem[412] cięli koniczynę i kosy migotały nad ziemią niby te sine błyskawice, gdzie znów czerwieniały kobiece przyodziewy[413] i stada białych gęsi pasły się na wąskich ugorach, a za wsią, w zielonych polach ziemniaków ruchali[414] się ludzie kiej[415] mrówki, zaś jeszcze wyżej, w nieprzejrzanych dalekościach majaczyły jakieś wsie, domy samotne, drzewa pogarbione nad drogami, wielgachne pola i widziały się jakoby potopione w modrawej i wrzącej wodzie.

1147

Głęboka cichość szła górą nad ziemiami, rozpalone powietrze jaże[416] ślepiło[417] migotem, ziejąc takim skwarem, że skroś tych białawych, roztrzęsionych płomi[418] jeno[419] niekiej[420] przeleciał bociek ważąc się ciężko na omdlałych skrzydłach i zaziajane[421] wrony przefrunęły.

1148

Skowronki śpiewały kajś[422] niedojrzane, niebo wisiało wysokie, rozpalone i czyste, że tylko gdzieniegdzie warowała na tych niebieskich polach jakaś biała chmurka, kieby[423] ta owca zbłąkana.

1149

Zaś po ziemiach baraszkował suchy i gorący wiater[424], przewalając się jak pijany, czasem podrywał się z prześwistem, jaże[425] płoszyły się ptaki, albo gdziesik[426] przyczajony buchał z nagła we zboża i skłębiał je, mącił, wzburzał do dna i przepadał znowu nie wiada[427] kaj[428], a rozkolebane zagony długo jeszcze gędziły[429] i cichuśko, jakby się skarżąc na wisusa[430].

1150

Antek przystanął pod lasem na ugorze i znowu się ozgniewał[431].

1151

— Jeszczek[432] nie podorany! Konie stoją przez[433] roboty, gnój spala się na kupie, a ten ani się zatroszczy! A żeby cię! — zaklął ruszając pod borem ku krzyżowi na topolowej drodze.

1152

Zmęczony się czuł, w głowie mu szumiało i kurz zapierał gardziel, przysiadł pod krzyżem w cieniu brzózek, ułożył na kapocie śpiącego Pietrusia i obcierając rzęsisty pot zapatrzył się we świat i zamedytował[434].

1153

Słońce skłoniło się nad bory i pierwsze lękliwe cienie wyłoniły spod drzew, czołgając się ku zbożom. Bór cosik[435] gwarzył[436] z cicha czubami płonącymi w słońcu, a gęste podszycia leszczyn i osik trzęsły się jakby w zimnicy. Dzięcioły kuły zawzięcie i kajś[437] daleko skrzeczały sroki. Czasem między omszałymi dębami zamigotała żołna, jakby kto cisnął kłębkiem zwiniętej tęczy.

1154

Chłód zawiewał z omroczonych, cichych głębin, tylko kajś niekaj[438] podartych słonecznymi pazurami.

1155

Zalatywało grzybami, żywicą i rozprażonym bajorem[439].

1156

Naraz jastrząb wyprysnął nad las, zatoczył krzyżem nad polami, ważył się chwilę i spadł kiej[440] piorun we zboża…

1157

Antek porwał się bronić, ale już było za późno, posypała się kurzawa piór, zbój uciekł, jękliwie zakrzyczały kuropatki, a jakiś zajączek zestrachany gnał na oślep, jeno mu bielało podogonie.

1158

— Jak se to wypatrzył! Rabuś jucha! — szepnął siadając z powrotem — cóż, kiej[441] i jastrząb musi się pożywić i choćby ta glista najmarniejsza. Takie już urządzenie na świecie! — medytował okrywając Pietrusiową gębusię, gdyż pszczoły brzęczały nad nią zawzięcie, a jakiś kosmaty trzmiel buczał nieustannie.

1159

Spomniał[442] sobie, jak to jeszczek[443] niedawno wydzierał się na wolę[444], do tych pól, jak mu to dusza dziw nie uschła z tęsknicy!

1160

— Wymęczyły me[445], ścierwy! — zaklął nie ruchając się już z miejsca, bo tuż przed nim z żyta wyściubiały lękliwe głowy przepiórki nawołując się po swojemu, ale w mig się pokryły, gdyż cała banda wróblego narodu spadła na brzozy, stoczyła się w piach jazgocząc zapamiętale, tłukąc się a bijąc i swarząc, aż ścichły nagle przywierając do miejsc, jastrząb znowuj[446] zakołował i tak nisko, jaże[447] cień leciał po zagonach.

1161

— Dał wam radę, pyskacze! Akuratnie bywa takusieńko z ludźmi! Więcej zrobi z niejednym pogrozą[448] niźli skamłaniem — rozważał.

1162

Pliszki się pokazały pobok[449] na drodze, trzęsły ogonami szwendając[450] się tak z bliska, iż skoro poruszył ręką, odleciały za rów.

1163

— Głupie! Mało co, a byłbym którą chycił[451] la[452] Pietrusia!

1164

Wrony wylazły z lasu, maszerowały koleinami wydziobując, co się dało, ale poczuwszy człowieka, jęły ostrożnie, z przekrzywionymi łbami zazierać[453] w niego i obchodzić, podskakując coraz bliżej, a stopercząc[454] obmierzłe, zbójeckie dzioby.

1165

— Nie pożywita[455] się mną — rzucił grudkę, uciekły cicho jak złodzieje.

1166

Zaś potem, że siedział jakby w odrętwieniu, zapatrzony we świat i całą duszą zasłuchany w jego głosy, to wszelaki stwór jął zuchwale ciągnąć na niego; mrówki łaziły mu po plecach, motyle raz po raz przysiadały we włosach, boże krówki szukały czegoś po twarzy, a zielone, spasłe liszki pięły się skwapnie na buty, to leśne ptaszki cosik[456] mu zaświergoliły nad głową i wiewiórka przewijając się od boru zadarła rudy ogon, ważąc się przez mgnienie, czyby nie chycnąć na niego, ale on ani już o czym wiedział, grążył[457] się bowiem w czymściś[458], co buchało z tych ziem nieobjętych, sycąc mu duszę upojną i zgoła niewypowiedzianą słodkością.

1167

Zdało mu się, jakoby z tym wiatrem przewalał się po zbożach; jakby polśniewał mięciuśką, wilgotną runią traw; jakby toczył się strumieniem po wygrzanych piachach skroś łąk przejętych zapachem sianokosów; to jakby z ptakami leciał kajś[459] wysoko, górnie[460] nad światem i krzykał[461] z mocą niepojętą do słońca; to znowu jakby się stawał szumem pól, kolebaniem się borów, siłą i pędem wszelakiego rostu[462] i wszystką potęgą tej ziemi świętej, rodzącej w śpiewaniach i weselu. I sobą się wiedział, wszyćkim[463] się wiedząc zarazem, bo i tym, co się obaczy i poczuje, czego się dotknie i co się wyrozumie, ale i tym, czego nie sposób nawet pomiarkować[464], a co jeno[465] poniektóra dusza w godzinę śmierci przejrzy i co się w człowiekowym[466] sercu tylko kłębi, wzbiera i ponosi ją w jakąś niewiadomą stronę, i łzy słodkie wyciska, i nieukojną tęsknicą kieby[467] kamieniem przywala.

1168

Szło to przez niego niby chmury, że nim co pojął, już inne następowały, już nowe i barzej jeszcze niepojęte.

1169

Był na jawie, a śpik[468] sypał mu w oczy makiem i wodził kajś[469] ponad dole i stronami zachwyceń prowadził, że już w końcu poczuł się niby w czas Podniesienia, kiej[470] dusza gdziesik[471] się wzniesie i płynie klęczący na jakieś janielskie[472] ogrody, na jakieś nieba i raje pełne szczęśliwości.

1170

Kwardy[473] był przeciek[474] i do tkliwości nieskory, ale w tych dziwnych minutach gotów był paść na ziem[475], przywrzeć do niej gorącymi ustami i obejmować cały ten świat kochany.

1171

— Nic, jeno[476] me[477] tak powietrze rozbiera[478]! — bronił się trąc oczy kułakiem[479] i srożąc brwie[480], ale bo to poredził[481] się przemóc, bo to mógł zdusić w sobie kuntentność[482], która go przepalała?

1172

Na ziemi się bowiem znowu poczuł, na ojcowej i praojcowej grudzi, między swoimi, to i nie dziwota, co[483] radowała mu się dusza i każde bicie serca zdało się wołać na świat cały mocno i radośnie:

1173

— Dyć[484] znowu jestem! Jestem i ostanę!

1174

Prężył się w sobie, gotów dźwignąć się na to nowe życie, którym już szedł ociec, jakim przeszły dziady i pradziady, i tak samo jak oni pochylał bary, by wziąć ciężki trud i ponieść go nieulękle i niestrudzenie, aż póki Pietruś nie zastąpi go z kolei…

1175

— Tak już być musi! Młody po starym, syn po ojcu, a posobnie[485], a cięgiem[486], dopóki Twoja wola, Jezu miłosierny — dumał surowo.

1176

Wsparł głowę na rękach i pochylał nisko ociężałą głowę, gdyż nawiedziły go całą ciżbą przeróżne myśle[487] i spominania[488], zaś jakiś głos kwardy[489] i karcący, jak gdyby głos sumienia, jął mu prawić swoje gorzkie i bolesne prawdy, przygiął się przed nim i ukorzył wyznając się ze wszystkich przewin i grzechów…

1177

Ciężką mu była ta spowiedź i zgoła niełacnym[490] pokajanie[491], ale przemógł hardość, zdusił w sobie ambit i pychę patrząc w całe swoje życie nieubłaganymi oczami opamiętania; każdą sprawę swoją przezierał[492] tera[493] do dna, bierąc[494] ją na rozum i na srogi sąd.

1178

— Głupi byłem i tyla! Na świecie musi iść swoim porządkiem! Juści, mądrze powiedzieli ociec: jak wszystkie jadą w jedną stronę, źle takiemu, któren z woza spadnie, pod koła zleci! Koni na piechotę się nie zgoni! Że to kużden[495] człowiek musi wszyćko[496] dochodzić swoim rozumem! Drogo niejednemu wychodzi! — myślał smutnie i cierpki prześmiech okolił mu wargi.

1179

Z boru zaczęły klekotać kołatki a porykiwania ciągnących stad.

1180

Podniósł Pietrusia i ruszył bokiem topolowej przepuszczając stada, idące z leśnych pastwisk.

1181

Kurz się wznosił spod kopyt i bił ponad topole kiej[497] chmura, w zaczerwienionych od zachodu tumanach chwiały się rogate, ciężkie łby i raz po raz skłębiały się owce, obganiane przez pieski, gdyż cięgiem[498] się rwały w przydrożne zboża, pokwikiwały świnie prażone batami, cielaki z bekiem szukały pogubionych matek; paru pastuchów jechało na koniach, a reszta szła ze stadami trzaskając z batów; gwarząc a pokrzykując, któryś zawodził, jaże[499] się rozlegało.

1182

Antek ostawał już za wszystkimi, kiej go dojrzał Witek i przyleciał całować w rękę na powitanie.

1183

— Niezgorzej, widzę, podrosłeś! — ozwał się łaskawie do chłopca.

1184

— Prawda, bo już te portki, com dostał jesienią, są mi po kolana.

1185

— Nie bój się, da ci nowe gospodyni, da! Mają to krowy co jeść?

1186

— Bogać ta mają, do cna już trawę wypaliło, żeby im gospodyni nie podtykała w oborze, to by całkiem zgubiły mleko. Dajcie mi Pietrusia przewieźć go ździebko na koniu — prosił.

1187

— Hale, jeszcze się nie utrzyma i zleci!

1188

— A mało go to już woziłem na źróbce! Przeciek trzymał go będę, chłopak jaże piszczy do konia. — Zabrał go i usadził na jakiejś starej szkapie, wlekącej się ze łbem opuszczonym, Pietruś chycił się rączynami grzywy, zabił gołymi piętami końskie boki a krzykał radośnie.

1189

— Jaki to chwat! parobek mój kochany! — szepnął Antek, skręcił zaraz w pole i miedzami dobierał się drogi biegnącej za stodołami.

1190

Słońce tylko co zaszło i całe niebo stanęło we złocie i bledziuśkich zieleniach, wiater ustał, zboża zwiesiły ociężałe kłosy, a po rosach leciały wsiowe[500] wrzawy i jakieś dalekie przyśpiewki.

1191

Szedł z wolna, jakby ociężony spominkami, gdyż Jagusia przychodziła mu na pamięć, raz po raz widział przed sobą jej modre oczy i lśniące zęby, i te czerwone nabrane[501] wargi, tchnące tak jakoś z bliska, jaże[502] się wzdrygał i przystawał. Jak żywa mu stawała, przecierał oczy odganiając ją z pamięci, ale kieby[503] na przekór szła pobok[504], biedro w biedro jak niegdyś i jak niegdyś zdało się od niej buchać lubym żarem, aże[505] krew uderzała mu do głowy.

1192

— A może i dobrze, co[506] ją wypędziła z chałupy! Kiej[507] ta zadra mi uwięzła, kiej ta boląca zadra. Ale co było, to i nie wróci — westchnął z dziwnie ściśniętym sercem. — Nie sposób. — I prostując się rzucił ostro sam sobie:

1193

— Skończyło się psie wesele! — wszedł już w obejście.

1194

W podwórzu gwarno było i ludnie, krzątali się kole[508] wieczornych obrządków, Józka krowy doiła pod oborą wydzierając się piskliwą nutą, zaś Hanka kluski zagniatała na ganku.

1195

Antek przerzekł[509] cosik[510] do Pietrka, pojącego konie, i wszedł oglądać ojcową stronę, przyleciała za nim Hanka.

1196

— Trza[511] będzie wyporządzić i przeniesiemy się tutaj. Jest to wapno?

1197

— Kupiłam jeszcze w jarmarek, zaraz jutro zawołam Stacha, to wybieli. Juści, co na tej stronie będzie nam sposobniej.

1198

Medytował cosik obchodząc wszystkie kąty.

1199

— Byłeś w polu? — spytała nieśmiało.

1200

— Byłem, wszyćko dobrze, Hanuś, że i sam bym lepiej nie zarządził.

1201

Pokraśniała strasznie, rada pochwale.

1202

— Jeno Pietrkowi świnie pasać, a nie robić w groncie[512]! Paparuch!

1203

— Abo to nie wiem! Jużem się nawet przewiadywała o nowego parobka.

1204

— Wezmę ja go w garście, a nie posłucha, to wygonię na cztery wiatry!

1205

Chciała jeszcze coś pedzieć[513], ale dzieci zakrzyczały i poleciała do nich, zaś Antek ruszył w podwórze przepatrując wszystko bacznie, a tak surowo, że choć tylko niekiedy rzucił jakie słowo, a Pietrkowi jaże skóra cierpła i Witek bojąc mu się nawijać na oczy przemykał się jeno[514] z dala, stronami.

1206

Józka doiła już trzecią krowę śpiewając coraz rozgłośniej:

Stój, siwulo, stój!
Skopkę[515] mleka dój!
1207

— A to się drzesz, jakby cię kto ze skóry obłupiał! — krzyknął na nią.

1208

Urwała z nagła, ale że była harda i nieustępliwa, to zaśpiewała dalej, jeno co[516] już ciszej i jakby lękliwiej:

Kazała cię matka prosić,
Żebyś mleka dała dosyć,
Stój, siwulo, stój!
1209

— Zawarłabyś[517] ano gębę, gospodarz w chałupie! — skarciła ją Hanka dźwigając picie la[518] ostatniej krowy — zaraz tu będzie posłuch — dodała.

1210

Odebrał jej cebratkę[519] i stawiając ją krowie powiedział ze śmiechem:

1211

— Drzyj się, Józia, drzyj, a to szczury prędzej uciekną z chałupy…

1212

— A zrobię, co mi się spodoba! — warknęła harno i zaczepnie, ale skoro odeszli, przycichła zaraz, bocząc się[520] jeno[521] na brata i pyrchając nosem.

1213

Hanka zwijała się teraz kole[522] świń, tak skwapnie[523] dygując[524] ciężkie cebrzyki z żarciem, jaże[525] jej pożałował, bo rzekł:

1214

— Niech chłopaki zaniesą[526], za ciężko, widzę, na ciebie! Poczekaj, zgodzę[527] ci dziewkę, bo Jagustynka tyla ci pomaga, co ten pies napłacze. Kajże[528] to ona dzisia[529]?

1215

— Do dzieci poleciała, na zgodę idzie z niemi[530]! Dziewka juści, coby się zdała[531], jeno co[532] tylachny[533] koszt. Poradziłabym sama, ale jak każesz… twoja wola… — dziw go w rękę nie pocałowała z wdzięczności, ale jeno dorzuciła radośnie: — I gąsków można by więcej przychować, a i drugiego karmika mieć na przedanie[534]!

1216

— Na gospodarce siedlim, to i po gospodarsku trza nam poczynać, jak to przódzi bywało, za ojców! — powiedział po długim deliberowaniu.

1217

A po kolacji wyniósł się pod chałupę, gdyż zaczęli się schodzić znajomkowie a przyjacioły, witając i ciesząc się jego powrotem.

1218

Przyszedł Mateusz z Grzelą, wójtowym bratem, przyszedł Stacho Płoszka, Kłąb ze synem, stryjeczny Adam i drugie[535].

1219

— Wyglądalim[536] cię jak kania deszczu! — rzekł Grzela.

1220

— A cóż, trzymały me[537] i trzymały kiej[538] wilki! Ani sposób było się wydrzeć!

1221

Zasiedli na przyźbie w cieniu, jeden Rocho siedział pod oknem we świetle, lejącym się szeroką smugą aż w sad.

1222

Wieczór był cichy, nagrzany i sielnie[539] rozgwiaździony[540], skroś drzew błyskały światełka chałup, staw mruczał niekiedy jakby wzdychając, a wszędy[541] pod ścianami przechładzali się ludzie.

1223

Antek rozpytywał się o różnoście[542], gdy Rocho mu przerwał:

1224

— Wiecie, naczelnik zapowiedział, że za dwa tygodnie mają się zebrać Lipce i uchwalić na szkołę!

1225

— Co nam do tego, niech se ojcowie radzą! — wyrwał się Płoszka, ale Grzela wsiadł na niego:

1226

— Łacno zwalać na ojców, a samemu wylegiwać się do góry pępem! Bez to, co żadnemu z młodych nie chce się głowy niczym poturbować, to się tak dobrze we wsi dzieje.

1227

— Odpiszą mi gront, to się kłopotał będę.

1228

Zaczęli się o to mocno sprzeczać, aż wtrącił się Antek:

1229

— Nie ma co, szkoła w Lipcach potrzebna, jeno na taką naczelnikową nie powinno się uchwalać ani grosika.

1230

Poparł go Rocho, strasząc ich a podmawiając do oporu.

1231

— Uchwalicie po złotówce, a potem każą wam dodać po rublu… A jak to było z uchwałą na dom la[543] sądu, co? Dobrze się podpaśli za wasze pieniądze. Niezgorsze kałduny[544] im porosły!

1232

— Już ja w tym, aby gromada nie uchwaliła — szepnął Grzela przysiadając się do Rocha, któren[545] go wzion[546] na stronę[547] i dając jakoweś pisma i książeczki cosik[548] z cicha i ważnie[549] nauczał.

1233

Tamci zaś pogadywali jeszcze o tym i owym, jeno co[550] jakoś ospale i bez wielkiej chęci, nawet Mateusz był dzisia[551] smutny, mało się odzywał, a tylko bacznie chodził oczami za Antkiem.

1234

Mieli się już rozchodzić, boć trza[552] było wraz ze dniem dźwignąć się do roboty, kiej[553] przyleciał kowal skarżąc, że dopiero przyjechał ze dwora, i klął na wieś i na wszystkich.

1235

— Co to was znowu ukąsiło? — spytała Hanka wyzierając oknem.

1236

— A co? wstyd powiedzieć, ale trąby są nasze chłopy, i tyla[554]! Dziedzic z nimi jak z ludźmi, jak z gospodarzami, a te kiej[555] pastuchy od gęsi! Już się ugodzili z dziedzicem, już wszyscy byli za jednym, a kiej[556] przyszło się podpisywać, to jeden drapie się po łbie i mruczy: „a ja wiem!”, drugi powieda[557]: „baby się jeszcze poredzę[558]”; zaś trzeci zaczyna skamłać[559], abych mu jeszcze dołożyć tę przyległą łączkę. I zrób co z takimi. Dziedzic tak się zagniewał, że ani już chce słuchać o zgodzie, a nawet przykazał nie dopuszczać lipeckiego bydła na leśne paśniki, a kto wpędzi, fantować[560].

1237

Strwożyli się tą niespodzianą nowiną, klnąc winnych a swarząc[561] się między sobą coraz zawzięciej, gdy Mateusz ozwał się smutnie:

1238

— Wszyćko[562] bez to, co naród[563] pobłąkany i zgłupiały kiej[564] barany, a nie ma go komu przywieść do rozumu!

1239

— Mało to jeszcze Michał się natłumaczy każdemu?

1240

— Co tam Michał! Za swoim profitem[565] gania i z dworem trzyma, to juści[566], co[567] mu naród nie zawierza. Słuchają, ale za nim nie pódą[568]

1241

Porwał się kowal, gorąco przedstawiając, jako tylko chodzi mu o dobro wsi, jako jeszcze dokłada swojego, bych jeno[569] tę zgodę przeprowadzić.

1242

— Żebyś w kościele przysięgał, a też ci nie uwierzą — mruknął Mateusz.

1243

— No, to niech kto drugi spróbuje, obaczymy, czy poredzi[570]! — wołał.

1244

— Pewnie, że kto drugi musi się zabrać do tego.

1245

— Ale kto? Może ksiądz albo młynarz? — rozlegały się szydliwe[571] głosy.

1246

— Kto? Antek Boryna! A jakby i on nie przywiódł wsi do rozumu, to już trza wypiąć plecy na cały jenteres[572]

1247

— Cóż ja? Któż to me[573] posłucha, co? — jąkał zmieszany.

1248

— Masz rozum, pierwszyś teraz we wsi, to cię wszystkie[574] posłuchają.

1249

— Prawda! Juści! Ty jeden! My pójdziem za tobą! — mówili skwapliwie, ale kowalowi było to cosik[575] nie na rękę, bo zakręcił się niespokojnie, skubał wąsy i zaśmiał się zjadliwie, skoro Antek powiedział:

1250

— Przeciek[576] nie święci garnki lepią, mogę i ja poprobować, poredzimy se[577] o tym którego dnia.

1251

Zaczęli się rozchodzić, ale jeszcze każden z osobna brał go na stronę namawiać, przyobiecując pójść za nim, zaś Kłąb mu rzekł:

1252

— Nad narodem[578] zawdy[579] musi ktoś górować, co ma rozum i moc, i poczciwe baczenie.

1253

— A poredzi, jak potrza, i kijem ziobra zmacać! — zaśmiał się Mateusz.

1254

Rozeszli się, ostał jeno pod oknem Antek z kowalem, bo Rocho klęczał na ganku zatopiony w pacierzach.

1255

Długo deliberowali w głębokiej cichości. Że słychać było jeno[580] Hankę krzątającą się po izbie; strzepywała pościele, obłócząc[581] w czyste poszewki, to myła się długo jakby na jakie wielkie święto, a potem rozczesując włosy pod oknem wyzierała[582] na nich coraz niecierpliwiej, pilnie nadstawiając uszów, gdy kowal zaczął mu cicho odradzać, aby sprawy poniechał[583], gdyż z chłopami nie trafi do ładu, a dziedzic jest mu przeciwny.

1256

— Nieprawda! poręczył za nim w sądzie! — rzuciła przez okno.

1257

— Kiej lepiej wiecie, to mówmy o czym drugim… — zły był jak pies.

1258

Antek powstał przeciągając się sennie.

1259

— To ci jeno rzeknę na ostatku: puścili cię jeno[584] do sprawy, prawda? zwiążesz się w cudze jenteresa[585], a wiesz to[586], jak cię zasądzą?…

1260

Antek przysiadł z powrotem i tak się srodze[587] zamedytował, że kowal nie doczekawszy się odpowiedzi poszedł do domu.

1261

Hanka kręciła się kole[588] okna, raz po raz wyglądając na niego, nie dosłyszał, że ozwała się w końcu lękliwie a prosząco:

1262

— Pódzi[589], Jantoś[590], pora spać… Utrudziłeś się dzisia niemało…

1263

— Idę, Hanuś, idę… — podnosił się ociężale.

1264

Jęła się prędko rozdziewać[591] szepcąc pacierz roztrzęsionymi wargami.

1265

— A jak me[592] zasądzą na Syberię, to co? — myślał frasobliwie, wchodząc do izby.

Tekst: Wolne Lektury, domena publiczna lub wolna licencja. Spis treści i audiobook.