Chłopi, Część czwarta - Lato · Władysław Stanisław Reymont

VIII

VIII

2040

Władza, Urzędnik, Pozycja społeczna, ChłopPrzypołudnie dochodziło, skwar czynił się coraz większy i naród już się wszystek zgromadził przed kancelarią, a naczelnika jeszcze nie było. Pisarz raz po raz wychodził na próg i przysłoniwszy dłonią oczy, wyzierał na szeroką drogę, obsadzoną pokrzywionymi wierzbami — ale tam się jeno lśniły kałuże, ostałe po wczorajszej ulewie, toczył się z wolna jakiś zapóźniony wóz i kajś niekaj między drzewami zabielała chłopska kapota.

2041

Gromada czekała cierpliwie, a tylko jeden wójt latał kiej oparzony, wyglądał na drogę i coraz głośniej przynaglał chłopów, zasypujących wyrwy i doły na placu przed kancelarią.

2042

— Prędzej, chłopcy! Laboga, żeby jeno zdążyć, nim nadjedzie.

2043

— A nie popuśćcie jeno ze strachu — ozwał się z kupy jakiś głos.

2044

— Ruchajta się, ludzie! Ja tu po urzędzie, nie pora na przekpinki.

2045

— Wójcie, a to jeno Boga się bójcie — zaśmiał się któryś z rzepeckich.

2046

— A któren jeszcze pysk wywrze, do kozy[1093] każę wsadzić — zakrzyczał srogo wójt i poleciał wyjrzeć ze smętarza, że to leżał na wzgórku, do którego szczytem była przywarta kancelaria.

2047

Wielgachne, prawieczne drzewa wynosiły się nad nią, kościelna wieża szarzała skroś gałęzi, zaś czarne ramiona krzyżów wychylały się spoza kamiennego ogrodzenia na dachy i drogę, wiodącą przez wieś.

2048

Wójt, nie wypatrzywszy niczego postawił, przy ludziach jednego ze sołtysów, a sam wszedł do kancelarii, kaj cięgiem ktoś wchodził i wychodził, że to pisarz co trochę wywoływał któregoś z gospodarzy, z cicha przypominając zaległe podatki, niezapłaconą składkę na sąd albo jeszcze i coś lepszego. Juści, co ta nikomu nie szły w smak takie wypominki, ale słuchali, wzdychający, bo cóż było robić teraz na ciężkim przednówku? Mogli to płacić, kiej niejednemu już i na sól nie starczyło? To mu się jeno w pas kłaniali, jaki taki nawet go w rękę całował, zaś poniektóry i tę ostatnią złotówczynę w nadstawioną garść wtykał — a wszystkie jednako skamlały o poczekanie do żniw lub do najbliższego jarmarku.

2049

UrzędnikZ pisarza chytra była sztuka i przemądrzała; łupił też naród ze skóry, jaże trzeszczało. Niby to wszystko obiecywał, a kogo strachał strażnikami, komu bakę w oczy świecił[1094], z kim był za pan brat — a od każdego cosik wycyganił; to owsa mu zbrakło, to potrza było młodych gąsek la naczelnika, to przymawiał się o słomę na powrósła, że radzi nieradzi przyobiecali, co jeno chciał. On zaś na odchodnym brał co znajomszych na stronę i radził im niby to z przyjacielstwa:

2050

— A uchwalcie na szkołę, bo jak się będziecie sprzeczali, to naczelnik może się rozgniewać i gotów wam jeszcze popsuć zgodę z dziedzicem o las — przestrzegał lipeckich ludzi.

2051

Chłop, Pan, Pozycja społeczna— Jakże to, zgodę robim z dobrej woli! — zdumiał się Płoszka.

2052

— Prawda, ale nie wiecie to: „Pan z panem zna się, a chłopu zasię”[1095].

2053

Płoszka odszedł, wielce sfrasowany, pisarz zaś dalej wywoływał ludzi, a coraz to z drugich wsi, każdego strasząc czym innym, a do jednego niewoląc, że w mig się o tym rozniesło między gromadą.

2054

A niemała kupa zebrała się narodu, zeszło się bowiem przeszło dwieście chłopa, którzy zrazu stojali wsiami, swojaki przy swojakach, że łacno rozeznał, które są z Lipiec, które z Modlicy, a które z Przyłęka[1096] lub z Rzepek[1097], bo każda wieś znaczyła się jenszymi ubierami. Ale skoro się jeno rozeszło, jako trzeba głosować na szkołę, gdyż tak chce sam naczelnik, jęli się mieszać, przechodzić z kupy do kupy i stowarzyszać wedle upodoby, że tylko jedna rzepecka szlachta trzymała się z osobna, zadzierzyście a hardo spozierając na chłopów, choć to biedota była taka, że — jak się z nich prześmiewali — trzech wypadało na jeden krowi ogon. Reszta zaś narodu, splątana kiej grochowiny, poroztrząsała się po placu; sporo chroniło się w cieniu smętarza i przy wozach.

2055

Głównie cisnęli się pod wielką karczmę, stojącą naprzeciw kancelarii w kępie drzew jakoby w tym gaju cienistym, tam się najskwapniej ciżbiąc; bo chociaż chłodnawy wiater niezgorzej kolebał polami, spieka jednak podnosiła się okruteczna — dogrzewało, że już niejeden ledwie zipiał i w piwie szedł szukać ochłody. Bez to i karczma była przepełniona, i pod drzewami stali kupami, gwarząc z cicha i deliberując nad ową nowiną, wraz też dając pilne baczenie na kancelarię i na pisarzowe mieszkanie po drugiej stronie domu, kaj rwetes i krętanina[1098] były coraz większe.

2056

Od czasu do czasu pisarzowa wytykała oknem spaśną gębę i krzyczała:

2057

— Śpiesz się, Magda! A żebyś kulasy połamała, tłumoku jeden!

2058

Dziewka przelatywała co trochę przez pokoje, jaże dudniało i brzęczały szyby; jakieś dziecko jęło się wydzierać wniebogłosy, kajś za domem gdakały wystraszone kury, a zziajany stójka jął ganiać kurczątka, rozpierzchające po zbożach i drodze.

2059

— Widzi mi się, co będą ugaszczali naczelnika — rzekł któryś.

2060

— Pono wczoraj pisarz przywiózł cały półkoszek napitków.

2061

— Schlają się jak łoni.

2062

— Abo to nie mogą, mało to im naród składa podatków? A przeciech nikto im na ręce nie patrzy — wyrzekł Mateusz, ale ktosik zakrzyczał:

2063

— Cichojta, strażniki ano przyszły.

2064

— Jak wilki się włóczą, że ni pomiarkować, kiedy i którędy.

2065

Przycichli jednak trwożnie, gdyż strażnicy zasiedli pod kancelarią, otoczeni przez kupę ludzi, między którymi był wójt, młynarz, a nieco z dala kręcił się kowal, pilnie nasłuchujący.

2066

— Młynarz się łasi kieby ten głodny pies!

2067

— Bo go się boją, ten mu najmilejszy!

2068

— Kiej są strażniki, to naczelnika ino patrzeć! — zawołał Grzela, wójtów brat.

2069

I odszedł na stronę, kaj stał Antek, Mateusz, Kłąb i Stacho Płoszka. Poredziwszy ze sobą, rozeszli się między ludzi, prawiąc im cosik a przekładając coś ważnego, że słuchali w wielkiej cichości, tylko niekiedy co tam ktoś westchnął, podrapał się frasobliwie albo strzygnął ślepiami ku strażnikom, kupiąc się zarazem coraz ciaśniej.

2070

Antek, wsparty plecami o węgieł karczmy, gadał krótko, mocno i jakoby przykazująco, zaś w drugiej kupie pod drzewami Mateusz prawił z przekpinkami, jaże ośmiał się niejeden, a w trzeciej gromadzie przy smętarzu Grzela przemawiał tak mądrze, jakoby z otwartej książki czytał, że ciężko było wyrozumieć.

2071

Szkoła, WieśA wszyscy trzej przyniewalali do jednego — aby nie słuchać naczelnika ni tych, które z urzędami zawdy trzymają, i szkoły nie uchwalać.

2072

Naród przysłuchiwał się w skupieniu, kolebiąc się to w tę, to w drugą stronę — właśnie jako ten bór, kiej zamietliwy wiater powieje.

2073

Nikto głosu nie zabierał; kiwali jeno przytakująco głowami, gdyż najgłupszy rozumiał, jako z nowej szkoły tyla jeno będzie pociechy, co każą na nią płacić nowe podatki, a do tego nikomu się nie śpieszyło.

2074

Niepokój jednak ogarniał gromadę; przestępowali z nogi na nogę, jęli chrząkać a pokasływać, a nikt jeszcze nie wiedział, co począć.

2075

Prawda, mądrze prawił Grzeła, prosto do serca trafiał Antek, ale i strach było się przeciwić naczelnikowi a zadzierać z urzędami.

2076

Jeden oglądał się na drugiego, każden się głowił z osobna, zaś wszystkie obzierali się na bogatszych. Ale młynarz i co najpierwsi z drugich wsi trzymali się jakoś na uboczu, stojąc jakby z rozmysłem na oczach strażników i pisarza.

2077

Podszedł do nich Antek z przełożeniem, ale młynarz odburknął:

2078

— Kto ma rozum, ten sam wie, jak ma głosować! — I odwrócił się do kowala, któren przyświarczał wszystkim, ale kręcił się niespokojnie między gromadą, przewąchując, co się święci; a do pisarza zachodził, z młynarzem pogadywał, Grzelę częstował tytuniem i tak się taił ze swoimi zamysłami, że do końca nie było wiadomo, za kim trzyma.

2079

Ale większość już się skłaniała głosować przeciw szkole. Rozsypali się po placu i nie bacząc na przypołudniowy skwar, poredzali coraz gwarniej i hardziej, gdy pisarz zawołał przez okno:

2080

— A pójdź no tu który!

2081

Nikt się jednak nie poruszył, jakby nie dosłyszeli.

2082

— Niech no który skoczy do dworu po ryby! Mieli rano jeszcze przysłać, a jakoś nie przysyłają. Tylko prędzej! — grzmiał rozkazująco.

2083

— Nie przyszlim tu na posługi — ozwał się jakiś hardy głos.

2084

— Niech sam leci, żal mu przetrząsnąć kałduna — zaśmiał się któryś, że to pisarz miał brzucho kiej bęben.

2085

Pisarz jeno zaklął, a po chwili wyszedł wójt od podwórza, przebrał się za karczmę i pognał tyłami wsi ku dworowi.

2086

— Dzieci pani pisarzowej przewinął i obtarł, to się ździebko przewietrzy.

2087

— Juści, pani pisarzowa nie lubi takich fetorów na pokojach.

2088

— Pokrótce to i porcenele[1099] wynosić mu każą — przekpiwali.

2089

— Hale, że to dziedzica jeszcze nie widać — dziwował się któryś, ale na to rzekł kowal z chytrym prześmiechem:

2090

— Niegłupi się pokazywać!

2091

Spojrzeli na niego pytająco.

2092

— Juści, kto mu każe zadzierać z naczelnikiem? A przecież za szkołą głosować nie będzie. Mało by to musiał płacić za nią?! Mądrala!

2093

— Ale ty, Michał, z nami trzymasz, co? — przytarł go natarczywie Mateusz.

2094

Kowal skręcił się kiej przydeptana glista i odmruknąwszy cosik, jął się przeciskać do młynarza, któren przystąpił do chłopów i mówił do starego Płoszki głośno, by i drugie słyszały:Szlachcic, Chłop, Bunt, Urzędnik, Polska

2095

— A ja wam radzę, głosujcie, jak chcą urzędy. Szkoła potrzebna i żeby była najgorsza, to będzie lepsza od żadnej. A o jakiej zamyślacie, nie dadzą. Trudno, głową muru nie przebodzie. Nie zechcecie uchwalić, to i bez waszego przyzwoleństwa postawią.

2096

— Jak nie damy pieniędzy, to za cóż postawią? — ozwał się któryś z kupy.

2097

— Głupiś! Sami wezmą, a nie dasz z dobrej woli, to ci ostatnią krowę sprzedadzą i jeszcze do kozy pójdziesz za opór! Rozumiesz?! To nie z dziedzicem sprawa — zwrócił się do Lipczaków — z naczelnikiem nie ma żartów. Mówię wam, róbcie, co każą, i dziękujcie Bogu, że nie jest gorzej.

2098

Przytwierdzali mu tak samo myślące, zaś stary Płoszka po długim rozważaniu wyrzekł niespodzianie:

2099

— Prawdę mówicie, a Rocho naród zbałamucił i do zguby popycha.

2100

A na to wystąpił jakiś gospodarz z Przyłęka i powiedział głośno:

2101

— Bo Rocho z panami trzyma i latego podjudza przeciw urzędom!

2102

Zakrzyczeli go ze wszystkich stron, ale chłop się nie ulęknął i skoro się jeno przyciszyło, znowuj głos podniósł:

2103

— A głupie mu pomagają! Rzekłem! — potoczył mądrymi oczami. — A komu to nie w smak, niech stanie, to mu w oczy przywtórzę. Głupie! Bo nie wiedzą, iż zawdy tak było, że panowie się buntują, naród judzą, do nieszczęścia prowadzą, ale jak przyjdzie za to płacić, to kto płaci? Chłopi! A jak wam kozaków po wsiach zakwaterują, to kto będzie brał baty? Kto będzie cierpiał? Kogo do kreminału powleką? A jeno was, chłopów! Panowie się za wami nie upomną, nie, wyprą się wszystkiego kiej judasze i jeszcze starszyznę będą ugaszczali po dworach.

2104

— Bo co im ta naród znaczy… Tyla, żeby za nich gnaty wyciągał.

2105

— A żeby mogli, to by jutro wrócili pańszczyznę! — podniesły się wołania.

2106

— Grzela powieda — zaczął znowu — „Niech uczą po naszemu, a nie chcą, to nie uchwalać szkoły, nie dawać ani grosza, przeciwić się”. A juści, tylko parobkowi łacno krzyknąć na gospodarza: „Robił nie będę, całuj me gdzieś” i uciec przed skarceniem. Ale naród nie ucieknie i za bunt kije wziąć weźmie, bo nikto drugi pleców za niego nie podstawi… To wama mówię: taniej wam wypadnie postawić szkołę niźli przeciwić się urzędom. A że po naszemu nie nauczają, prawda, ale i tak na Rusków nas nie przerobią, boć żaden pacierza ni między sobą nie będzie mówił inaczej, a jeno jak go matka nauczyła! Zaś na ostatku to wam jeszcze rzeknę: swoją ano stronę trzymajmy! A drą się między sobą panowie, nie nasza sprawa, niech się ta kłyźnią[1100] i zagryzają. Takie nam braty jedne i drugie, że niechta ich morówka nie minie.

2107

Zwarli się kole niego gęstwą i zakrzyczeli kiej na wściekłego psa. Na próżno młynarz brał go w obronę, na próżno i poniektóre za nim się ujmowały; Grzelowe stronniki już mu zaczęły pięściami wytrząchać, że może by i do czego gorszego doszło, ale stary Pryczek zakrzyczał:

2108

— Strażniki słuchają!

2109

Przycichło nagle, a stary wystąpił i jął prawić gniewnie:

2110

— Świętą prawdę powiedział, swojego dobra patrzmy! Cichojta, hale, powiedziałeś swoje, to daj i drugiemu rzec swoje! Wydzierają się i myślą, co największe głowacze! Juści, żeby jeno w krzyku był rozum, to bele pyskacz miałby go więcej niźli sam proboszcz! Prześmiewajta się, juchy, a ja wam rzeknę, jak bywało pod te roki, kiej się to panowie buntowały. Dobrze baczę, jak nas tumaniły a przysięgały, że jak Polska będzie, to i wolę nam dadzą, i gronta z lasami, i wszystko! Obiecywały, mówiły, a kto drugi dał, co tera mamy, i jeszczek musiał ich pokarać, co nie chciały w niczym ulżyć narodowi! Słuchajta panów, kiedyśta głupie, ale mnie na plewy nie weźmie. Wiem ja, co znaczy ta ich Polska: że to jeno bat na nasze plecy, pańszczyzna i uciemiężenie! Jeszcze me…

2111

— A dajże mu ta który w pysk, niech przestanie — wyrwał się jakiś głos.

2112

— A tera — ciągnął dalej — ja taki sam pan jak inni. Prawo swoje mam i nikt me palcem tknąć nie śmie! Tam mi Polska, kaj mi dobrze, kaj mam…

2113

Przerwały mu szydliwe głosy, bijące ze wszystkich stron niby gradem:

2114

— Świnia też pokwikuje z kuntentności, a chwali se chliw i pełne koryto!

2115

— I za to przykarmianie dostanie pałą w łeb i nożem po gardzieli!

2116

— W jarmarek sprał go strażnik, to powieda, że nikto go tknąć nie śmie.

2117

— Plecie, a tyle miarkuje, co ten koński ogon!

2118

— Sielny pan, ma wolę, juści! Wszy go same niesą po wolności!

2119

— Rychtyk i wiechcie z butów tak samo by nauczały!

2120

— Kury zmacać nie poredzi, a będzie tu występował! Gnojek! Jucha! Baran!

2121

Stary zeźlił się srodze, ale jeno powiedział:

2122

— Ścierwy! Już nawet siwych włosów nie poszanują!

2123

— A to i każdą siwą kobyłę trza by uważać jeno za to, co siwa, hę?

2124

Gruchnęły śmiechy i wraz zaczęli się odwracać, podnosząc oczy na dach kancelarii, kaj wlazł stójka i chyciwszy się komina, patrzył w dal.

2125

— Józek, a zamknij gębę, bo ci jeszcze co wleci! — krzyczeli z prześmiechem, gdyż całe stado gołębi kołowało nad nim; ale on naraz zawrzeszczał:

2126

— Jedzie! Jedzie! Już na skręcie z Przyłęku!

2127

Gromada jęła się ściągać pod dom i zwierać coraz gęściej, cierpliwie spozierając na pustą jeszcze drogę.

2128

Rychtyk i słońce przetoczyło się ździebko na bok, za kalenicę, że spod okapu wysuwał się coraz większy cień, w którym ustawili stół nakryty zielono, z krzyżem w pośrodku. Rudy, pucołowaty pomocnik wynosił papiery na stół i cięgiem cosik w nosie majstrował.

2129

Pisarz jął się na gwałt przebierać w świąteczny ubier, a w całym domu znowu podniosły się wrzaski pisarzowej, brzęk talerzów, rumor przesuwanych sprzętów i bieganina; zaś w jakieś „Zdrowaś” zjawił się i wójt. Stanął w progu — czerwony jak burak i spocony, ledwie zipiący, ale już w łańcuchu — i powlókłszy ślepiami po gromadzie, zakrzyczał srogo:

2130

— Cicho tam, ludzie, dyć to nie karczma!

2131

— Pietrze, a chodźcie ino, cosik wama rzeknę! — zawołał do niego Kłąb.

2132

— Hale, nie ma tu żadnego Pietra, a jeno urzędnik! — odburknął wyniośle.

2133

Wzięli na ozory to powiedzenie, jaże się kałduny zatrzęsły z uciechy, gdy naraz wójt zakrzyczał uroczyście:

2134

Urzędnik, Pogarda, Chłop— Rozstąpta się, ludzie! Naczelnik!

2135

Jakoż powóz ukazał się na drodze i podskakując na wybojach, zakręcił przed kancelarią.

2136

Naczelnik podniósł rękę do czoła, chłopi pozdejmowali kapelusze, zaległo milczenie; wójt z pisarzem przypadli wysadzać go z powozu, a strażnicy stanęli przy drzwiach, wyprostowani kieby kije.

2137

Naczelnik dał się wysadzić i rozebrać z białego obleczenia. I odwróciwszy się, powlókł oczami po gromadzie, przygładził żółtawą bródkę, nasrożył się, kiwnął głową i wszedł do mieszkania, kaj go zapraszał pisarz, w pałąk przygięty.

2138

Powóz odjechał. Chłopi znowu się zwarli dokoła stołu, rozumiejąc, iż zaraz rozpocznie się zebranie, ale przeszło dobre „Zdrowaś”, przeszedł może i cały pacierz, a naczelnik się nie pokazywał — jeno z pisarzowych pokojów roznosiły się brzęki szkła, śmiechy i jakieś smaki, wiercące w nozdrzach.

2139

A że mierziło się już czekanie i słońce przypiekało coraz barzej, to jaki taki jął się chyłkiem przebierać ku karczmie, aż wójt zakrzyczał:

2140

— Nie rozłazić się! A którego zbraknie, ten się zapisze do sztrafu[1101]

2141

Juści, co się jeszczek wstrzymali, klnąc jeno coraz siarczyściej a niecierpliwie spozierając na pisarzowe okna, bo ktoś je przymknął ze środka i zasłonił.

2142

— Wstydzą się chlać na oczach!

2143

— Lepiej, bo każden jeno grdyką robi, a po próżnicy ślinkę łyka! — pogadywali.

2144

Z aresztu, stojącego w rząd z kancelarią, wyrwał się żałosny i długi bek, a po chwili wylazł stójka, ciągnąc na postronku sporego ciołka[1102], któren się opierał ze wszystkiej mocy — ale naraz grzmotnął go łbem, jaże chłop rymnął na ziemię, zadarł ogona i pognał, ino się za nim zakurzyło.

2145

— Łapaj złodzieja! Łapaj!

2146

— A posyp mu soli na ogon, to się wróci!

2147

— Jaki to zuchwały, uciekł z kozy i jeszczek ogon zadarł na pana wójta!

2148

Dogadywali, przekpiwając się ze stójki, któren ganiał za ciołkiem i dopiero przy pomocy sołtysów napędził go w podwórze. A jeszcze nie odzipnęli, kiej wójt przykazał wziąć się do wymiatania aresztu i sam doglądał, pilił i niemało pomagał, bojając się, bych się czasem nie zachciało tam zajrzeć naczelnikowi.

2149

— Wójcie, a trza wykadzić, bych nie zwąchał, co to był za aresztant.

2150

— Nie bójcie się, po gorzałce do cna straci wiater[1103].

2151

Rzucał kto niekto jakie słowo kolące, jaże wójt błyskał ślepiami a zęby zacinał. Ale w końcu zbrzydły im nawet przekpinki, a tak dokuczyło czekanie na słońcu i głód, że całą hurmą ruszyli pod drzewa, nie bacząc na wójtowe zakazy, któremu jeno Grzela powiedział:

2152

— Hale, naród to pewnie pies: nie przyjdzie ci do nogi, choćbyś krzyczał do wieczora! — I rad, iż zeszli ze strażnikowych oczów, jął znowu kręcić się wśród ludzi, przypominając każdemu z osobna, jak ma głosować.

2153

— Jeno się nie bójta! — dodawał. — Prawo za nami! Co uchwalimy, będzie, a czego nie chce gromada, nikto ją do tego nie przymusi.

2154

Ale nie zdążyli się jeszcze ludzie porozkładać w cieniach ni przegryźć co niebądź, gdy sołtysi jęli nawoływać, a wójt przyleciał z krzykiem:

2155

— Naczelnik wychodzi! Chodźta prędzej! Zaczynamy!

2156

— Nawąchał się dobrego jadła, to go ponosi! Nama niepilno! Niech poczeka!

2157

Mamrotali gniewnie, zbierając się ociężale przed kancelarią.

2158

Sołtysi stanęli na czele swoich wsi, zaś wójt zasiadł za stołem, mając pobok pisarzowego pomocnika, któren, przedłubując w nosie, gwizdał na gołębie, co zestrachane gwarem porwały się z dachu, krążąc roztrzepotaną białą chmurą.

2159

Mołczat'[1104]! — zakrzyknął naraz jeden ze strażników, prężących się u proga.

2160

Wszystkie oczy zwróciły się na drzwi, ale wyszedł z nich jeno pisarz z papierem w ręku i wcisnął się za stół.

2161

Wójt zatrząsł dzwonkiem i rzekł uroczyście:

2162

— Zaczynamy, ludzie kochane! Cicho tam, Modliczaki! Pan sekretarz przeczyta niby o tej szkole! A słuchajta pilnie, bych każden wyrozumiał, o co idzie!

2163

PolakPisarz założył okulary i zaczął czytać z wolna i wyraźnie.

2164

Czytał już może z pacierz wśród zupełnej cichości, gdy ktosik wrzasnął:

2165

— Kiej nie rozumiemy!

2166

— Czytać po naszemu! Nie rozumiemy! — zerwały się mnogie głosy.

2167

Strażnicy jęli się pilnie rozglądać w gromadzie.

2168

Pisarz się skrzywił, ale już czytał, przekładając na polskie.

2169

Zrobiło się cicho. Słuchali w skupieniu, rozważając każde słowo i patrząc się w niego kieby w obraz.

2170

Pisarz ciągnął powoli:

2171

SzkołaJako przykazano postawić szkołę w Lipcach, która by była i dla Modlicy, Przyłęka, Rzepek i drugich pomniejszych wsi.

2172

Potem długo wywodził, jaki to z tego będzie profit, jakie to dobrodziejstwo oświata, jak to urzędy jeno myślą dzień i noc, bych tylko narodowi przyjść z pomocą, bych go wspierać, oświecać i bronić przed złem. Zaś w końcu wyliczał, ile potrza na plac z polem, ile na sam budynek i na całe utrzymanie szkoły wraz z nauczycielem — i że na to wszystko trzeba będzie uchwalić dodatkowy podatek po dwadzieścia kopiejek z morgi. Umilkł, przetarł okulary i rzekł jakby do siebie:

2173

— Pan naczelnik powiedział, że jak dzisiaj uchwalicie, to pozwoli zacząć budowę jeszcze w tym roku, a na przyszłą jesień dzieci już pójdą do szkoły.

2174

Skończył, ale nikt się nie odezwał. Każden coś ważył w sobie, kuląc się jeno, jakby pod ciężarem nowego podatku, aż dopiero wójt się ozwał:

2175

— Słyszeliście dobrze, co pan sekretarz przeczytał?

2176

— Słyszelim! Juścik, przeciek nie głusim! — ozwali się tu i owdzie.

2177

— A któren ma przeciw temu, niech wystąpi, a swoje rzeknie.

2178

Jęli się trącać łokciami, wypychać naprzód, drapać, spozierać na się i na starszych, lecz nikto nie miał śmiałości wyrywać się pierwszy.

2179

— Kiej tak, uchwalmy prędko podatek i do domu! — zaproponował wójt.

2180

— Więc cóż, wszyscy jednogłośnie zgadzacie się? — zapytał uroczyście pisarz.

2181

— Nie! Nie chcemy! Nie! — wrzasnął Grzela i za nim kilkudziesięciu.

2182

— Nie potrza nam takiej szkoły! Nie chcemy! Dosyć już mamy podatków! Nie! — wołano już ze wszystkich stron, a coraz śmielej, głośniej i hardziej.

2183

Na ten wrzask wyszedł naczelnik i stanął w progu. Przycichli na jego widok, a on poskubał bródkę i rzekł wielce łaskawie:

2184

— Jak się macie, gospodarze?

2185

— Bóg zapłać! — odparli pierwsi z brzega, kolebiąc się pod naporem gromady, pchającej się naprzód, aby posłuchać naczelnika, któren, wsparty o futrynę, jął cosik mówić po swojemu, ale mu się cięgiem odbekiwało.

2186

Strażnicy skoczyli w naród i dalejże wołać:

2187

Szapki dołoj[1105]! Szapki!

2188

— Poszedł ścierwo i nie plącz się pod nogami! — zaklął ktoś na nich.

2189

A naczelnik, choć prawił słodziuśko, skończył nakazująco i po polsku:

2190

— Uchwalcie zaraz podatek, bo nie mam czasu.

2191

I srogo patrzał w twarze. Strach przejął niejednego, tłum się zakołysał, poszły trwożne i ściszone szepty.

2192

— No co, głosujemy na szkołę? Mówcie, Płoszka! Jakże zrobim? Kajże to Grzela? Przykazuje głosować?! Głosujmy, ludzie, głosujmy!

2193

Wrzało coraz głośniej, gdy Grzela wystąpił i powiedział śmiało:

2194

— Na taką szkołę nie uchwalimy ani grosza.

2195

— Nie uchwalimy! Nie chcemy! — wsparło go ze sto krzyków.

2196

Naczelnik zmarszczył się groźnie.

2197

Wójt struchlał, a pisarzowi jaże spadły z nosa okulary. Jeno Grzela się nie strwożył — wparł w niego harde ślepie, chcąc jeszcze cosik dodać, gdy stary Płoszka wystąpił i skłoniwszy się nisko, zaczął pokornie:

2198

— Dopraszam się łaski wielmożnego naczelnika, co rzeknę, jako to po swojemu miarkuję: szkołę, juści, uchwalić uchwalim, ale widzi się nama, co za dużo złoty i groszy dziesięć z morgi. Czasy teraz ciężkie i o grosz trudno! To jeno chciałem rzec.

2199

Naczelnik nie odpowiedział, zatopiony w jakowychś dumaniach, że jeno kiej niekiej kiwnął głową jakby przytakująco i oczy przecierał, więc ośmielony tym wójt siarczyście przemawiał za szkołą; po nim i jego kamraty parły do tego samego, młynarz zaś pyskował najżarliwiej, nie zważając na ostre przycinki Grzelowych stronników. Aż wreszcie zgniewany Grzela zawołał:

2200

— Przelewamy jeno z pustego w próżne! — I upatrzywszy sposobną porę, przystąpił i śmiało spytał: — A niby jaka to ma być ta nowa szkoła?

2201

— Jak i wszystkie! — wyrzekł, otwierając oczy.

2202

— To my akuratnie takiej nie potrzebujemy!

2203

— Na swoją uchwalim i pół rubla z morgi, a na inszą ni szeląga.

2204

— Co nam taka szkoła? Moje uczyły się bez trzy roki, a też ni be, ni me.

2205

— Ciszej, ludzie, ciszej!

2206

— Rozbrykały się barany, a wilk jeno patrzeć, jak skoczy na stado.

2207

— Pyskacze, juchy, nową biedę wypyskują la wszystkich.

2208

Pokrzykiwali jeden przez drugiego, że uczynił się srogi gwar, każden bowiem dowodził swojego i przepierał drugich. Rozgrzewali się coraz barzej, rozbili się na kupy i wszędy zawrzały spory a kłótnie — zwłaszcza Grzelowe stronniki pyskowały najgłośniej i najzawzięciej, powstając przeciw szkole. Na próżno wójt, młynarz i gospodarze z drugich wsi przekładali, prosili, a nawet i strachali Bóg wie czym — większość srożyła się coraz zuchwałej, wygadując, co jeno komu ślina przyniesła.

2209

Zaś naczelnik siedział, jakby nie słysząc niczego. Szeptał cosik z pisarzem, dając się im wygadać do woli; a kiej mu się widziało, co mają już dosyć płonego szczekania, kazał zadzwonić wójtowi.

2210

— Cicho tam! Cicho! Słuchać! — spokoili sołtysi.

2211

A nim się do cna przyciszyło, rozległ się jego głos rozkazujący:

2212

— Szkoła być musi, rozumiecie! Słuchać i robić, co wam każą!

2213

Srogo przemówił, jeno co się nie ulękli, a Kłąb chlasnął na odlew:

2214

— Nie przykazujem nikomu chodzić na łbie, to niechże i nama pozwolą się ruchać, jak komu wyrosły kulasy.

2215

— Zawrzyjcie gębę! Cicho, psiekrwie! — klął wójt, na darmo dzwoniąc.

2216

— Co rzekłem, to przywtórzę, że w naszej szkole muszą się uczyć po naszemu.

2217

— Karpienko! Iwanow! — ryknął na strażników, stojących w pośrodku ciżby, ale chłopi w mig ich ścisnęli między sobą, a ktosik im szepnął:

2218

— Niech jeno któren tknie kogo… Nas tu ze trzystu… Miarkujcie…

2219

I wraz się rozstąpili, czyniąc wolne przejście, a tłocząc się za nimi przed naczelnika z głuchą, rozjuszoną wrzawą, przysapując jeno, a klnąc i wytrząchając pięściami. Zaś raz po raz ktoś wyrywał się z kupy z ozorem:

2220

— Każde stworzenie ma swój głos, a jeno nam przykazują mieć cudzy.

2221

— I cięgiem przykazy… A ty, chłopie, słuchaj, płać i czapką ziemię zamiataj!

2222

— Pokrótce to bez pozwoleństwa nie puszczą i za stodołę.

2223

— Kiej takie wielmożne, to niech przykażą świniom, bych zaśpiewały kiej skowronki! — huknął Antek; zatrzęsły się śmiechy, a on wołał rozjuszony: — Abo niech im gęś zaryczy. Jak to zrobią, to uchwalim szkołę.

2224

— Każą podatki, płacim. Każą rekruta, dajem. Ale wara od…

2225

Odwaga, Prawo— Cichocie, Kłębie. Sam Najjaśniejszy Cysarz[1106] nadał ustawę. I tam stoi kiej wół, co szkoły i sądy mają być po polsku! Tak przykazał sam Cysarz, to jego słuchać będziem! — wrzeszczał Antek.

2226

Ty kto takoj[1107]? — spytał naczelnik, wpierając w niego oczy.

2227

Zadrżał, ale rzekł śmiało, wskazując papiery, leżące na stole:

2228

— Tam stoi napisane. Nie sroka me zgubiła — dodał zuchwale.

2229

Naczelnik pogadał cosik z pisarzem, a ten pokrótce ogłosił, jako Antoni Boryna, pozostający pod śledztwem karnym, nie ma prawa brać udziału w zebraniu gminnym.

2230

Antek poczerwieniał z gniewu, lecz nim się zebrał na słowo, naczelnik wrzasnął:

2231

Poszoł won[1108]! — I wskazał go oczami strażnikom.

2232

— Nie uchwalajta, chłopcy! Prawo za nami! Nie bójta się niczego! — krzyknął zuchwale Antek.

2233

I odszedł wolno ku wsi, spozierając na strażników kiej wilk na kondle, że ostawali coraz dalej.

2234

Ale w gromadzie zagotowało się z nagła kieby w tym kotle. Wszyscy naraz zaczęli prawić, krzyczeć i sprzeczać się zajadle, że już nie dosłyszał nikogo, a jeno pojedyncze słowa klątw, pogróz i przekpiwań latały nad głowami kiej kamienie. Jakby ich zły opętał, tak się wydzierali zapalczywie, a nikto nie poredził wyrozumieć, skąd to przyszło i laczego.

2235

Spierali się o szkołę, o Antka, o wczorajszy deszcz — kto zeszłoroczne szkody przypominał sąsiadowi, kto folgę jeno dawał wątrobie, kto zaś la samego sprzeciwu się kłyźnił, że powstał taki męt, taki wrzask i zamieszanie, co się już widziało, jako leda chwila wezmą się za łby i orzydla. Próbował spokoić Grzela, próbowali drugie, nie przemogli jednak opętania. Wójt dzwonił, jaże mu drętwiały kulasy, przywołując do porządku — i takoż na darmo. Kiej te rozjuszone indory skakały sobie do oczów, ślepe już i głuche na wszystko.

2236

Dopiero któryś ze sołtysów jął walić kijem w pustą beczkę, stojącą pod okapem, jaże zahuczała kiej bęben — wtedy ludzie oprzytomnieli nieco, ściszając się nawzajem.

2237

Urzędnik, Rosjanin, Strach, ChłopNaczelnik, nie mogąc się doczekać cichości, zakrzyczał zgniewany:

2238

— Cicho tam! Dosyć tej narady! Milczeć, kiedy ja mówię, i słuchać. Szkołę uchwalcie.

2239

Ścichło, jakby makiem posiał. Strach padł na wszystkie, mróz przeszedł kości, że stali jakby podrętwieli, spozierając po sobie niemo i bezradnie — ani w myślach postały sprzeciwy, gdyż on stał groźnie, tocząc oczami po wylękłych twarzach.

2240

Przysiadł znowu, a wójt, młynarz i drugie rzucili się między ludzi przyniewalać do posłuszeństwa i strachać.

2241

— Głosować za szkołą, głosować.

2242

— Może być źle. Słyszeliśta?

2243

Pisarz tymczasem sprawdzał obecnych, że co trochę ktoś odkrzykiwał:

2244

— Jest! Jest!

2245

Zaś po sprawdzeniu wójt wlazł na stołek i zakomenderował:

2246

Podstęp, Kłamstwo, Fałsz— Kto za szkołą, niech przejdzie na prawą stronę i podniesie rękę.

2247

Sporo przeszło, ale dużo więcej narodu ostało na miejscu. Naczelnik się zmarszczył i przykazał, aby la sprawiedliwości głosowali imiennie.

2248

Strapił się tym Grzela, dobrze rozumiejąc, że skoro każden z osobna pójdzie głosować, to nie będzie śmiał się przeciwić.

2249

Ale już nie było nijakiej zarady. Pomocnik zaczął wywoływać i każden szedł koleją, posobnie, a pisarz przy nazwisku znaczył kreskę, jeśli był za szkołą, lub robił krzyżyk, gdy się jej przeciwił.

2250

Długo się wlekło, gdyż ludzi było chmara, lecz w końcu ogłosili:

2251

— Dwieście głosów za szkołą, osiemdziesiąt przeciw.

2252

Grzelowi podnieśli wrzask.

2253

— Na nowo głosować! Oszukali!

2254

— Ja mówiłem: „Nie”, a postawił mi kreskę! — wydzierał się któryś, a za nim wielu świarczyło to samo, zaś gorętsi jęli się skrzykiwać.

2255

— Nie dać, podrzeć papiery, podrzeć!

2256

Szczęściem, co dworski powóz zajeżdżał przed kancelarię, więc ludzie, chcąc nie chcąc, musieli się poodsuwać na boki. Zaś naczelnik, przeczytawszy list, jaki mu podał lokaj, oznajmił uroczyście:

2257

— Tak, bardzo dobrze, szkoła w Lipcach będzie.

2258

Juści, co nikto i pary z gęby nie puścił. Stali kiej mur, patrząc w niego spokojnie.

2259

Podpisał jakieś papiery, wsiadł do powozu i ruszył.

2260

Kłaniali mu się pokornie — ani spojrzał na kogo, ni kiwnął głową, a pogadawszy jeszcze ze strażnikami, skręcił na boczną drogę ku modlickiemu dworowi.

2261

Patrzyli za nim czas jakiś w milczeniu, aż któryś z Grzelowych rzekł:

2262

Urzędnik, Prawo, Fałsz— Jagniątko, do rany go przyłóż, a nie spodziejesz się, jak udrze cię kłami gorzej wilka i weźmie pod kopyta.

2263

— A czymże by to głupich trzymali, jak nie pogrozą?

2264

Grzela jeno westchnął, spojrzał po gromadzie i szepnął cicho:

2265

— Przegralim dzisia, trudno, naród jeszcze nie wezwyczajony do oporu.

2266

— Boja się bele czego, to i niełatwo się wezwyczai.

2267

— Moiściewy, a jaki to człowiek! Nawet prawo ma se za nic.

2268

— Juści, przeciek prawo pisali la nas, a nie la siebie.

2269

Jakiś chłop z Przyłęka podszedł, skarżąc się przed Grzelą:

2270

— Chciałem z wami, ale jak me prześwidrował ślepiami, tom języka zapomniał i pisarz zapisał, jak mu się spodobało.

2271

— Tyla było oszukaństwa, że można by zaskarżyć uchwałę.

2272

— Chodźta do karczmy. Niechta siarczyste zatłuką — zaklął Mateusz i odwróciwszy się do gromady, zakrzyczał: — Wiecie, ludzie, czego wama naczelnik zapomniał powiedzieć? A tego, żeśta kundle i barany. I dobrze zapłacita za posłuch. Ale niech was łupią ze skóry, kiejśta głupie!

2273

Zaczęli się odcinać, ktoś nawet pysk wywarł na niego; lecz zmilkli, bo jakaś żydowska bryka przejeżdżała, w której siedział Jasio organistów.

2274

Otoczyli go Lipczaki, a Grzela rozpowiedział o wszystkim. Jasio wysłuchał, pogadał o tym i owym i kazał jechać.

2275

Wszyscy zaś poszli do karczmy i po drugim kieliszku Mateusz huknął:

2276

— A ja wam powiedam, że wszystkiemu winien wójt i młynarz.

2277

— Prawda, najwięcej namawiali a straszyli — przyświarczył Stacho Płoszka.

2278

— A że naczelnik groził, to jakby wiedział już o Rochu — ktoś szeptał.

2279

— Jak nie wie, to mu powiedzą. Znajdą się takie!

2280

— Kaj strażniki? — zapytał Grzela niespokojnie.

2281

— Poszli jakby w stronę Lipiec.

2282

Grzela zakręcił się po karczmie i ani spostrzegli, jak się wyniósł i szedł ku wsi miedzami, rozglądając się pilnie dokoła.

Tekst: Wolne Lektury, domena publiczna lub wolna licencja. Spis treści i audiobook.