Opowieść wigilijna · Charles Dickens

V. Koniec historii

ok. 11 min czytaniaPrzemianaDobroŚwięto

V. Koniec historii

794

Tak, był to rzeczywiście słupek jego własnego łóżka.

795

Leżał we własnym łóżku, we własnym pokoju.

796

A ucieszyło go bardziej jeszcze i prawdziwie uszczęśliwiło to przekonanie, ta pewność, że posiada swój własny czas i że wystarczy mu go na gruntowne zreformowanie swego życia.

797

— Będę żył, pamiętając o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości! — przyrzekał sobie, wstając. — Duchy trzech czasów pokonały mnie zupełnie. O, Jakubie Marley! Cześć i błogosławieństwo Niebiosom i wigilii Bożego Narodzenia za ich dobrodziejstwo! Składam im dzięki na kolanach, stary Jakubie Marley; tak jest, na kolanach!

798

Był tak podniecony i tak ożywiony dobrymi zamiarami, że jego słaby, drżący głos nie odpowiadał sile przepełniających go uczuć. Łkał gwałtownie, a twarz jego zlewały obfite strumienie łez.

799

— Są, są na swoim miejscu! — zawołał, całując kotary łóżka. — Nikt ich nie zerwał, nikt nie naruszył ich pierścieni. Są tutaj i ja jestem tutaj, a obrazy tego, co się zdarzyć mogło, mogą być rozwiane. Ja wiem, że one znikną, jestem o tym przekonany.

800

Drżące jego ze wzruszenia ręce nie mogły sobie poradzić z ubraniem; wdziewał rzeczy na wywrót[75], szarpał je, upuszczał, słowem, wyprawiał z nimi istne awantury.

801

— Nie pojmuję doprawdy, co się ze mną dzieje! — mówił, śmiejąc się i płacząc jednocześnie, przy czym wdziewał skarpetki na ręce, stając się podobny do statui Laokoona opasanego wężami[76]. — Jestem lekki jak piórko; szczęśliwy jak anioł; wesoły jak student; oszołomiony jak pijak! Życzę wszystkim, całemu światu, wesołych świąt i pomyślnego Nowego Roku! Wiwat! Wiwat!

802

W podskokach pobiegł do pokoju bawialnego i tam przystanął zadyszany.

803

— Wszystko w porządku! — wołał, rozglądając się dokoła. — Oto rondelek, w którym odgrzewałem swój kleik! Oto drzwi, przez które wszedł duch Marleya! Oto miejsce, gdzie siedział Duch Tegorocznego Bożego Narodzenia! Oto okno, z którego patrzyłem na błądzące w powietrzu duchy! Wszystko w porządku! Wszystko na swoim miejscu! Wszystko prawda! Wszystko to się działo! Ha, ha, ha!

804

Z ust człowieka, który przez tyle lat się nie śmiał, śmiech teraz wydobywał się dziwnie… Był to jakby początek nieskończonego, radosnego śmiechu przyszłości.

805

— Nie wiem, którego dziś mamy — monologował Scrooge — nie wiem też, jak długo przebywałem z duchami. Nic nie wiem. Jestem jak nowo narodzone dziecko. Ale mniejsza z tym. Właśnie pragnę być dzieckiem. Wiwat!…

806

Jego okrzyki zostały przytłumione przez dzwony kościelne, które wydobywały z siebie najweselsze brzmienia, jakie kiedykolwiek zdarzyło mu się słyszeć.

807

— Diń, diń, don, bum! Diń, diń, don, bum! Ding, dong! Ding dong!

808

Cudownie! Wspaniale! Zachwycająco!

809

Pobiegł do okna, otworzył je i wychylił się z niego.

810

Ani mgły, ani wilgoci.

811

Jasny, pogodny, mroźny dzień, jeden z tych, które rzeźwią i rozweselają duszę, pobudzając krew do energiczniejszego krążenia. Promieniejące słońce, jasne niebo, czyste powietrze, wesoły odgłos dzwonów!

812

Wspaniale! Zachwycająco!

813

— Co to dziś mamy za dzień? — zapytał przez okno małego chłopca w odświętnym ubraniu, który zatrzymał się przed oknem może dlatego, żeby się Scrooge'owi przypatrzeć.

814

— Co? — mruknął chłopiec mocno zdziwiony.

815

— Pytam, jaki dzień dziś mamy, mój chłopaczku — powtórzył Sorooge.

816

— Dzisiaj? Oczywiście Boże Narodzenie — odparł chłopiec.

817

— Boże Narodzenie? — szepnął Sorooge. — Więc go nie straciłem. Duchy dokonały wszystkiego w ciągu jednej nocy. Rozumie się, że mogą one robić wszystko, co im się żywnie podoba. Kto by o tym śmiał wątpić. Wiadomo, że są wszechwładne. Hej! Pójdź tu bliżej, miły chłopaczku!

818

— Czego pan sobie życzy?

819

— Czy wiesz, gdzie jest sklep z drobiem? Z bitym drobiem? O tam, na rogu drugiej ulicy.

820

— Wiem. Znam doskonale ten sklep.

821

— Mądry chłopak! — szepnął do siebie Scrooge. — Inteligentny chłopak! Bardzo roztropny chłopak.

822

A głośno dodał:

823

— Nie wiesz przypadkiem, czy nie sprzedali tego wielkiego indyka, który wczoraj wieczorem jeszcze wisiał w oknie wystawy? Tego największego?

824

— Aha, tego tak wielkiego, jak, nie przymierzając, ja cały?

825

— Dowcipny chłopak! Zdumiewający chłopak! — zachwycał się Scrooge. — Prawdziwa przyjemność rozmawiać z takim malcem… Tak, tak, mój koteczku, ten sam.

826

— Wisi tam jeszcze.

827

— Czy być może?! — zawołał Scrooge uradowany — A więc biegnij i kup go.

828

— Pan sobie ze mnie żartuje… — wzruszył ramionami chłopiec.

829

— Ależ nie, wcale nie żartuję — zapewniał Scrooge — mówię najzupełniej serio. Idź, kup tego indyka i każ go przynieść tutaj, a ja wskażę, komu go należy doręczyć. Wróć tu ze służącym sklepowym, dostaniesz za to szylinga. Jeżeli się załatwisz prędzej i wrócisz za pół godziny, to dostaniesz całą koronę.

830

Chłopiec pomknął jak kula. Chcąc wypuścić strzałę z mniejszą o połowę szybkością, trzeba byłoby znaleźć łucznika z niezwykle silną ręką.

831

— Poślę tego indyka mojemu pomocnikowi — szeptał do siebie Scrooge, zacierając ręce i uśmiechając się wesoło. — Ręczę, że ani mu na myśl nie przyjdzie, kto mu go przysyła. Indyk jest co najmniej dwa razy tak duży, jak Mały Tim. Jestem pewien, że Bob nie będzie się gniewał za tę niespodziankę. To figiel, co się zowie!

832

Napisał adres niezupełnie pewną ręką, zszedł na dół otworzyć drzwi i czekać tam na indyka.

833

Gdy stał przed drzwiami, uwagę jego zwróciła kołatka.

834

— Poczciwa! Będę cię kochał, dopóki życia mi starczy… — zawołał, głaszcząc pieszczotliwie kołatkę dłonią. — Dziwna rzecz, żem nigdy przedtem nie zwrócił na nią uwagi. A jednak jak ona sympatycznie wygląda! Dobra, kochana kołatka. Lecz oto indyk, Hej, daj go tutaj! Jak się masz chłopcze! Życzę ci wesołych świąt.

835

Indyk był w samej rzeczy ogromny. Trudno było nawet przypuścić, żeby tak wielki i ciężki ptak mógł się utrzymać na własnych nogach. Chyba nie. Złamałyby się pod jego ciężarem jak dwie laski laku[77].

836

— Ale ty, przyjacielu — rzekł Scrooge — nie dodźwigasz go do Camden Town. Musisz wziąć fiakra[78].

837

Mówiąc to, odliczył należność za indyka i za fiakra, a śmiał się przy tym nieustannie. Wróciwszy na górę i usiadłszy w fotelu cały spocony i zadyszany, wciąż się śmiał jeszcze.

838

Niełatwo mu przyszło ogolić się, ponieważ ręce mu drżały, a wiadomo przecież, że ta czynność wymaga wielkiej uwagi nawet wtedy, kiedy się ją wykonuje podczas tańca. Ale gdyby nawet odciął sobie brzytwą kawałek nosa, to i wówczas nie straciłby dobrego humoru; zalepiłby rankę plasterkiem gumowym i nie myślałby więcej o niej.

839

Ogoliwszy się, przywdział najlepsze ubranie i wyszedł przejść się nieco.

840

Ludzie już wyroili się z domów i snuli się tłumnie, weseli, ożywieni, zupełnie tak samo, jak wtedy, kiedy odbywał wędrówkę po ulicach Londynu z Duchem Tegorocznego Bożego Narodzenia.

841

Z założonymi w tył rękoma Scrooge szedł z wolna, patrząc na wszystkich z wesołym uśmiechem. Miał tak sympatyczną minę, że trzech czy czterech jegomościów, już w dobrych humorach, zaczepiło go słowami:

842

— Dzień dobry, sir[79]! Życzymy wesołych świąt!

843

Scrooge często potem zapewniał, że nigdy w życiu nie słyszał słów, które by równie przyjemnie brzmiały.

844

Przeszedłszy kilka kroków, spostrzegł idącego naprzeciw poważnego jegomościa, który odwiedził go wczoraj w kantorze, zapytując: „Firma Scrooge i Marley, jeżeli się nie mylę?”.

845

Scrooge doznał uczucia wstydu na myśl, że ten jegomość obrzuci go pogardliwym wzrokiem, lecz jednocześnie zrozumiał, jak powinien postąpić. Zbliżył się przeto[80] do niego, chwycił za obie ręce i ściskając je, rzekł:

846

— Witam pana. Jakże zdrowie? Spodziewam się, że kwesta wczorajsza udała się pomyślnie? Nieprawdaż? Pański sposób myślenia jest wysoce szlachetny, zaszczyt panu przynosi. Życzę panu wesołych świąt.

847

— Pan Scrooge?

848

— Tak, to moje nazwisko. Niech mi będzie wolno usprawiedliwić się przed panem… Otóż czy bym nie mógł prosić pana…

849

Tu Scrooge coś mu szepnął do ucha.

850

— Czy ja dobrze usłyszałem? — zawołał tamten oszołomiony. — Drogi panie Scrooge, czy pan to mówi serio?

851

— Najzupełniej serio! Najzupełniej! — zapewniał Scrooge. — Ani pensa mniej. Nadmienię jeszcze, że płacę stary dług. Więc mogę się spodziewać?

852

— Ale, drogi panie — odpowiedział jegomość, serdecznie ściskając dłoń Scrooge'a — nie wiem doprawdy, jak mam panu dziękować za tak hojną ofia…

853

— Ani słowa o tym — przerwał Scrooge — bardzo pana proszę, niech to zostanie między nami. Zechce mnie pan tylko odwiedzić? Czy mogę na to liczyć?

854

— Ależ z całą pewnością! — zawołał skwapliwie poważny jegomość.

855

Nie ulegało wątpliwości, że ma szczery i niezłomny zamiar jak najrychlej złożyć wizytę Scrooge'owi.

856

— Dziękuję panu — rzekł Scrooge — nieskończenie jestem panu wdzięczny! Do miłego widzenia!

857

Wszedł do kościoła, potem przeszedł kilka ulic, uważnie obserwując spotykanych ludzi. Głaskał pieszczotliwie główki mijających go dzieci, wypytywał i obdarzał[81] żebraków, zaglądał do suteren i w okna mieszkań parterowych. Wszystko mu się nadzwyczajnie podobało. Nigdy nie przypuszczał, żeby zwykła przechadzka mogła dostarczyć tyle przyjemności.

858

Po południu skierował się ku dzielnicy, w której mieszkał jego siostrzeniec.

859

Kilkanaście razy przeszedł przed domem, zanim odważył się wejść do sieni i zapukać do drzwi.

860

— Czy pan w domu, moje dziecko? — zapytał służącą, młodą i ładną dziewczynę.

861

— W domu, panie.

862

— Gdzie jest?

863

— W jadalni, razem z panią. Niech pan pozwoli, zaprowadzę.

864

— Dziękuję ci pięknie, dziecko, sam pójdę. Pan twój zna mnie dobrze.

865

To rzekłszy, Scrooge zbliżył się do jadalni, ostrożnie nacisnął klamkę i wsunął głowę przez uchylone drzwi.

866

W tej chwili właśnie odbywał się tam przegląd świątecznie zastawionego stołu. Małżonkowie dokonywali tej czynności bardzo skrupulatnie, jak przystoi na młodą parę, która jest zwykle na tym punkcie bardzo drażliwa i pragnęłaby pod tym względem stać ponad wszelką krytyką.

867

— Fred! — szepnął Scrooge.

868

Siostrzenica Scrooge'a drgnęła, jakby wstrząśnięta niewymownie przykrym uczuciem. Gdyby Scrooge był zauważył, że siedziała w wygodnym fortelu, ze stołeczkiem pod nogami, przypatrując się z całą uwagą nakryciu, nigdy nie ośmieliłby się jej zaniepokoić w ten sposób.

869

— Kto tam?— krzyknął Fred. — Któż, u Boga?

870

— To ja, twój wuj, Scrooge. Przychodzę zjeść z wami obiad. Czy mogę wejść?

871

Czy może wejść? Także pytanie! Scrooge powinien był podziękować Bogu, że siostrzeniec z radości nie urwał mu ręki przy powitaniu…

872

Po upływie dziesięciu minut Scrooge czuł się tutaj jak we własnym domu. Niepodobna sobie wyobrazić coś serdeczniejszego nad przyjęcie, jakiego doznał. Żona Freda nie dała się wyprzedzić mężowi, jak również Topper, owa mała, pulchna siostra żony Freda i zresztą wszyscy goście, którzy się kolejno zjawiali. Zachwycające było całe towarzystwo, zachwycająco się bawili, zachwycająca harmonia panowała w tym kółku… Szczęście! Prawdziwe szczęście!

873

Nazajutrz jednak Scrooge udał się do kantoru.

874

Wstał wcześnie, wcześniej niż zwykle, gdyż pragnął koniecznie złapać Boba na spóźnieniu. Bardzo tego pragnął. I udało mu się to. Miał tę przyjemność. Zegar wybił dziewiątą — Boba jeszcze nie było. Kwadrans po dziewiątej — jeszcze go nie ma. Spóźnił się o całe osiemnaście i pół minuty. Scrooge otworzył szeroko drzwi do swego pokoju, aby widzieć, jak Cratchit będzie się przemykał do swej wyziębionej komórki.

875

Bob już w sieni zdjął kapelusz i szalik, a otworzywszy drzwi, w jednej chwili usiadł na swoim stołku i pióro jego zaczęło tak szybko biegać po papierze, jakby chciało dopędzić ubiegły czas.

876

— A to co? — burknął Scrooge, starając się swemu głosowi nadać ton jak najbardziej surowy. — Jak można tak się opóźniać? Co pan sobie myśli?

877

— Istotnie, winien jestem — szepnął pokornie Cratchit — bardzo pana przepraszam za spóźnienie…

878

— Spóźnienie! — burknął znów Scrooge. — Ja sądzę, że to porządne spóźnienie. Proszę tu do mnie!

879

— Przecież zdarzyło się to tylko raz w ciągu całego roku… — usprawiedliwiał się Cratchit, wychodząc ze swej nory. — Nie powtórzy się to więcej, zapewniam pana. Wczoraj zabawiłem się trochę.

880

— Wszystko to bardzo pięknie — przerwał mu Scrooge — muszę jednak oświadczyć panu, że wcale nie myślę dłużej znosić czegoś podobnego. Dlatego — ciągnął dalej, zeskakując szybko z krzesła i dając Bobowi takiego kuksańca, że się aż zatoczył do swej komórki — dlatego… podwyższam panu pensję!

881

Bob, przerażony, rzucił się do linii, leżącej na kantorku. Miał zamiar, uzbroiwszy się w nią, schwycić Scrooge'a za kołnierz, zwołać ludzi z ulicy i przy ich pomocy wpakować pryncypała w kaftan bezpieczeństwa.

882

Lecz do tego nie doszło.

883

Przemiana, Dobro, Święto— Życzę ci wesołych świąt, Robercie! — odezwał się Scrooge tak poważnie i tak serdecznie, że nie można było wątpić o szczerości jego słów, tym bardziej, że jednocześnie poklepał Boba po ramieniu z poufałością dobrego przyjaciela. — Z całego serca pragnę, aby święta tegoroczne wynagrodziły ci wszystkie święta dawne, któreś ze mną spędził. Tak jest, Robercie, podwyższam ci pensję i wszelkich starań dołożę, aby postawić na nogi twoją rodzinę, upadającą z przepracowania. Rozpatrzymy tę sprawę dziś po południu, przy szklance gorącego grogu. A teraz, Robercie, rozpal porządny ogień na kominku i nie żałuj węgla!

884

Scrooge zrobił więcej niż obiecał. Co zaś do maleńkiego Tima, który wcale nie umarł, Scrooge był odtąd dla niego drugim ojcem.

885

PrzemianaZmienił się zupełnie. Odtąd był tak dobrym przyjacielem, tak dobrym chlebodawcą, tak dobrym człowiekiem, jakimi bywali dobrzy ludzie za dobrych, starych czasów, w dobrym, starym kraju, w dobrym, starym mieście, na dobrym, starym świecie. Niektórzy szydzili z tej zmiany, lecz on nie zwracał wcale na to uwagi. Miał tyle rozumu, że wiedział, iż wszystko dobre na świecie zawsze jest przedmiotem szyderstwa ze strony pewnego rodzaju ludzi. Ponieważ tych ludzi należy uważać za ślepych, Scrooge sądził zatem, że lepiej, aby ich kalectwo ujawniało się w postaci zmarszczek dokoła oczu, wywołanych ustawicznym wyśmiewaniem się z bliźnich, niż w jakiej mniej przyjemnej postaci, jego dusza była pełna pogody i wesela — to mu zupełnie wystarczało do szczęścia. Z duchami już więcej nie miał żadnych stosunków, natomiast pozawiązywał stosunki z ludźmi, podtrzymywał je usilnie, a całe jego życie toczyło się wśród dobrych uczynków. Jakoż mówiono potem o nim, że nikt tak przykładnie nie obchodzi świąt Bożego Narodzenia, jak on.

886

Życzę wam z całej duszy, żeby tak samo o was mówiono, czytelnicy, o mnie i o wszystkich, a wtedy — jak to pięknie powiedział maleńki Tim — Bóg będzie błogosławił wszystkim i każdemu z osobna.

887

Koniec.

Tekst: Wolne Lektury, domena publiczna lub wolna licencja. Spis treści i audiobook.