Kronika polska · Gall Anonim
Księga wtóra
Księga wtóra
[Dedykacja]
List się poczyna
Jego Przewielebności Jegomości Księdzu Pawłowi, z Bożej łaski biskupowi polskiemu[156], jego też w krzewieniu wiary świętej pomocnikowi nieutrudzonemu, kanclerzowi Michałowi, maluczkiej przyprawy dostarczyciel, synowskie uczczenie i służby powolne.
147Wśród rozmyślań wielorakich żywo stanęła mi w pamięci najprzód pełna miłości chrześcijańskiej i niehamująca się niczym z waszej strony doznawana uczynność, dalej odgłos po wielkim obszarze udzielonej wam z niebios mądrości a prawości, w rozumieniu nawet ludzkim. SłowoLecz gdy najczęściej zamiar w myśli powzięty rozbija się o niezdolność odpowiedniego wysłowienia, starczyć ma chęć dobra za czyn wymowy. CzynJakoż próżno by temu przyganiać, jeżeli ktoś czyni tyle, ile to w jego możności. Aby się jednak nie zdawało, iż milczeniem pokrywamy rozmyślnie chwałę zasłużoną wysoko postawionych bądź w hierarchii świeckiej, bądź w duchownej krajowych mężów, kusimy się na pokaz znaczenia ich właściwego; luboć to czynimy w takim sposobie, jak gdybyśmy usiłowali przylać kroplę z nikłego źródła do wód Tybrowych szerokim płynących rozlewem. Przymnożyć tego się nie da, co już stanęło w pełnej swej mierze; słuszność atoli nie wzbrania i temu jeszcze z zakresu sobie przysługującego pochwał wypowiadać należnych. Nie ma się tego za rzecz nieprzyzwoitą w malarstwie, gdy do farb świetnych dla cienia czarna się przymiesza. Na stole królewskim także nie pogardza się lichym z pozoru przydatkiem, który ckliwość z powodu jednostajnych co dzień łakoci odpędza. ZwierzętaA w innym znów względzie mrówka, choć w ogromie ciała wielbłądowi nie dorówna, stosownie do sił swoich dzieła na swój wymiar dokonywa przecież starannie. Takich to przykładów zwabiony ponętą, usiłuję na wzór mówić poczynającego dziecka składać wyrazy ku ocenie mężów przez się chwalebnych podjęte niepochwalnie, lecz w celu uwielbienia postawionych na świeczniku w Izraelu, wyrzeczone prawdziwie, bez ukrytego podstępu; Polska, Religia, Nauka, Lasw celu uwielbienia tych to właśnie, powiadam, których żywot chlubny, nauka widna każdemu, obyczaje godne naśladowania, słowo do ludu zbawienne, których mądrość z dwugłowej wyżyny filozofii albo Parnasu początek wiodąca[157], wśród gęstwin leśnych Polski tak sobie przezornie drogę toruje, by nie wprzód ziarno pszeniczne wiary na rolę serca ludzkiego nieuprawną rzucali, dopóki by motykami słowa Bożego, z korzenia nie wytępili w niej chwastów i głogów. Podobni w tym oni do ojca rodziny ewangelicznego, który wie, co ma nowego albo starego dobyć ze skarbca, i do Samarytanina, co opatrując rany kalece, na przemian zlewa je winem i olejem[158]. Pod miarą nieuchybną wydzielają czeladkom swym pszenicę ze spichlerzy i talentu pod korcem nie skrywają, lecz dzielą go, rozdając na odsetki spodziewane. Cóż jednak porywa się niemy rozprawiać o mówcach? Lub małego wykształcenia chłopię o głęboko z rzeczą oswojonych? Przebaczcież zatem wiedzy niedostatecznej, wyrozumiejcie chęć dobrą, wspaniali ojcowie. Niechaj nie patrzy na to rozwaga świątobliwości waszej, jaką i jakiej doniosłości prace przedsiębierzemy, ale na cel istotny tego przedsięwzięcia. Wszakże to przysługa przez ubogiego przyjaciela zamożnym czyniona. Z tego więc punktu widzenia zapatrujcie się na nią do końca, a dziełko niniejsze, kreślone piórem naszej nieudolności ku pochwale książąt naszej ojczyzny podjęte, gdzie tego zajdzie potrzeba widoczna, oczyśćcie z błędów w porę dostrzeżonych, dopełnijcie niedostatków, by w zamian Pan wszechmocny i wam miał przecz[159] odpłacić na dobrach doczesnych i wiecznych.
List się zamyka, epilog[160] się poczyna.
[Epilog]
Zaczyna się osnowa Księgi wtórej
1. O narodzeniu naprzód Bolesława trzeciego
162Narodził się tedy chłopiec Bolesław w dniu uroczystym św. Szczepana króla[161], przy czym matka jego się rozniemógłszy w noc Narodzenia Pańskiego świat ten pożegnała[162]. Niewiasta rzeczona, jeszcze w przeddzień zejścia swego dokonywała dzieł pobożności względem ubogich i niewolników, mnogich chrześcian z niewoli w rękach Żydów wykupując[163]. Po jej zejściu panujący książę Władysław, pomimo iż był w lata podeszły i przez stan chorowity na nogi podupadły, siostrę cesarza Henryka trzeciego, a wdowę po Salomonie królu Węgier, za żonę pojął[164], z której żadnego syna, a trzy córki miał tylko, z tych zaś jedną wydał następnie w zamęście na Rusi, drugiej welon zakonny dozwolił przyjąć, trzecią połączył węzłem małżeńskim z którymś z krewniaków swoich. Lecz żebyśmy o rodzicu takiego młodzieńca gołymi słowy jedynie się nie obywali, przyodziejmy go także w pewną ozdobę rycerstwa. Owóż panujący nad Polską książę Władysław, spokrewniwszy się z domem cesarskim przez małżeństwo, po otrzymaniu od cesarza Rzymian posiłków, tryumfował nad Pomorzanami, których grodu pewnego dobył, przy czym upór ich wytrwały i zuchwalstwo starł a pod stopami zdeptał, czym się pamiętnym stał dzień uroczysty Wniebowzięcia Bożej Rodzicy[165]. Zwyciestwo to zaś jego nie było ostatnim; posunąwszy się bowiem w głąb ich kraju, grody i twierdze aż po kres morski opanował, a po znaczniejszych z tychże i obronniejszych bądź namiestników, bądź towarzyszów swoich[166] z władzą zwierzchnią postanowił[167]. A ponieważ chciał zdradliwości pogan i śmiałości do zrywania nadal koniec raz położyć, rozkazał zwierzchnikom z swej ręki w dniu pewnym oznaczonym wszystkie wewnątrz kraju leżące ich warownie w perzynę obrócić. Rozkaz ten jego został uskuteczniony. Nie przeto jednak poskromienia tego ludu wichrzącego ostatecznie dokonał. Przełożonych wszakże z wyboru Sieciecha, który natenczas był hetmanem rycerstwa, czyli wojewodą naczelnym[168] albo za ich uciążliwość pozabijali, albo spomiędzy nich szlachetniejszych, dyskretniej i uczciwiej postępujących, tym sposobem przegnali od siebie, iż gdy ratowali się ucieczką, przez szpary na to patrzyli.
2. O boju nowym z Pomorzanami
163Atoli panujący książę Władysław, pamiętny krzywdy sobie zrządzonej, z wielkimi siłami do krainy ich przed wielkopościem wkroczył, w niej też większą część postu strawił[169]. Po upłynięciu tedy kilku tygodni, wkroczył niespodzianie w szmat kraju ludniejszy i bogatszy i stamtąd zebrał ogromny łup oraz moc niezliczoną niewolnika uprowadził. Po czym bez obawy żadnej ze zdobyczą tą wracając, stanął już był w pobliżu granic swego państwa, gdy Pomorzanie, w ślad postępujący za nim, nad rzeką Wdą[170] natarli nań nagle i bój z nim krwawy, a dla stron dwojga również opłakany, w przeddzień niedzieli kwietniej[171] stoczyli. Bój się rozpoczął jakoś około trzeciej godziny dnia[172], o zmierzchu zaś wieczornym dopiero został przerwany. Pomorzanie pod zasłoną nocy ciemnej ochronę dla siebie znaleźli, Polacy jako zwycięzcy plac boju Drzu[173] otrzymali[174]. A tak nie było rozstrzygniętym, azaliż ponieśli klęskę poganie lub chrześcijanie. Kaźnią tą, jak rozumiemy, dotknął Bóg wszechmocny na upomnienie gwałcicieli wielkiego postu: objawił to wszakże później niektórym z pogromu a niebezpieczeństwa ocalonym. Ponieważ zaś opłakanym, jak się rzekło, i drogo przepłaconym dla wielu było zwycięstwo, a dzień uroczysty nadchodził Zmartwychwstania Pańskiego, przezwyciężyło zdanie tych, co za powrotem do kraju głosowali.
3. Oblężenie grodu Nakła
164Ponownie Władysław, po uzyskaniu trzech hufów posiłkowych z Czech, około św. Michała[175] wtargnął na Pomorze; tam oblegającym gród Nakło[176] niesłychane dziwy się przytrafiały, strasząc co noc tychże widokiem mar zbrojnych, w wojennym szyku, jakby w celu natarcia zbliżających się ku ich obozowi. Gdy takie złudzenie częściej się powtarzało i znaczenia jego sobie wytłumaczyć nie byli w stanie, pewnej nocy zdjęci przestrachem zwykłym na znaczną przestrzeń wybiegli z obozu, jakoby cienie nocne ścigając, a tymczasem grodzianie, skorzystawszy z tego ich obłędu, przypadli między puste okopy i jeśli czego innego nie dokazali, tedy przynajmniej część namiotów i machiny ich wojenne puścili z dymem. Widząc zatem Polacy, że nic nie wskórają, ani nawet do boju porządnego wywołać ich nie będą w stanie, zwłaszcza że dla części wielkiej wojska, najbardziej zaś dla Czechów, brakło żywności, po daremnym znoju podjętym, od grodu odstąpili. Poszło za tym, iż Pomorzanie z wolna wzbili się w pychę, jakoby Polskę sobie lekceważąc, a nie przeczuwali, w jaki im ton kiedyś zagra syn Marsa, którego wizerunek tu kreślimy. Lecz żeby się komu nie wydało, iż tylko za treścią weselszą gonimy w naszym opisie, powiemy i o takich rzeczach, co rozjątrzą przeciw nam zawistnych — na co już z góry jesteśmy przygotowani. Nikt też na bieg wypadków zważający pilnie, za niestosowną rzecz tego nie uzna, iż się do jednej tu opowieści wprowadzi bękart obok syna w prawym małżeństwie zrodzonego. Na taki też to sposób nie razi nas w dziejach świętych postawienie obok siebie dwóch synów Abrahama, których tenże rozłącza wkrótce z powodu niezgody wszczynającej się miedzy nimi. Pochodzili przecież obaj z tego nasienia patriarchy, a tylko różnica zachodziła co do praw ich ojcowizny.
4. O buncie Zbigniewa
165Owóż Zbigniewa, syna, którego miał z łoża bocznego, panujący książę Władysław[177], gdy widział w nim lata ku temu odpowiednie, a nie chciał mieć go przy sobie w Krakowie, za radą swej żony, wysłał pod pozorem kształcenia naukowego i osadził w pewnym klasztorze saskim[178]. A wtenczas Sieciech, wojewoda naczelny, mąż skądinąd rozumu wyższego, przy czym imponujący rodem i samąż postacią okazałą, zaślepiony chciwością mienia, nieznośnych dopuszczał się gwałtów, posuwanych do okrucieństwa. Jednych bowiem za nieznaczącą pobudką wywłaszczał z dóbr posiadanych, drugich z kraju wyganiał, w miejsce zaś szlachty na urzędy gmin wynosił. Skutkiem takiego jego samorządztwa, wielu, niezniewolonych nawet dotąd pobudką wyraźną, dobrowolnie z kraju ustępowało, nie chcąc tylko doczekać, by na nich przyszła kolej podobnego bez winy cierpienia. Ale jak to dotychczas miało miejsce, iż tułacze po różnych okolicach się rozpraszali, za namową książęcia Brzetysława, jęli się pod jego okiem w Czechach gromadzić. Ci następnie chytrością Czechów ułowieni na wędkę, owszem przekupstwem skłonieni, postarali się o wykradzenie Zbigniewa z klasztoru i pośród siebie go przywiedli. Wreszcie mając taką rękojmię dla swych widoków, przystąpili czynniej do wykonania dawniej ułożonego planu, wyprawiając poselstwo do Magnusa, wielkorządcy wrocławskiego, w następnych objęte słowach:
166„My w rzeczy samej, Magnusie, komesie z ramienia królewskiego, jakkolwiek zniewagi Sieciecha, na wygnanie skazani, znosimy, lecz nad tobą, Magnusie, któremu tytuł twego rządzwa więcej ujmy niż zaszczytu przynosi, serdecznie ubolewamy, bo przypadł ci mozół zaszczytu, nie zaszczyt, bo nie śmiesz nawet przystawom Sieciecha zwierzchności twej okazać. Owóż gdybyś z karku jarzmo niewoli chciał zrzucić, weź się do tego spiesznie, abyś młodzieńca, którego między sobą tu mamy, obecnością jak tarczą obrony się zasłonił”.
A wszystko to było sprawką książęcia czeskiego, który z uciechą siał niezgodę między Polakami. Odebrawszy jednak takie poselstwo, Magnus długo wahał się naprzód; dopiero po naradzeniu się ze swą starszyzną i obmyśleniu działania na przyszłość, do ich propozycji się przychylił i Zbigniewa do siebie przyjął. Czyn ten zasmucił mocno ojca tegoż, Władysława, ale zakłopotał daleko więcej królową i Sieciecha, jako na wyniknąć stąd mogące następstwa uważnych. Więc też natychmiast posła z swej ręki do Magnusa i panów wrocławskich wyprawili z zapytaniem, co by to miało za znaczenie, że Zbigniewa ze zbiegami, bez wiedzy i rozkazania ojcowskiego przyjęli. Czy zatem chcieliby być miani za buntowników lub woli jego posłusznych? Na to odpowiedzieli Wrocławianie jednomyślnie, iż nie zdradzali ojczyzny, w ręce ją Czechów lub innych obcych wydając narodów, lecz że przyjęli do siebie książęcego syna, a z nim rodaków będących na wygnaniu, nie sądzą, aby dali powód do mniemania, iż przestali wiernie i wytrwale być posłusznymi panu i władcy swemu lub od tegoż posłuszeństwa się wymawiali względem prawowitego jego syna Bolesława; boć tylko wszelkimi siłami postanowili walczyć przeciw Sieciechowi i jego niegodziwym zamysłom. Lud zaś zgromadzony na wieść o poselstwie, ledwo nie ukamienował orędownika Sieciechowego, iż chciał bronić tegoż przez fałszywe wykręty. Czym rozgniewany wielce Władysław oraz pałający zemstą Sieciech zgodzili się na jedno, ażeby Władysława króla Węgier i Brzetysława księcia Czech na pomoc przeciw Wrocławianom przyzwać: skąd więcej niesławy niżeli zaszczytu i korzyści odnieśli w skutku. Albowiem Sieciecha w więzy zakutego byłby król Węgier Władysław z sobą uprowadził, gdyby tenże wraz z małoletnim Bolesławem nie był wcześniej umknął. Gdy zatem nic siłą przeciw Wrocławianom nie mogli wskórać, rodacy bowiem przeciw rodakom walczyć nie chcieli, mimowolnie ojciec zawarł pokój z synem i przy tej okoliczności po raz pierwszy synem go swym nazwał. Wróciwszy tymczasem z Polski, dokąd w ucieczce był się schronił, między ich starszyzną jął Sieciech chytrze obiecankami i sypanym złotem nurtować i na swą stronę pojedynczo z wolna przyciągać. Na koniec wreszcie znalazłszy większą ich liczbę dla siebie skłonnych, wnet księcia panującego, Władysława, namówił do podstąpienia z wojskiem pod Wrocław i już po drodze poddane sobie zamki niektóre był zagarnął; gdy widząc Zbigniew odpadających od sprawy swej przedniejszych stronników wewnątrz i poza grodem, zrozumiał, jak trudno „wierzgać przeciw kiścieniowi”, a na gminu wierność i bezpieczeństwo życia nie rachując, w nocy ucieczką się ratował a tak niewstrzymany w biegu przypadł do Kruszwicy, grodu rycerstwem przepełnionego, do którego przez grodzian chętnie został wpuszczony.
5. O zdobyciu grodu kruszwickiego i zburzeniu
167Lecz ojcu na sercu było, iż tak bezkarnie mu uszedł a kruszwiczanie przeciw niemu właśnie między siebie go przyjęli: więc tymże zachodem w pogoń za uciekającym Zbigniewem się puszcza i całymi siłami na gród kruszwicki uderza. Zbigniew zaś, ściągnąwszy tłumy pogan pod buntowniczą chorągiew, mając przy tym siedem pułków z samych kruszwiczan do rozporządzenia, wyruszył z grodu i walczył z swym ojcem: lecz sędzia sprawiedliwy pomiędzy ojcem a synem wyroku domierzył. Więcej bowiem niż domową powinna się była nazwać ta wojna, gdzie syn przeciw ojcu, a brat przeciw bratu występnego dobywał oręża. Tam, sądzę, nędzny Zbigniew godnie na ojcowskie złorzeczenie, które nastąpić miało, zasłużył; i tamże Bóg wszechmocny nad Władysławem księciem takie miłosierdzie okazał, iż moc niezliczoną z nieprzyjaciół trupem zasłał, a przeciwnie z jego strony jak najmniejszy poczet śmierć spotkała. Tyle bowiem się przelało krwi chrześciańskiej i tyle trupów do jeziora zamek otaczającego zapadło, iż od owego czasu wszelki dobry chrześcijanin brzydził się pożywać rybę z jeziora pomienionego. A w taki to sposób Kruszwica, przedtem w bogactwa i lud rycerski opływająca, w jedno głuche pustkowie się obróciła[179]. Zbigniew tedy, ocalony z pogromu, z garstką niedobitków do zamku się chroniąc, nie wiedział, czy stratą głowy na rusztowaniu czy obcięciem członków winę swą miał opłacić. Ojciec atoli nie pastwiąc się nad nierozumem wieku młodzieńczego, a zapobiegając tylko, by się do pogan lub innych buntowniczych rodów nie przyłączył, skąd by większe niebezpieczeństwo wynikło, w miejsce ukarania śmiercią lub obcięcia członków przyjąwszy rękojmię sobie zań daną, odesłał go na Mazowsze i więzieniem w grodzie Sieciecha[180] przez czas niejaki ususzył. Później wszakże, w dobie poświęcenia kościoła gnieźnieńskiego[181], za wstawieniem się biskupów i zwierzchników świeckich stamtąd go dobył oraz czyniąc zadość prośbom tychże, do łaski swej przywrócił.
6. Powieść o cudzie św. Wojciecha
168Cud, Święty, Opieka, Miasto, SenA ponieważ się pobieżnie o kościele gnieźnieńskim nadarzyła wzmianka, nie godzi się przemilczeć o cudzie, jaki w wigilię tego poświęcenia czcigodny męczennik Wojciech w obecności pogan i chrześcijan pokazał. Tak bowiem nocy tej się trafiło, iż do jakiegoś grodu polskiego umówieni zdrajcy wewnątrz tegoż Pomorzan na sznurach wciągnęli, a ci ukryci między okopami czekali tylko błyśnienia poranku, aby spaść na głowy mieszkańcom. Ale ten, co wiecznie czuwa, nie uśnie nigdy, owszem śpiących ustrzegł czujnością rycerza swego Wojciecha, pogan zaś w zasadzce dybiących na zgubę chrześcijan obegnał dokoła strach wielkooki broni duchownej. Ukazał się im bowiem na białym koniu mąż jakiś zbrojny, który im groził dobytym z pochwy do natarcia mieczem, a ten ścigając ich od schodów do schodów, napędził tak ostatecznie, iż na łeb, na szyję, rzucili się z wysokości. Tym to niewątpliwie obrońcy grodu, gdy dobiegł ich krzyk pogan i zgiełk nagły, ze snu rozbudzeni za sprawą chwalebnego męczennika Wojciecha uszli wiszącego nad głowami niebezpieczeństwa. Tyle na teraz dość jest powiedzieć o świętym Pańskim, a zwrócić pióro ku opisowi ciągu rzeczy przerwanego.
7. O podziale państwa między dwóch synów
169Przetoż po odbytym obrzędzie poświęcenia bazyliki gnieźnieńskiej i wybłaganym u siebie przebaczeniu dla Zbigniewa panujący książę Władysław na obu synów zdał komendę wojska powierzając je tymże ze wskazaną wyprawą na Pomorze. Ci atoli ruszywszy w pochód i nie wiadomo jak sobie w tym poczynając, wrócili wkrótce, zlecenia swego bynajmniej nie dopełniwszy. Zaczem ojciec, podejrzewając w takim postępku ukrywającą się inną przyczynę, między nich na dwoje rozdzielił królestwo, z rąk wszakże swoich stolic przedniejszych królestwa[182] nie wypuścił. Ale co z podziału na którego z nich przypadło i nam wyliczać byłoby uciążliwym i wam przez wysłuchanie tak dalece owocnym by nie było.
8. Dalsze co do tego podziału rozporządzenie
170Mówią, iż gdy panowie zapytywali ojca, którego by z nich uważał za świadomszego pod względem przyjmowania i odprawiania poselstw, pod względem zwoływania wojsk w porę i prowadzenia do boju, pod względem wreszcie sprawowania państwa w potrzebach tegoż wielorakich, takimi, im odpowiadając, wyraził się słowy: „Koniecznością to jest dla mnie jako dla zapędzonego w lata i chorobą nadwątlonego starca, abym pomiędzy nich królestwo rozdzielił, a z tego, na co patrzę, zdanie me o nich gruntował; lecz żebym jednego z nich przenosił w rozumieniu mym nad drugiego i stanowczo w jednym lub drugim upatrywał, potrzebną ku temu celowi dzielność i rozum dojrzały, nie w mojej to jest mocy, lecz Bożej. Z tym jednym tylko pragnieniem przed wami odkryć się mogę, iż chciałbym, abyście po mej śmierci jednomyślnie władzę zwierzchnią temu oddali, który się okaże rozważniejszym w sądach a dzielniejszym w obronie całości kraju i gromieniu nieprzyjaciół. Tymczasem część taką, jaką jeden i drugi z podziału kraju dostali, niech zatrzymają. Po zgonie mym Zbigniew niech ma Mazowsze z tym, co odzierżał[183], Bolesław zaś, syn mój prawy, niechaj we Wrocławiu, Krakowie i Sandomirzu, głównych stolicach państwa zawładnie[184]. Gdyby w ostatku nie okazali się ku temu celowi zdatnymi lub gdyby w niezgodzie z sobą żyli, ten zwłaszcza, coby się z obcymi wiązał narodami i z nimi na zgubę kraju spiskował, ma berła pozbawion, wyzuty być nadto z prawa do ojcowizny. Ten niech uchwałą niezłomną na tronie przodków zasiędzie, który jest w stanie lepiej imię zaszczytne kraju i tegoż pożytki przymnażać”. Po dokonanym więc w sposobie powyższym rozdziale państwa i oświadczeniu się dość jawnym w przedmiocie tym ojca, z synów każdy część sobie przypadłą zwiedził i objął niezwłocznie, ojciec zaś najchętniej zawsze w zamiłowanym przez się zamieszkiwał Mazowszu.
9. O wieku dziecięcym Bolesława
171A teraz niech to nie dziwi nikogo, jeżeli coś pamiętnego zechcemy przytoczyć z lat dziecięcych Bolesława. Nie trybem bowiem, jakim zwykła pospolicie swawola dziecinna, za czczymi ubiegał się on zabawami, ale już dzieckiem będąc naśladować starał się głoszone sobie waleczne czyny rycerzy. I choć to upodobaniem jest szlachetnych młodzianów łowcze psy i ptastwo mieć w swym otoczeniu, więcej zawsze owa rycerska szkoła miała powabu dla Bolesława. Jeszcze bowiem o własnej sile nie był w stanie dosiadać konia i z niego zstępować, a już, pomimo niechęci ojca a niekiedy bez jego wiedzy, pierwszy się dowiadywał o wyprawach na nieprzyjaciół i chciał w nich uczestniczyć, postępując z wodzami na czele.
10. Sieciech z mianym przy sobie Bolesławem pustoszą Morawy
172Weźmyż pod uwagę przykład z wieku jego dziecięcego, jakby pierwociny szkoły rycerskiej, nim od rzeczy mniejszych z kolei do większych przejdziemy. Jak wiadomo, panujący książę Władysław dla[185] starości i choroby sam powinności wodza pełnić nie mogąc, wyręczał się w tym, przelewając wojska kierunek na Sieciecha, wojewodę swego naczelnego, do tego więc należało boje staczać albo nachodzić ziemie nieprzyjaciół i one pustoszyć. Kiedy też wypadło orężnie nawiedzić Morawy[186], wybrał się z nim pospołu maluczki niedorostek, więcej, ma się rozumieć, imieniem niż przewagą broni, znaczący w tej rozprawie. Tym razem większą część Moraw spustoszyli i na powrót z sobą znamienitą zdobycz oraz moc niewolnika przywiedli, nie doznawszy oporu spodziewanego ani przeszkody do odejścia.
11. Pacholę Bolesław zabija dzika
173Wiele mógłbym się rozpisać o niepospolitej odwadze dziecka, gdyby mię w tym nie hamowała chęć pospieszenia do treści znakomitszej dzieła. Jednakże nie dozwolę ukryć się w cieniu temu, w czym połyska zarodek dzielności do spraw większych. Pewnego poranku syn Marsa. zasiadłszy do śniadania w lesie, postrzegł przechodzącego ogromnego dzika, który się zapuszczał w gęstwę przyległą. Natychmiast więc porwawszy się od stołu, skoczył na przełaj z oszczepem i nie czekał, aż przywołana będzie psiarnia lub który z towarzyszów łowu na pomoc pospieszy. Ale wtem właśnie, gdy już był w pobliżu dzikiego zwierza i miał wypuścić pocisk w gardziel tegoż, zabiegł mu drogę rycerz pewien, który zdołał w porę zamach jego powstrzymać, usiłując zarazem oszczep wyrwać mu z ręki. Gniewem albo raczej odwagą uniesiony Bolesław, dwoistym pojedynkiem do zdumienia, zwarł się w tym razie z dzikim zwierzem i człowiekiem i wyszedł zwycięsko. Albowiem i oszczep napastnikowi wydarł na powrót, i dzika martwym u stóp swych położył. Zapytywany rycerz następnie, dlaczego to uczynił, odparł, iż sam nie wiedział dlaczego: przychylne oko jego atoli na długo postradał z tej przyczyny. Młodzik zaś wyszedł z tej rozprawy mocno utrudzony, tak iż zaledwo na wietrze powoli otrzeźwiał.
12. Bolesław niedźwiedzia zabija
174O innym także czynie odwagi dziecięcej nie zamilczę, chociażbym wnosił, że przez to komuś z zazdroszczących dworaków się nie podobam. Tenże chłopczyk królewski, w nielicznym orszaku przebywając knieję leśną, nagle, gdy się znaleźli na wzgórzu pewnym wydatniejszym i patrząc na dół, tu i ówdzie rozglądali się bez celu, ujrzał silnego niedźwiedzia w skokach po nizinie z samicą igrającego. Na widok ten co żywo puścił się na dół ze wzgórza, dawszy znak towarzyszom do pozostania na miejscu. Samopas i nieulękły, z konia nie zsiadając, dotarł obces[187] ku bestiom krwawym, a zaczem[188] niedźwiedź wspięty na łapy krok ku niemu uczynić zdołał, już padł przeszyty na wylot jego oszczepem. Czyn taki, wprawiający w zdumienie obecnych, wart był zaiste, aby wieść o nim odnieśli pomiędzy tych, którzy świadkami jego nie byli.
13. Bolesław na ziemię nieprzyjacielską wybiega
175Syn Marsa Bolesław, wzrastając z laty[189] i siły swe krzepiąc, nie jak to jest zwyczajem płochej młodzieży, gonił za zbytkiem i marnościami, lecz gdzie posłyszał o nieprzyjaciół na grunt ojczysty napaściach, nie mógł znieść tego, by się nawzajem nie puścić z dobranym rówienników[190] orszakiem i nie zapłacić odwetem śród własnych ich krain. Wnet palił ich włości, zagarniał spotkanych po drodze i wraz ze zdobyczą do dom z sobą uprowadzał. Korciło go to bowiem, iż na swe imię mając już księstwo wrocławskie wydzielone, jakkolwiek wiekiem niedorostek, lecz starzec dzielnością, nie zażył jeszcze uciechy rycerskiej. Stąd czynów jego młodzieńczych świadomi, z nadziei, jaką obudzał, dokonania kiedyś dzieł większych, brali pochop do głębszego zamyślenia się nad przyszłością, coraz też więcej przywiązywał do swego imienia czy to młodzież, czy starszyznę: tamtych dla współudziału, tych, że przecież kraj się doczeka bohatera w swym władcy.
14. Bolesław na Pomorzan uderza
176Tenże zaś młodziutki wojak, czyste plemię marsowe, z konną drużyną puścił się raz na Pomorze, gdzie się już nieco donośniej wieść o nim rozeszła. Przypadłszy pod gród Międzyrzecze[191], z taką nań siłą i natarczywością uderzył, iż po dniach kilku do poddania się obrońców jego zmusił. Przy którym to zdarzeniu stolnik jego Wojsław, cios odniósł nader dotkliwy w czoło, przy starciu u murów, tak iż ledwo biegłość lekarza, przez wyjęcie kości, zdołała go ocalić. Dowód to zawsze, iż walka musiała być zawzięta, lecz i na bliskość niezwykłą toczona. Znamię waleczności jego niezatarte było na długo.
15. Inna jego wojna na Pomorzu
177Za powrotem z krainy rzeczonej dozwolił nieco wytchnąć rycerstwu swemu; wnet przecież pomyślał młodzik, niełatwy do uznojenia, o doprowadzeniu do skutku rozleglejszych zamiarów. Owóż za ponownym wtargnięciem na Pomorze celem tym jedynie zajęty, aby je uśmierzyć lub zupełnego jego dokonać następnie, przy okolicznościach sprzyjających, podboju, tym razem nie zwraca usiłowań swoich już tylko do pobrania łupów lub palenia kraju, ale się kusi o grody i miejsca obronne, które by chciał posieść[192] lub zburzyć. Za pierwszym więc zapędem niepohamowanym dostał w moc swoją warowny zamek pewien po drodze, przy czym bez odniesienia zdobyczy wojennej się nie obyło, ale przede wszystkim danego słowa przeniewierców wojennym skarał obyczajem. Lecz cóż powiedzieć, iż zamiast orężnym tym powodzeniem coraz większą miłość współziemian swych pozyskiwać, tylko coraz większą zawiść przeciwnie obudzał; a nawet, jak się to wkrótce okaże, dał powód tymże do ukartowania skrytego zamachu na swe życie?
16. Knowania Sieciecha
178Natenczas wszakże Sieciech, mnogie, jak powiadają, na obu przyrodnich braci zasadzki stawiał, przy czym knowaniami swymi do tego zmierzał mianowicie, aby ile możności najskuteczniej umysł ojca zniechęcił ku synom. Stąd po zamkach z dzielnic nawet synów albo krewniaków swych, albo czołobitnych tylko sobie, przez których by panował, na zarządców lub innego rodzaju przystawców[193] rozsyłał, a to z daną tymże tajemną instrukcją, by wrodzoną chytrością starali się układy ich krzyżować i udaremniać, gdziekolwiek by się podała sposobna ku temu pora i okoliczność. Chociaż na obu przecież zastawiał swe sidła, więcej na sercu zawsze mu ciążył Bolesław, jako syn prawy u swego ojca i odznaczający się bystrością umysłu, który po przewidywanym dostąpieniu tronu niefortunną przemianę dla niego mógł tylko obiecywać. Czując to z dala, obaj bracia wzajemną przysięgą względem siebie się zobowiązali, na wypadek zamachu Sieciecha przeciw któremukolwiek z nich pojedynczo, bez zwłoki najmniejszej całymi siłami jeden drugiemu nieść pomoc czynną. Owóż zaszła okoliczność, w której nie wiadomo, czy należy upatrywać chytry czyjś podstęp, czyli[194] pobudkę rzeczywistą, iż panujący książę Władysław, ostrzegając młodego Bolesława o doszłym do swego słuchu zamiarze Czechów wkroczenia do Polski i rozpuszczenia po niej zagonów w celach rabunku, polecił temuż pospieszyć jak najrychlej na miejsce zagrożone, wezwawszy do współdziałania z sobą zarządców książęcej swej dzielnicy, postanowionych tym razem właśnie z ręki Sieciecha, którym młodzieniec bynajmniej nie mógł ufać. Młodzieniec, rozkazowi ojca w dobrej wierze posłuszny, na miejsce oznaczone z drużyną swą spieszył: atoli, rzecz dziwna, towarzysz Wojsław[195], który jako jego ochmistrz czuwać był obowiązany nad wszelkimi krokami wychowańca swego, od wyprawy tej się wyłączał. Poszepnie zatem jeden drugiemu po drodze: a nuż w tym jaka zdrada się ukrywa? „Już to samo — mówili do Bolesława — nie jest dla ciebie bez niebezpieczeństwa, iż ojciec rozkazuje ci się udać na miejsce tak odosobnione, a przyzwać do współdziałania poufałych i przyjaciół Sieciecha. Wiemy bowiem i pewni tego jesteśmy, iż Sieciech dybie na całe plemię, ciebie zaś wyłącznie na pierwszym ma względzie, układając sobie usunąć z drogi swej domniemanego spadkobiercę tronu, usunąć środkami, w których by nie przebierał bynajmniej, a potem nad całą Polską władzę na rzecz swą zagarnąć. Toż to i towarzysz Wojsław, pod którego pieczą zostajemy, pomimo że w jakiejś tam linii krewniakiem jest Sieciecha, byłby się z nami wybrał niechybnie, gdyby w tym wysłaniu coś zdradzieckiego na spodzie się nie ukrywało. Więc też i nam wypada co żywo przedsięwziąć coś stosownego, abyśmy zagrażającego niebezpieczeństwa unikli…”. Słowy tymi młodziutki Bolesław przeraził się niepomału[196], a na czoło jego z nagłego wrażenia pot kroplami wystąpił. Rada tedy w radę, wedle namysłu dziecięcego postanowili pchnąć gońca w też tropy do Zbigniewa, ażeby z pomocą przybywał jak najprędzej; dane zostało hasło na ten wypadek wzajemne, a sami w skok niezwłocznie ku grodowi wrocławskiemu się puścili, mając na celu uprzedzić zajęcie tegoż, gdyby istotnym było zamiarem kopiącego pod nimi dołki spiskowca, do tegoż siepaczów swoich wprowadzić.
179Za powrotem do grodu[197] młodzieńczy Bolesław naprzód piastujących urzędy i starością osiwiałych, następnie lud wszystek zwołał na wiec ku sobie oraz tymże opowiadać jął ze łzami, na sposób dziecięcy, jakie to poznaje zasadzki na swą całość przez Sieciecha stawione. Na zebranie to przybywając Zbigniew, z taką jaką miał pod ręką garstką wojaków, gdy większej nie mógł zgromadzić tak naprędce, w czasie rozrzewniania się tamtych nad położeniem młodziana i unoszenia gniewem a miotania słowy obelżywymi przeciw Sieciechowi, wnet brata przyrodniego mowę, jako i wiekiem starszy, i wykształceńszy naukowo[198], nastrojem retorycznym okrasił, zapalając lud zgiełkliwie odzywający się w słowach jasnych i zrozumiałych, a pobudzając do postawienia groźnego czoła Sieciechowi. „Gdyby nam, obywatele sławetni — były jego słowa — jakkolwiek młodym, znaną nie była wierność wasza i niezachwiana niczym stateczność, tak względem poprzedników naszych, jak względem nas samych, nigdy by wątłość młodzieńczego wieku na tyle klęsk i potrąceń ze wszech stron wystawiona, tylu spiskami nieprzyjaciół zagrożona w bycie, całej w was nadziei, ucieczki i rady stosownej nie położyła. Lecz znajome to obcym narodom i patrzącym z bliska, na ileście zasadzek i knowań byli narażeni sami od tych, co następstwo rodu naszego starają się wygładzić do szczętu i zamiast dziedzicznego spadku panów przyrodzonych przedstawić jakiś porządek wdzierczy i wykrętny. Dla tej więc przyczyny, że rodzic nasz strawiony już wiekiem i chorobą, sobie i nam lub krajowi radzić mniej jest mocen, mus nieodpartej konieczności jest dla nas, rękojmi tej zwierzchniej pozbawionych, nałożyć głową wśród uciech i niegodziwości pyszałków przy ramieniu władzy stojących lub uchodząc z granic Polski, na tułacki puszczać się żywot. Raczcie przeto otwarcie ninie[199] wypowiedzieć, azaliż[200] nam godzi się na miejscu wytrwać lub opuścić ziemię rodzinną?”
180Na to liczne całe Wrocławian zgromadzenie, bólem serca tknięte wewnątrz, umilkło przez chwilę, a wybuchając natychmiast w głos jeden, na wyrażenie zamiaru poczętego w umyśle z afektem politowania się odezwało: „Nie, my naturalnemu panu naszemu a waszemu ojcu po kres dni jego wiary dochować chcemy i z tą się nie uchylimy dla jego plemienia, dopóki w piersiach tchu nam żywotnego stanie. Dlatego o nas powątpiewania żadnego nie miejcie, lecz zgromadziwszy wojsko, i sami uzbrojeni, spieszcie na dwór waszego ojca, a krzywdy waszej, przy zachowaniu czci temuż należnej, wręcz się dopomnijcie”. — Jeszcze tu namowa do końca się nie odbyła ani utwierdzili jej przysięgą obywatele, gdy z obowiązku swego nadchodził Wojsław towarzysz, co był Bolesława ochmistrzem, o tym, co zaszło wśród grodu, nie wiedząc. Atoli, jako podejrzanemu o zdradę z powodu swego pokrewieństwa z Sieciechem, wpuszczenia w bramy miasta i dalszego opiekowania się młodzieńcem odmówiono. Gdy ten tłumacząc się, chciał udowodniać, iż o zdarzeniu przeszłym nic wcale nie wiedział, a gotów był czynem poprzeć, z nimi następnie udając się społem, propozycji jego bracia nie przyjęli i wnet zastępem licznym ruszyli z Wrocławia w zamiarze, na każdym miejscu, gdzieby się to zdarzyło, spotkania ojca.
181Przeto Władysław, panujący książę, tudzież jego synowie, przeciw sobie zdążając, w miejscu zwanym Żarnowiec[201] na osobnych stanowiskach obozy zatknęli, a w tym odosobnieniu, dość długo z sobą nawzajem przez wyprawiane poselstwa walcząc na słowa, ledwie nie ledwie wymogli synowie na ojcu, już to za pośrednictwem panów, już wskutek pogróżek z swej strony, iż na oddalenie Sieciecha zezwolił. Mówią nawet, iż ojciec pod przysięgą synom swym przyrzekł nie przywrócić go nigdy już odtąd do dawnego dostojeństwa. Gdy przeto Sieciech ratował się ucieczką, ku swemu zamkowi zmierzając, stanęli wobec ojca synowie pokorni, broń odpasawszy i w duchu pokoju, przy czym mu służbę swą, nie jak panowie udzielni, lecz posłuszni rycerze, słaniając się do stóp jego ofiarowali. Natenczas pospołu z ojcem synowie, cały oraz zastęp starszyzny krajowej puścili się w pogoń za uchodzącym Sieciechem, siły połączone skierowując ku zamkowi przezeń zbudowanemu. Gdy wszakże tak zdążają spiesznie i wyrugować go z kraju starają się ostatecznie, niespodziewany zachodzi wypadek, iż panujący książę, samotrzeć tylko czy samoczwart, w nocy, kiedy można było mniemać, iż w łożu zasypia spokojnie, od nikogo niedostrzeżony, wymyka się z obozu i skrycie w łodzi zamówionej, na drugą stronę Wisły do Sieciecha się dostaje. Oburzona tym wszelka starszyzna, wykrzykuje, iż opuścić wojsko, a z nim synów i otaczającą komendę nie było to już dziełem mądrego władcy, lecz szaleńca. Zaraz też złożywszy radę z sobą społem, uchwalili, ażeby Bolesław pośpieszył zająć Sandomierz i Kraków, przedniejsze i najbliższe stolice kraju, oraz po odebraniu przysięgi wierności od mieszkańców, zatrzymał je stale; Zbigniew zaś, aby bez straty czasu zwrócił się ku Mazowszu i Płock, miasto rezydencjonalne, wraz z dzielnicą przynależną opanował. Jakoż Bolesław rzeczone stolice zajął i zatrzymał pod swą zwierzchnością; Zbigniew atoli, uprzedzony przez ojca, zamiaru swego dopiąć nie zdołał. Ale po cóż tak długo z rozwiązaniem ostatecznym sprawy stronnictwa Sieciechowego się ociągamy? Gdybyśmy rozliczne korowody z rozterkiem Sieciecha szczegółowo opisywać chcieli, dzieje Sieciecha dorównałyby niewątpliwie w objętości księdze Wojny Jugurtyńskiej[202]. Tak przecież rzeczy poczętej urwać bez namysłu i stanowczości nie możemy… Owoż czym jeszcze opis powyższy się dopełnia. Powtórnie znowu po niejakim czasie młodzieńcy hasło dali wojewodom i wojskom swym do zebrania i po drugiej stronie Wisły, naprzeciw Płocka zatoczyli swe obozy wojenne, gdzie dopiero arcybiskup Marcin[203], starzec w wierności niezachwiany, z niepospolitą bacznością, chociaż z trudem wielkim, ukołysał gniew i zwadę pomiędzy ojcem i synami. Wówczas, powiadają, raz jeszcze panujący książę Władysław poprzysiągł synom, iż nigdy już odtąd Sieciecha do władzy i działania na powrót nie dopuści. Osiągnęli więc nareszcie cel swoich życzeń synowie, wymógłszy na starcu, iż Sieciecha wygnał z Polski. Jakim zaś sposobem to się stało, iż potem z wygnania wrócił do kraju, rzecz byłaby za rozwlekła i nudna wyjaśniać szczegółowo; lecz dosyć jest wzmiankować, iż za powrotem do władzy już żadnej nie był dopuszczony[204].
17. O warowni przez Pomorzan zniesionej dobrowolnie
182Powiedziawszy to wszystko, co się tyczyło Sieciecha i królowej[205], teraz z nowym pióra przyostrzeniem, pożyteczną będzie rzeczą wrócić do założenia początkowego o młodzieńcu w szkole Marsa zaprawiającym się do dzieł przeważnych dla kraju. Po rzeczonym załatwieniu sporów, wkrótce znać dano, iż wypadli z kniej swych Pomorzanie i osadziwszy się pod Santokiem[206], kluczem i strażnicą państwa, zamek naprzeciw niego w pobliżu dla się zbudowali. A zamek ten miał być tak wysoki i tak bliski chrześcian, iż wszystko, co mówiono lub czyniono w Santoku, słyszeć jak najlepiej i widzieć mogli poganie. Zbigniew tedy, jako starszy wiekiem oraz wyznaczoną sobie mając dzielnicę stykającą się o granicę z ziemią pogan[207], z zastępami ojca i swoimi w połączeniu, nie przyzywając do wspólnego działania brata młodszego, ruszył na Pomorzan. I tak się stało, iż mniej sobie chwały zjednał starszy, działający poprzednio, niżeli młodszy, który z małą garstką następnie błędy jego naprawiał. Albowiem starszy w wyprawie pod Santok ani nawet do zamku owego na przeszkodzie zaszturmował, ani, co gorsza, przy tak licznych siłach, boju rzeczywistego poganom nie wydał; ale, jak wieść niosła, sam raczej wylękły niżeli straszny dla wrogów, do dom wrócił. Rycerz, WalkaPrzeciwnie Bolesław, Marsa potomek, nadciągnąwszy wkrótce na plac boju opuszczony przez brata, chociaż jeszcze mieczem nieprzepasany, więcej od brata władającego mieczem wprawiając się dopiero do rzemiosła rycerskiego dokazał. Jakoż w jednym pędzie most zwodzony wobec czuwającego nieprzyjaciela opanował i waląc się z oddziałem swym, przeniknął do wnętrza zamku[208]. Takie pierwociny rycerskie wzniecały otuchę wielką na przyszłość o Bolesławie między chrześcijany, wielką zapowiednię dawały bliskiego zniszczenia pogańskiego gniazda. Inaczej też przeto rzecz się miała ze Zbigniewem, któremu, przy sił mnogich zebraniu nic zdziałać niezdolnemu, szydersko jak gnuśnikowi przymawiano; gdy Bolesława, co po nim z małymi siłami na plac boju wstąpił, a przecież zuchwale aż do bram zamku się przedarł, nadano chlubny przydomek syna wilczego. „Zbigniew powinien — mówiono — po kruchtach kościelnych rej wodzić stosowny; a tego niedorostka miejsce na czele hufców rycerskich”. W takim to sposobie zaszczyt cały i chwała zostały przy młodziutkim wojaku, o małych siłach pod rozkazami; starszemu na nic się nie przydały siły mnogie i ów zapęd junacki, z jakim rwał się naprzód. Wyniknął stąd skutek, iż poganie, widząc na jak oczywistą zgubę dla nich by się zaniosło, gdyby ów młodzieniec małych sił potrzebujący raz jeszcze powrócił, a większe siły przywiódł, zamek przez się wzniesiony sami zburzyli, po zmarnowanym zaś wysiłku w głębię puszcz swych odciągnęli.
18. O pasowaniu Bolesława na rycerza przez ojca po odniesionym zwycięstwie nad Pomorzanami
183RycerzPrzekonywając się tedy Władysław, iż syn rozkwitał jednocześnie w lata i rozgłos ze spraw walecznych, a wszyscy mędrcy państwa w nim sobie wielce lubowali, postanowił przepasać go mieczem w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Panny[209] i obrządek ten uświetnić obchodem wspaniałym wśród grodu Płockiego. Już bowiem coraz bardziej kruszały siły żywotne podeszłego starca, a właśnie następcę chwalebnego po sobie w tym synu upatrywał. Wszakże w chwili czynionych skrzętnie przygotowań i dziejącego się licznego na uroczystość zjazdu wieść gruchnęła, iż Pomorzanie na Santok znowuż napadli; a taka trwoga z tego powodu rozbiegła się wokół, iż żaden z wojewodów nie śmiał im czoła postawić. Bez względu więc na zakaz ojca i pomimo odradzania wielu obecnych, chłopię Marsa, przez gwałt się wydzierając, wpadł na Pomorzan, pobił i z tryumfem wróciwszy, śmiałek zwycięski, dopiero był przez ojca mieczem przepasany; radość stąd powstała ogólna, która ów obrządek na długo w pamięci ludzkiej uwieczniła. Owszem nie sam on tylko do tego rycerskiego był przypuszczony zaszczytu, lecz przez miłość dlań i przy okoliczności podanej ojciec przypasał też w miecze jego rówienników.
19. O rozbiciu Połowców
184Bolesławowi tedy, świeżo pasowanemu na rycerstwo, dał poznać na Połowcach[210] Bóg opatrzny, do jakich na przyszłość obowiązków go powołuje. Jakoż niezwłocznie potem się trafiło, iż horda Połowców, ruszywszy ze swych stanowisk, wtargnęła do Polski, a tu podzieliwszy się na części w zamiarze rozpuszczenia po głębszym kraju krwawych swych zagonów, trzema najprzód lub czterema oddziałami w nocy na drugi brzeg Wisły się przeprawiła. Ledwo dzień błyskał, rzucali się oni, niosąc mord i pożogę, z bystrością niewypowiedzianą na okolice; potem objuczeni łupy[211] niezmiernymi, wracali pod zmierzch wieczorny na koczowisko drugostronne, gdzie dopiero, mając się już za bezpiecznych, nocnemu spoczynkowi w szałasach swych się oddawali. Nie tak to przecież spoczęło im się bezpiecznie, jak do tego nawykli byli po dawnemu. Bóg wszakże, chrześcijan sprawy orędownik, wetujący im oraz za pogwałcenie wigilii świętej, zbudził małą garstkę wiernych ku zgubie tłumu niezliczonego pohańców[212]. Stał się też pogrom wśród tychże, o jakim przedtem nie zapamiętali; a tak z nowym słońcem wschodząca niedziela, w chwale i pieniach dziękczynnych dała świadectwo o wszechmocnej potędze jego ramienia. Od owego czasu, nauczeni krwią przelaną, Połowcy przez ciąg panowania Bolesława na granicę Polski wejrzeć nie śmieli.
20. Prorockie odezwanie się o Bolesławie
185Proroctwo, Polska, KrólZ czyichś ust wyszło podczas odbywającej się narady z powodu przepasania rycerskiego słowo znaczące, godne, byśmy go nie pominęli, między rozlicznymi wzmiankami naszej opowieści. „Miłościwy książę — ozwał się ów ktoś niewyrobiony, skierowując mowę do panującego Władysława — Bóg pełen zlitowania nawiedził dziś Polskę i twej starości a niemocy, jako też krajowi całemu, przez tego dopiero podniesionego na rycerza przyniósł równąż pociechę i wywyższenie. Błogosławiona matka, co takiego syna w łonie nosiła! Po dzień ten wrogi tratowali Polskę, ale przez to pacholę odrodzi się ona starożytną wielkością”. Na te słowa, wypowiedziane donośnie, wszyscy obecni stanęli w zdumieniu, a skinieniami znak dawali, aby przez uczciwość dla króla głos swój miarkował. Co do nas, nie chcemy rozumieć, ażeby owo słowo na wiatr rzeczone było, lecz ducha wieszczego w nim się domyślamy; z dziecięcych albowiem już jego dowodów męstwa łatwo jest zgadywać, iż Polska przezeń kiedyś dojdzie do swej wielkości dawnej i znaczenia.
21. O zgonie Władysława
186Ale tymczasem dozwólmy młodzieńcowi po znojach nieco się pokrzepić; niech pióro nasze pierwej się zajmie chwilami ostatnimi panującego książęcia Władysława, męża pobożności znakomitej i łagodnej przyrody[213], który zstępuje do grobu. Owóż ten książę, pamiętny rokoszu przeszłego, a w następstwie tegoż wyrugowania Sieciecha z Polski, pomimo to, iż był osłabiony wiekiem i znękany niemocą, żadnego na dworze swym nie postanowił odtąd wojewody naczelnego lub jego zastępcy, a wszystkim osobiście lub przez swą radę skutecznie rozporządzał, alboli też któremu bądź towarzyszowi z ramienia swego, którego dzielnicę zwiedzał, odpowiedzialność i troskę o dwór swój powierzał. Tym sposobem sam przez się, bez towarzysza wojewody najwyższego, rządy kraju sprawował, póki duch jego z pęt ciała uwolniony na miejsce należnego sobie pobytu nie powędrował. Zmarł przeto panujący książę Władysław[214], syt wieku i długą niemocą trapiony, u zwłok którego przez pięć dni w mieście Płocku, przy asystencji kapelanów egzekwie arcybiskup odprawiając, nie śmiał ich przed doczekaniem przybycia synów do grobu złożyć. Przybywszy atoli obaj bracia, wobec tych zwłok ojca nawet jeszcze niepogrzebionych, wszczęli z sobą spór wielki o podział skarbów i władzy: łaska Boża tchnęła w nich przecież, a pośrednictwo też arcybiskupa, wiary niezłomnej względem nich starca, właściwym udziałem przyczyniło się ku temu, iż uszanowali w końcu wolę żyjącego, przy obecności spoczywającego na marach. Po dopełnionym więc obrzędzie pogrzebnym książęcia Władysława w sposób dość uczciwy i wspaniały w kościele Płockim i złożeniu szczątków jego tamże, po podziale skarbów ojcowskich między synami i zastosowaniu się do woli tegoż za życia wypowiedzianej w przedmiocie odosobnienia każdego wyłącznej władzy, obaj się do dzielnic właściwych udali. Bolesław jednak, jako syn z łoża prawowitego, dostał na swój udział dwie przedniejsze stolice państwa i kraj do nich przynależny, stosunkowo ludniejszy. A skoro się ujrzał w posiadaniu części swej ojcowizny, majac dobór rycerstwa i radę na zawołanie, w to się wdał cały, by krzepić umysł kształceniem odpowiednim i siły ciała hartować; jednocześnie zaś z taką jego usilnością rosła w potęgę wieść chwalebna o nim, a młodzieńcze przymioty na jaw coraz się powabniej jęły wybijać.
22. Bolesław Białogród pomorski zdobywa
187Nowy rycerz tedy nowych szereg bojów rozpoczyna, a przemyśla nad tym, jakoby wrogom swym dał się w znaki i dotkliwiej, i częściej. Na hasło jego liczne gromadzą się chorągwie; sam zaś z pomniejszym hufem, lubo[215] z rycerstwa wyborowego, wysuwa się naprzód i we wnętrze ojczyzny pogan wstępnym bojem wdziera. A gdy pod stolicę ich władców, okazały Białogród[216], podstąpił, i trzeciej nawet części wojska swego przy sobie nie mając, zsiadł z konia i bez odwołania się do jakichkolwiek machin lub narzędzi burzących, rzecz godna podziwu, do grodu pełnego zasobów obronnych i ludnego wielce, tegoż dnia, którego pod nim stanął, począł szturmować. Powiadają nawet niektórzy, iż pierwszy ku wałom skoczył, za sobą torując drogę innym. Czynem tym postrach niesłychany rzucił na Pomorzan, stał się ulubieńcem podwładnych i wszech chrześcian, wzorem takiej dzielności olśnionych. Z dobytego grodu łupy niezliczone wziąwszy, na odejściu warownie jego z ziemią zrównał.
23. O Bolesława zaślubinach
188Lecz zawieśmy tu opowieść o większej liczbie szczegółów, do których na miejscu właściwym wrócimy, a nadmieńmy o jego zaślubinach i darach, które to ostatnie omal z darami Bolesława Wielkiego porównywać się mogły. Iż na małżeństwo to papież Paschalis II[217] zezwolił, jako na zawierane w bliskim stopniu pokrewieństwa[218], przypisać się powinno Baldwinowi[219], biskupowi krakowskiemu, który znajdując się z powodu swej konsekracji w Rzymie, przywiódł rzeczonemu papieżowi na poparcie z jednej strony surowość jeszcze pewną w rzeczach religijnych, z drugiej potrzebę uwzględnienia stosunków międzynarodowych. Przetoż powaga stolicy rzymskiej, nie wzbraniając tego związku, czyniła to raczej przez miłosierdzie i na raz jeden wyjątkowo, a nie na zasadzie kanonicznej. Nie naszą to jest wreszcie rzeczą rozbierać, azali działo się to słusznie lub było wykroczeniem; a pilnujemy się tylko porządku następujących po sobie spraw królów i książąt. Dodajmy zatem, iż na tydzień przed zaślubieniem i na tydzień po jego dokonaniu Bolesław bitny rozdawał wciąż podarki otaczającym: tym błamy futer kosztownych, owym delie kryte bławatem i złotogłowem, jednym ze starszyzny szaty albo naczynia, bądź srebrne, bądź złote, drugim dochody z starostw, z kasztelanii, innym nareszcie włości lub folwarki.
24. Zbigniewa zasadzki i zmowy z nieprzyjaciółmi
189A tymczasem brat jego Zbigniew, który zaproszonym będąc na te gody weselne, przybycia odmówił, korzystając z zajęcia umysłów czym innym, zwłaszcza, iż przedtem powiązał się już sekretnym przymierzem z Czechami i Pomorzanami, pierwszych z nich (podczas właśnie odbywających się godów i niebytności Bolesława w domu), do napadu na Polskę skłonił. Tym też na taką nutę grać tylko było. Wnet się rozpostarłszy po prowincji wrocławskiej, przez rabunek, wzniecenie pożóg i zabór niewolników, na wiele lat pamiętną jej szkodę wyrządzili. Gdy wieści o tym nadbiegły do Bolesława — a boleśniejszym dlań było zaprawdę pogwałcenie braterstwa nad same szkody rzeczone, będące kiedyś może do powetowania — wysłał poufnych z zapytaniem do brata, dlaczego by to uczynił i jaki by powód istotny dał mu był do obrazy. Ale się Zbigniew, jakoby o niczym nie wiedział w tej mierze, wyparł zupełnie; a siląc się na okresy retoryczne, bezwinność swą w rzeczonej klęsce ułudnie barwił. Niedługo przecież czekać było potrzeba na sprawdzenie dobrej wiary. Gdy bowiem Bolesław, ustawnie[220] walcząc z Czechami i Pomorzanami, dzielnicę swego władztwa z najezdników rąk wyswobadzał, Zbigniew, wezwany o pomoc przez brata, nie tylko mu jej nie udzielił, lecz widoczne były ślady zmów jego i skrytych z nieprzyjaciółmi układów; owszem dosyłania tymże bocznymi drogami dla podniety zasiłków pieniężnych. Powtarzało się to z nim dosyć często i w dalszym czasie, iż gdy waleczny Bolesław a prawowity z urodzenia, przez poselstwa i przy spotkaniach na umówionych zjazdach, na miłość braterską go zaklinał, aby się w przyjaźń i poufałość z nieprzyjaciółmi ojczystej dziedziny nie wiązał a jawnie lub skrycie nie porozumiewał, na szwank wielki Polskę przez to narażając, on się tak mądrze zawsze a w duchu zgody wytłumaczył, iż pomimo oburzenia ani Bolesław, ani towarzysząca mu starszyzna wytrwać w niechęci przeciw niemu nie zdołali. Lecz do osnowy tej niżej jeszcze z umysłu[221] wrócimy, a teraz przejść nam należy do przedsięwzięć wojennych na większą rękę ze strony Bolesława.
25. Odwet Polaków na Morawach
190Niezwalczony tedy trudem żadnym, mszcząc się na Czechach za krzywdy swoje, trzy hufy rycerstwa naprzód do Moraw puścił na odwet; te wszakże, w sam tydzień wielkanocny[222] pochód odbywając, wśród mordów i pożóg godną zapłatę za takie przestępstwa odniosły, albowiem się uroczystościom tej wagi uczczenie większe należało. W powrocie dognał je Świętopełk[223], książę Moraw i silnie zrąbał, a odebrałby im łupy, gdyby te pod strażą pieszych nie były posłane przodem. Na chlubę atoli rycerstwa polskiego przytoczyć należy, iż widząc z zaufaniem niezmiernym w sobie napadających Morawców, nie pomyślało wcale o ratowaniu się jako kto może w ucieczce, ale wejrzało najpierwej na oręż swój i temu zaufało. Walka, RycerzPrzyszło zatem do starcia nader krwawego pomiędzy dwiema stronami, tak iż obie szczerb dotkliwych utaić nie mogły. Bo też w rzeczy samej przy pierwszym zapędzie Świętopełk morawski, na podobieństwo dzika od brytanów szarpanego, zmiatając wszystko po drodze lub, prowadząc dalej uczynione dopiero porównanie, kłem sterczącym rozcinając, tych powalił o ziemię i trupem zasłał, innym wnętrzności wypruł i nie wprzód[224] bieg pohamował a zaprzestał owej szkody, pokąd zdyszany łowiec z inną psiarnią nie nadbiegł w pomoc swoim dziesiątkowanym. Objaśnić wypada, iż Świętopełk, drogami ukośnymi goniąc na wyskok, w rozumieniu swym obładowanych zdobyczą już by był prawie do reszty ich dokonał, atoli jak w porównaniu powyższym się mówi, nagła znalazła się pomoc z nadbiegłego na plac walki odrębnego jeszcze hufu w całej pełni, który od innej strony ciągnąc, uniesienia napastnika wkrótce i zuchwalstwo poskromił dostatecznie. Jakoż oddźwięk tłuczonych hełmów mieczami, długim rozległ się echem po wklęsłościach gór i zaciszach leśnych, posypały się iskry ze startych z sobą żeleźców, włócznie pryskały o nasrożone puklerze, a co piersi rozpłatanych buchnęło krwi strumieniami, co rąk obciętych i całych lub z kręgami nadłamanymi tułowów, jeszcze drgających, pole zasłało. Tam to było rzeczywiste pole Marsowe, tam przerażające fortuny igrzysko. Obie strony na koniec, tak dalece ową rozprawą znużone były, tak z sobą się porównały co do straty w rycerstwie liczebnie, iż ani Morawianie wesoło pochlubić się mogli zwycięstwem, ani taka zakała mogła się przypisać dla polskiego oręża. W onym spotkaniu utracił rękę towarzysz Żelisław, gdy piersi tarczą zasłaniał, choć pomścił ją dzielnie natychmiast, drugą ręką przeciwnikowi cios śmiertelny zadając. Odrębnie jeszcze panujący książę Bolesław, przez zaszczyt dla wojownika, złotą ręką w miejsce utraconej go obdarzył.
26. Sam Bolesław na pustoszenie Moraw ciągnie
191Niedługo sam także Bolesław wtargnął do Moraw, tym razem jednak wszyscy wieśniacy, po zasłyszeniu o jego napaści, z całym dobytkiem pospiesznie wynieśli się do miejsc warownych. I w tym jednak dorywczym kroku umiał zjednać powagę dla swego oręża; pomimo skupionych bowiem sił czeskich i morawskich, stojących w odwodzie, po wypaleniu raczej tylko kraju, a nie dokonaniu dotkliwszej szkody zamierzonej, jednakże nie zaczepiony od wroga, do dom[225] nawrócił spokojnie. Powiedzieć bowiem trzeba, iż od strony Polski, Morawy tak dalece są najeżone gór spadzistością i gęstwą lasów, iż nie dla konnych już hufów, lecz dla zaprawnych nawet do różnych niebezpieczeństw pieszych wędrowców są niedostępne. Morawianie wprawdzie dawno już przedtem mogli się spodziewać jego nadejścia, nie śmieli przecież, jak dopiero o tym się nadmieniło, bitwy z nim stoczyć albo przynajmniej, gdy wchodził lub wracał, po drodze mu stawić przeszkody.
27. Legat papieski
192Za powrotem następnie z Moraw, kędy powagi swego oręża nie przyćmił, przyjmował u siebie w Polsce wyprawionego przez stolicę rzymską legata, imieniem Walona, biskupa belowaceńskiego[226], który przy czynnym jego poparciu, przez ścisły wymiar sprawiedliwości, taki wprowadził rygor w wykonaniu przepisów kanonicznych, iż dwóch tutejszych biskupów, bez względu na prośby lub datki, z urzędu złożył. Legat tedy po należnym uczczeniu swej dostojności, a załatwieniu sporów przez uchwałę soboru odbytego kanonicznie, pobyt swój zakończył udzieleniem błogosławieństwa władcy i narodowi, wracając do Rzymu; Bolesław zaś swym trybem przystąpił do wyprawy przeciw wrogom, którym dozwolił wytchnąć przez chwilę.
28. Wyprawa kołobrzeska
193Owóż zwoławszy wojsko do Głogowa, nie poprowadził naprzód piechoty żadnej z sobą, lecz jazdę wyborową, a z tą przedzierając się przez puszcze nieprzebyte, pięć dni i pięć nocy w mozolnym pochodzie strawił, ani dość czasu i możności znajdował po temu, by zaspokoić głód i pragnienie. Szóstego dnia dopiero i to w dzień sobotni, posileni eucharystią świętą, po przyjęciu oraz pokarmu codziennego, za wodzą gwiazd ujrzeli się wobec Kołobrzega[227]. Z nocy nazajutrz odprawić polecił Bolesław nabożeństwo do Najświętszej Panny, co potem w zwyczaju pobożnym stale zatrzymał. Z soboty zatem na niedzielę, z rozbłyśnięciem jutrzenki na niebie, zbliżając się do Kołobrzega i rzekę pod nim[228] bez pomocy mostu lub brodu, a z narażeniem się największym, wezbraną przebywając wpław, dla nieuprzedzenia pogan o swym nadciągnięciu, gdy stanęli wreszcie u celu, mieli za rzecz pierwszą uporządkować szyk wojenny. Lecz i ostrożność zachowali, z tyłu za sobą zostawiając w ukryciu dwa hufy, aby na wypadek dostrzeżenia przez Pomorzan, nie byli od tychże nagle zaskoczeni. A tak wszystko uczynili dość wcześnie, chcąc zapewnić udanie się zamachowi na taką skalę, albowiem przeciw grodowi słynącemu z zamożności i obwarowania przedsiębranemu. Do Bolesława wśród tych przygotowań przystąpił jeden z towarzyszów rady i poszepnąwszy słów kilka, o których prosił zamilczenie, sam z twarzą uśmiechniętą odszedł na stronę. Coby to znaczyć miało, trudno było zgadywać. Lecz Bolesław, głos zabrawszy, uznał za stosowne takimi prawie słowy w celu pokrzepienia odwagi swego rycerstwa przemówić: „Gdybym ja nie znał z doświadczenia, co możecie dokazać dzielnością waszą, rycerze, nigdybym tak daleko wstecz za sobą nie zostawiał zgromadzonego wojsk mnóstwa, a z garstką aż na te wybrzeża morskie się nie zapędzał. Lecz owóż u tego stanąwszy kresu, pomocy od swoich już żadnej spodziewać się nie możemy; wróg zewsząd, ucieczka i długa, i niepodobna, jeżeli o ucieczce mówić nawet się godzi: jedyna tylko ufność w Bogu i orężu; dalejże w to imię i za mną!”
194Rycerz, Przywódca, Walka, PolakRzekł, a hufy skinieniu posłuszne zdawały się raczej przelatać niżeli biegiem przemierzać obszar zaległy pod stopami, pędząc ku grodowi. Zapytajmy przecież, czy była to jednomyślność tak zupełna, jakby mówiły pozory? Dowiemy się wszakże, a niedługo czekać na to, że jeśli część miała w myślach prawdziwie zajęcie grodu, cześć inną nęciły więcej łupy spodziewane. O! Gdybyż tego w ich myślach nie było rozdziału, już by od owego dnia niewątpliwie sławny gród Pomorzan, przodkujący innym, dostał się w ich ręce za pierwszym uderzeniem. Ale dostatek mienia powabny i rabunek wnet od przygrodka zaczęty rycerską odwagę zaślepiły, a tak szczęście grodu z rąk go już prawie wydarło polskim wojownikom. Mały tylko oddział prawego rycerstwa, co chwałę przenosił nad dostatne mienie, złożywszy kopie u toku a z dobytymi z pochew mieczami przebył most i przez rozwartą bramę wpadł do grodu; tam oskoczony przez tłumy, ledwo tyle wskórał, iż do odwrotu znaglon na zewnątrz się cało wycofać zdołał. Znajdował się też podczas ich nadciągnienia królik Pomorzan wśród grodu, który w mniemaniu, iż z całym wojskiem ma do czynienia, przeciwległą bramą umknął. Atoli bitny Bolesław, nie na jednym miejscu stojąc, wypadku boju oczekiwał, ale tam był wszędzie, dokąd go powinność rycerza i przezorność wodza powoływała. Kędy widział swoich chwiejących się, z pomocą nadbiegał, a kędy cios stanowczy zadać lub z pory stosownej skorzystać, przewidywał. Poszło zatem, iż rycerstwo swe po różnych częściach grodu rozproszone a znojem ciągłym utrudzone niepospolicie, ledwie ku wieczorowi ściągnąć na powrót zdołał pod chorągwie. Czego gdy dokonał, a pobrawszy łup na przygrodku, w przechodzie, za radą towarzyszącego sobie wielkich przymiotów Michała[229], z obrębu grodu zaatakowanego ustąpił, tylko wprzód budowle wszelkie, jakie się podały na rękę podpaliwszy, z dymem puścił. Czyn ten, niezmierny popłoch rzucił między barbarzyńców, rozgłos zaś imienia Bolesława ziemicę ich wzdłuż i wszerz obiegł, straszną zostawiając naukę.
195Początek stąd pieśni w rodzaj przysłowia zmienionej, a wynoszącej pod niebiosa w pochwałach i dzielność ową, i odwagę nie lada:
Inni niegdyś nam słoną rybą psuli zdrowie,Na cuchnących swych wozach dowożąc ją zgrają;Teraz po nią na miejsce trafiają synowie,A w znak życia, skaczące u stóp ryby drgają.Gdy ojców mniej pochopnych hamowały grody,Synów morskie spiętrzone nie zastraszą wody.Za jeleniem lub dzikiem w trop chodziły sfory,Ci polują na skarby z morza i potwory.
29. O nowej na Pomorzan wyprawie i zjeździe z Kolomanem
196Hufom owym rycerskim przecież, po znojach tak dalekiej i uciążliwej wyprawy, spoczynku nazbyt długiego używać nie dozwolił, wnet na tychże Pomorzan je powiódł, nie znosząc cierpliwie niedoprowadzenia do skutku poprzedniego zamiaru. A właściwie pobudkę mu dał do tej wyprawy nowej Świętobor, pewnym stopniem pokrewieństwa z nim złączony[230], którego ród wierności władcom polskim nigdy nie dochował. Zdrajcy wtrącili go do więzienia na Pomorzu, a kogoś innego ze swoich w miejsce jego zwierzchnikiem swym postanowili. Owóż waleczny Bolesław, pragnąc krewniaka na wolność wydostać, przedsięwziął na Pomorzan całymi uderzyć siłami. Rzeczeni atoli wichrzyciele pomorscy, świadomi potęgi i odwagi Bolesława, na chytry wzięli się sposób, i sami, nie czekając jego przybycia, dobrowolnie krewniaka mu zwrócili, przez co starali się gniew jego rozbroić i nieunoszonego zapędu ramienia jego uniknąć. Po takim danym sobie zadosyć uczynieniu[231] do dom wróciwszy, Bolesław umówił się z królem Węgier Kolomanem[232], wszystkich władców współczesnych przewyższającym nauką obszerną, o dzień i miejsce zjazdu; król przecież Węgier następnie zawahał się z przybyciem z obawy zasadzki z jego strony. Podtenczas wszakże wygnany z Węgier Almus[233], znajomy książę, znalazł był gościnne przyjęcie na dworze Bolesława. Później jednak przez wzajemne poselstwa z sobą się porozumieli, zjazd do skutku doszedł, obaj zaś monarchowie przy rozstaniu obiecali sobie braterstwo i przyjaźń niewzruszoną[234].
30. O wyprawie Skarbimira na Pomorze
197Tymczasem Skarbimir[235] towarzysz a wojewoda naczelny[236] w Polsce z zastępami swymi wkroczył na Pomorze, gdzie sławy dla oręża polskiego nabył niepomiernej, wrogom zaś szkody przyczynił a zniewagę do strawienia zostawił po odejściu swoim. Wolał wszakże, będący w mowie Skarbimir, aby mianowany był zdobywcą i burzycielem zamków i grodów, niżeli grabieżcą włości bezbronnych i zaborcą trzód. Jakoż wstępnym bojem zamku pewnego dobył, po wyprowadzeniu z którego jeńców i łupu, do szczętu go spalił.
31. Dobycie grodu Bytomia
198Innym razem podobnież innego zamku dobył, nazwaniem Bytom[237], skąd nie mniej chwały i pożytku odniósł jak poprzednio. Albowiem prócz łupu mnogiego i jeńców uprowadzonych, gród dotąd obronny w jedno rozległe zgliszczami pustkowie zamienił. Lecz to nie w tym celu przytaczamy o Skarbimirze, abyśmy go na równi z władcą swym i panem stawili, a prawdę dziejów mając tylko na względzie.
32. Zawarte przymierze ze Zbigniewem i po nim z kolei następująca zdrada
199Mężny tedy Bolesław, za powrotem ze zjazdu z Węgrami, wezwał na zjazd inny brata Zbigniewa, a w czasie tego obaj bracia jeden drugiemu obowiązali się pod przysięgą, iż żaden z nich bez wspólnego udziału obydwóch, pokoju z kimkolwiek nie będzie zawierał ani wojny wypowiadał; na przypadek zaś starcia z wrogami pomoc nieść sobie będą wzajemną i o wszelkich potrzebach pamiętać. Po takim sojuszu uchwalonym, znowuż pod przysięgą oznaczyli dzień i miejsce, w którym wojska ich miały się połączyć, a na tym i zjazd się zakończył. Wojowniczy Bolesław jednak dla dochowania wiary układowi na dzień i miejsce oznaczone, choć z siłą niedostateczną pospieszył przybyć, Zbigniew zaś, nie tylko wiarę i przysięgę, nie przybywając, pogwałcił, ale przeciwnie jeszcze wojska na punkt ten zdążające z drogi nawrócił. Skąd prawie dla całego królestwa polskiego taka szkoda i niesława miała wyniknąć, jakiej by ani Zbigniew następnie, ani kto inny zapobiec był w stanie. Otóż, jakim sposobem przy Bożej pomocy tego niebezpieczeństwa uniknął, na karcie następnej tu zaraz na jaśnią dobędziemy[238].
33. Bolesław w zasadzkę Pomorzan wpada
200Trafiło się, iż szlachcic pewien, na pograniczu kraju zbudowawszy kościół, na jego poświęcenie zaprosił do siebie panującego w dość młodzieńczych jeszcze latach książęcia Bolesława wraz z rówiennikami, którymi się otaczał. Omen, ReligiaDopełniło się tedy poświecenie duchowne, a do tego się przyłączyły gody weselne. Lecz czy się to Bogu nie podobało obok rzeczy świętych zabawianie się uciechami cielesnymi, czy chciał upomnieć z innego względu, dość, że na wniosek źle wróżący zawsze naprowadzały skutki zaszłe wkrótce, a pełne przestróg na podobne zdarzenia. Jakoż byliśmy tego nieraz sami świadkami, iż gdzie tylko tak były złączone jednocześnie poświęcenie kościelne, potem zaślubiny i wesołe gody idące za tymi, znalazły się wnet jakieś rozruchy i mężobójstwa, a to wraża[239] przekonanie[240], iż nie jest dobrze ani godziwie zwyczaj taki naśladować. Ale tego nie mówimy na potępienie godów i uciech z nimi złączonych, tylko rzecz idzie o zastosowanie wszystkiego do miejsc i pory właściwej. Dowodny tego przykład właśnie na poświęceniu kościoła w Rudzie[241], przy którym palec się Boży ukazał[242]; nie brakło tam bowiem i mężobójstwa, a nie tajno, iż jeden ze sług dworskich dostał obłąkania, owszem sami nowożeńcy mieli żyć z sobą potem nie najlepiej, a raczej powiedzmy, w stadle małżeńskim roku jednego z sobą nie dożyli. Zamilczmy już jednak o cudach, a snujmy dalej pasmo naszego opowiadania. Rycerz, BohaterstwoBolesław wojak tedy, przekładający zawsze rycerską albo myśliwską zabawę nad biesiadę i hulatykę, zostawiwszy naówczas całą starszyznę i drużynę godową przy uczcie, z dobraną garstką towarzystwa wybrał się do lasów na łowy; gdzie przecież łowców srogie przeciwieństwo spotkało. Około tegoż bowiem czasu Pomorzanie puścili byli zbójeckie zagony po Polsce, paląc i łupiąc, a setki jeńców w łykach[243] prowadząc za sobą. Na taki widok haniebny, podpadły sobie pod oczy, wrący wojennym zapałem Bolesław, na podobieństwo lwa, który bijąc się po bokach ogonem, wściekłość swą objawia, już nie czekał na starszych dowódców ani na wojsko, lecz tak jak lwica, po porwaniu szczeniąt sobie, spragniona krwi porywców, skoczył przeciw wracającym z gonitwy pohańcom[244], a w mgnieniu oka za dobyciem miecza na różne strony bandę ich rozproszył. Coraz dalej wszakże a dalej zapędzając się za nimi w pogoni, bezwiednie wpadł w zasadzkę na siebie zastawioną, przez co na stratę się naraził niepowetowaną. Pomimo to, chociaż w swym poczcie myśliwskim liczył zaledwo 80, i to po większej części w wieku środkującym między laty dziecięcymi i młodzieńczością, a przeciwników liczba do 3000 wynosiła, nie ratował się ucieczką, ani się zawahał wobec takiego mnóstwa, lecz jednym skokiem między zbrojną ich gromadę obces[245] się rzucił. To, co powiem następnie, dziwnym się wyda niejednemu, a nawet trudnym do uwierzenia, co, nie wiem, zbytniej jego zarozumiałości albo odwadze winno się przypisać, iż gdy swoich wszystkich prawie utracił, jednych zasłanych trupem, drugich w rozsypce od siebie odstrzelonych, mając zaledwo czterech, którzy dotrwali przy jego boku, przez zwartych jak najściślej wrogów po raz drugi się przebił i gdy zamierzał raz trzeci opędzić ich wkoło, któryś z jego towarzyszów, na widok wyprutych wnętrzności z jego konia, wlekących się po ziemi, zawołał nań błagalnie: „Zaniechaj, panie, zaniechaj wszczynania walki powtórnej! Miej wzgląd na siebie, miej wzgląd na ojczyznę, mojego konia dosiądź, lepiej że ja tu polegnę, niżeli abyś ty, zbawienie Polski, ginął!” To słysząc, ledwo gdy pod nim koń się obalił nareszcie, do namowy rycerza się przychylił, a wtem nieco z pobojowiska na bok się usunął. I gdy widział za ciężki trud na siebie, a Skarbimir, hetman rycerstwa, z pozostałymi w pomoc nie przybywał, prawie już zwątpiał zupełnie o możliwym zwycięstwie. Skarbimira wszakże na innym miejscu zatrzymała przygoda krwawa, albowiem, czego bez istotnego rozrzewnienia wymówić nie możemy, rażony pociskiem, światło prawego oka na zawsze postradał. Ci zaś, których przy uczcie wieść dobiegła o tym, co zaszło, jak kto stał, ze zbrojną pomocą swoim spieszył na plac bitwy. A gdy stanęli na miejscu, ujrzeli Bolesława z garstką 30, których skupić obok siebie zdołał, niezabierającego się przecież bynajmniej do ucieczki, lecz z wolna przeciwnie posuwającego się w tropy wrogów, którzy z placu uchodzili. Działo się to jednak w takim sposobie, iż ani pohańcy, nie schodząc z pola, walki nie ponawiali, ani nasi strudzeni nie ścigali ich natarczywie. Osłupieli bowiem pohańcy na tak zuchwałą młodzieńca odwagę, a powstrzymać się nie mogli od wyznania z pochwałą tegoż, że tak szczupłymi siłami stawiąc[246] czoło, tyle dokonywał, a dał się im w znaki rzeczywiście, gdy oni w wielkim mnóstwie zgromadzeni, dawszy już tyle ofiar, jeszcze o zwycięstwie pomyśleć nie mogli. „Cóż to będzie z tego młodzieńca[247] — mówili — jeżeli dłużej pożyje? A jeśli większe siły w pole wyprowadzi, któż mu się oprzeć potrafi?” I tak poganie, utyskując nad stratą poniesioną, a zarazem szemrząc obawą takiej dzielności doświadczonej, wrócili obładowani raczej smutkiem niżeli zdobyczą. Z rodaków zaś własnych przybyło wielu nazajutrz do Bolesława, raczej niosąc mu pociechę niżeli pomoc wojenną. Zwłaszcza przedniejsi dostojeństwem, ubolewali srodze nad marnym zginieniem tylu szlachetnych rycerzy, a lubo[248] z uszanowaniem, strofowali Bolesława o takie zuchwalstwo niedarowane[249]. Syn Marsa jednak ani przyjaznym uchem wysłuchiwał upomnień swych karcicieli, ani okazywał żal z powodu zuchwalstwa, jakiego się dopuścił, lecz domagał się tylko po nich, by mu pomogli do bojów nowych a pomszczenia na wrogach na dowód wierności swojej. Zbroja też Bolesława tylu razami była pocięta na wszystkie strony, a szyszak potłuczony i pogięty tylu uderzeniami dzid i mieczy, iż zbolałości i sińców po całym ciele jego nie można się było spodziewać uśmierzenia i zatarcia po wielu jeszcze dniach dalszych. Stąd to mniej także nieco ubolewał nad stratą młodzieży swej w boju utraconej, niż w porównaniu się ucieszył z powodu rzezi sprawionej między wrogami a porządnej nauczki tymże danej. Jakoż na jednego poległego lub ranionego ze strony Bolesława można było odrachować z Pomorzan znaczną liczbę.
34. Bolesław Czechów wypłasza z granic, a nagina karki Pomorzan do uległości sobie
201Po tym wypadku wnet z wojskiem mianym[250] pod ręką gotów był odwrotnie na Pomorzany mściwy oręż dobyć, gdy wieść gruchnęła, że Czesi w zamysłach napadu nad granicami Polski są widzialni. Owóż na dwoje Bolesław bił się w wątpliwości: czy pierwej ma odpłacić za zniewagę świeżo poniesioną czy od najezdników ojczyznę swą uwolnić. Wreszcie, jako prawy naśladowca Machabeuszów[251], rozdwoiwszy wojsko, w ten sposób zagadkę rozwiązał, że i obrońcą ojczyzny stał się, i krzywdy mścicielem. Albowiem część jedną wojska pchnął na Pomorze, a ta łupiąc i paląc dokoła, dosyć haniebnie ową krainę zdeptała, sam zaś z doborowym rycerstwem ruszył na spotkanie Czechów i na wynurzenie się tychże z kniej leśnych długo oczekiwał; lecz posłyszawszy z wieści o nadciąganiu Bolesława, zdjęci trwogą od granic się cofnęli.
35. Zbigniew żywi przeciw bratu umysł nieprzyjazny
202Nie tylko zaś z postronnymi niezgoda lub bój z nieprzyjacioły ugniatał myśl Bolesława, ale prócz tego rokosz[252] domowy, owszem zawiść braterska dokuczała na rozliczne nieprzebrane sposoby. Ową bowiem poprzednią, nieco mniej pomyślną wojną, Zbigniew się więcej rozradował, niżeli którymikolwiek jego zwycięstwy[253] tylekroć ponawianymi. Jawny dał tego dowód, odbierając od pogan podarunki, jakoby trofea z pola bitwy przynoszone, i na ręce orędowników tychże, większymi za małe odpłacając się wzajemnie. A gdy grasując po Polsce, z dzielnicy Bolesława jeńców uprowadzali, natychmiast tychże na przedaż wysyłali na wyspy przez barbarzyńców zamieszkałe; jeżeli zaś pochwytywali coś mimowiednie, bądź zdobycze, bądź ludzi, z części Zbigniewa, wracali mu je bez okupu i zwłoki najmniejszej. Czym oburzeni wszyscy mędrce Polski zamienili w nienawiść zeszłą[254] przyjaźń dla Zbigniewa, w te słowa mówiąc między sobą a środek przeciwko temu obmyślając: „Po dziś dzień rozerwanie ojczyzny naszej i uszczerbek albo puszczając płazem, albo przez szpary na nie patrząc, aż nadto znosiliśmy cierpliwie, teraz mając wyjawionych w cieniu kryjących się wrogów i zasadzki tychże niewątpliwie udowodnione, widzimy jasno, co nam zostaje do uczynienia. Byliśmy albowiem nieraz naocznymi świadkami, owszem po wielekroć, jak Zbigniew Bolesławowi przysięgał, a potem nie raz ani trzykrotnie gwałcił haniebnie tę przysięgę. Ponieważ tedy ani z przyjaciółmi brata nie zachowywał się przyjaźnie, ani nieprzyjaciołom jego nieprzyjaźni nie okazywał, owszem przeciwnie, wrogów brata był przyjacielem, a przyjaciół wrogiem — ale nie tylko gwałcił wiarę obiecaną lub zaprzysiężonej pomocy nie dostarczał, nadto jeszcze, ilekroć posłyszał o wybieraniu się brata na wrogów, podniecał od innego krańca Polski wrogów do napadu na nią, a tym sposobem od powziętego zamiaru go odwracał — nie było płochego lub szkodliwego pomysłu, którego by się, przez nienawiść ku niektórym niemiłym sobie, na zgubę Polski, a na sponiewieranie przez wrogów ojczystej dziedziny nie chwycił”. Skoro więc tak było, iż Zbigniew, idąc za niegodziwych rad podmuchem, wiary ani przysięgi bratu nie dochowywał, dobrego imienia ojczyzny ani całości kraju rodzinnego nie bronił, nie zapobiegał szkodzie ani niebezpieczeństwu wiszącemu nad głowami, biada! upadł jeszcze głębiej tamże, skąd podnieść się był zamierzył i skąd go już więcej źli, których słucha, doradcy, podźwignąć nie zdołają. Niechże się tedy strzegą potomni lub obecnie żyjący, aby w własnej ojczyźnie się nie stawali narzędziami niezgód i zawichrzeń podobnych.
36. O jawnych krokach nieprzyjacielskich Zbigniewa
203Bolesław jednak to wszystko polecał samemu Bogu i znosił jeszcze jako tako umysłem jednostajnym nieprzyjaźń braterską, a zawsze czujny i nieutrudzony, Polskę jak lew rykliwy, wzniecający postrach po granicach jej okrążał. Gdy mu doniesiono razu pewnego, iż gród Koźle[255], na pograniczu Czech położony, sam przez się, a nie od pochodni nieprzyjaciół spłonął, dorozumiewając się w tym czyjej zdrady, przypuszczając zarazem, iż mogliby pospieszyć Czesi w celu obwarowania jego na swą korzyść, bez straty czasu z małym liczebnie orszakiem na miejsce to pognał i sam robotę około jego odbudowania natychmiast rozpoczął. Już bowiem, przemierzając kraj w różnych kierunkach, tak dalece wojaków swych był utrudził, iż chyba nie należało żadnego nad nimi mieć politowania, ażeby i na ten odległy kraniec pędzić ich za sobą. Nie obeszło się przecież bez użycia jakiejś ich części ku dokonaniu tego dzieła obronnego i w tym celu przez gońce odezwał się do brata, następnymi[256] doń przemawiając słowy[257]: „Ponieważ, bracie, choć starszy wiekiem i równym ze mną działem królestwa uposażony, na mnie młodszego cały znój i ciężar zwalasz, ani chcesz uczestniczyć w żadnych bojach lub kłopotach rządu, albo weź zatem na siebie całą troskę i staranie, tak jak na prawo starszeństwa zawsze się powołujesz, albo mnie prawowitemu, chociaż młodszemu wiekiem, lecz ponoszącemu cały ciężar i mozół około potrzeb kraju, nie dając pomocy, przynajmniej nie przeszkadzaj. Zapewniam cię bowiem, że jeśli troski tej się podejmiesz i po bratersku prawdziwie zechcesz postępować, dokądkolwiek mnie dla wspólnej narady lub pożytku państwa wezwiesz, znajdziesz we mnie zawsze czynnego współpracownika. Albo li też, gdy będziesz wolał żyć spokojnie niż w taki mozół się zaprzęgać, na mnie zdaj wszystko, a i w takim razie, za łaską Bożą, niebezpieczeństwa twego nie zamieszam”. — Lecz na to Zbigniew, do obowiązku przyzwoitego odpowiedzenia bynajmniej się nie znał[258], a przeciwnie, gotów był jego posłów zakuć w pęta i do lochów wtrącić więziennych. Jakoż naówczas całe swe wojsko w zamiarze napadnięcia na brata był zgromadził, a nadto przyzwał do wspólnego działania Czechów i Pomorzan, z Polski go zamyślając wygnać. Bolesław wszakże obwarowanie, o którym była mowa, przywiódłszy do końca pożądanego, nieświadomy tych jego zamysłów, na miejscu zwanym Kamień[259] przebywał i tam, zwykłym obyczajem, leżąc bliżej granic, wysłuchiwał wieści nadbiegających i poselstwa odprawiał, by tym rychlej i bystrzej mógł w razie danym spaść wrogom swym na karki znienacka. Orędownicy jego wreszcie, ledwo za wdaniem się[260] przyjaciół na wolność puszczeni, wrócili, śpiesząc z uwiadomieniem go o tym, co widzieli i co do słuchu ich doszło. Na wiadomość taką, zrazu zawahał się Bolesław, co miał uczynić: stawić opór lub zaniechać? Przemogło na koniec w sercu uczucie godności własnej, w skok pod chorągwie wojsko swe całe powołał, a prócz tego do królów Rusi[261] i Węgier[262] o nadesłanie sobie posiłków się odezwał. Próżne to może byłoby oczekiwanie pomyślnego końca zatargu ze Zbigniewem, bo gdyby o własnych siłach lub przy sprzymierzeńców pomocy nic zdziałać nie potrafił, i panowanie, i nadzieje powrotu do niego, utraciłby niechybnie.
37. Przymierze zawarte z Czechami i ucieczka Zbigniewa
204Polowanie, WojnaTym sposobem od trojga wojsk opasany Bolesław, niezłomny w odwadze, nad tym się zastanawia, czyjego najpierwej oczekiwać miał uderzenia lub na kogo uderzyć zaczepnie, podobny w onym stanowisku do lwa lub odyńca przez psy myśliwskie napastowanego a szczekaniem psiarni natrętnym lub trąbami myśliwców pobudzonego do zajadłości wściekłej. Lecz wszystkie pojedynczo wojska rzeczone z powodu, iż w środku pomiędzy nimi się znajdował, nie śmiały uczynić kroku dla połączenia się z sobą. A tymczasem przejęte zostały na czatach listy Zbigniewa, z których wychodziły na jaśnię mnogie jego zdrady i zasadzki. Zdumieli się po ich odczytaniu mędrcy z senatu, a lud jął wyrzekać żałośnie, na wieść o grożącym niebezpieczeństwie. Na ostatek przezornie dość Bolesław postąpił sobie i w porę właśnie zawierając pokój z Czechami, a dawszy hasło, z wojskiem ruszył w pole dla rozprawienia się z bratem i położenia końca jego matactwom. Zbigniew atoli, na krok podobny się nie ważąc a nie czekając nadejścia brata, już się nie chronił po zamkach ni grodach, lecz biegiem jelenim pierzchnął; co tchu na brzeg przeciwny Wisły wpław przeszedł, byle się żywy ocalił.
38. Zbigniew się poddaje na łaskę brata
205Bolesław naówczas śpiesznym marszem dopadłszy do Kalisza[263], gdzie niektórzy trzymający stronę Zbigniewa stawić mu opór zamierzyli, w kilka dni i gród rzeczony dostał w moc swoją. Tu wysłuchawszy poselstwa do siebie wyprawionego, towarzysza starostę na żądanie w grodzie gnieźnieńskim z ramienia swego postanowił. Stamtąd na Spicymierz[264] ruszył po kolei; starca doznanej wiary[265] w nim obiegł[266], którego dopiero po udzieleniu wiadomości o zajęciu jego stolicy do ustąpienia zniewolił, po czym do Łęczycy[267] z sobą go zabrawszy, tamże stolicę jego przeniósł a zamek w tejże obronny przeciw spodziewanej napaści od Mazowsza naprawił i umocnił. Dopiero wtenczas doczekał się nadejścia posiłków ruskich i węgierskich. Przywiedziony do ostateczności Zbigniew, już tylko jedyny środek ocalenia widział dla siebie, uzyskawszy wprzód pośrednictwo Jarosława, książęcia ruskiego i krakowskiego pospołu biskupa Baldwina, stanąć przed bratem a posłuszeństwo zupełne odtąd mu przyrzec. Po raz pierwszy to naówczas za niższego od brata swego się poczytał i ponownie przysiągł, że ani bratu w niczym nie będzie nigdy się sprzeciwiał, ani rozkazu jego żadnego nie zostawi bez wykonania, a nadto jeszcze w obecności wszystkich obiecał, iż zamek swój Galla[268] zburzy. A wtedy wyjednał puszczenie sobie[269] Mazowsza, którym przecież nie jako pan udzielny, lecz rycerz pod rozkazami, miał zawiadywać. Skoro zaś stanął pokój między braćmi, posiłki ruskie i węgierskie do krain swych wróciły — Bolesławowi nie tamowało nic drogi, gdziekolwiek by kroki swe, według upodobania, po całej Polsce skierował.
39. Nowe względem brata przeniewierstwo Zbigniewa
206Za nadejściem pory zimowej znowuż Polacy wyprawę na Pomorze gotują, spodziewając się przez to łatwiej dostać do miejsc warownych, gdy pozamarzają bagniska. I w tejże chwili Bolesław doznał przeniewierstwa ze strony Zbigniewa, który jawnie gwałcił obietnice swe wszystkie dane pod przysięgą; albowiem zamku zbudowanego przez Galla nie zburzył, ani pułku jednego nie wystawił i nie przysłał, o posiłki przez brata wezwany. Przywódca, Rycerz, WalkaKsiążę północny wszakże, jakkolwiek obeszła go nieco taka zła wiara, swego zamiaru nie zaniechał, sercem na Bogu polegając, nie na bracie. Następnie jakoby smok ogniem pałający, który samym oddechem, kędy[270] się przemknie, dokoła zapala, a nieobrócone w zgliszcza roztrąca ogonem i obraca w niwecz krainy — tak w cwał[271] Bolesław przebiega Pomorze, tępiąc żelazem buntowników, warowne grody puszczając z dymem. Lecz pomińmy to, co dokazywał, mimochodem lub z umysłu najbliższe przebywając ziemice, a pójdźmy za nim, gdy położonego wśród kraju Białogrodu jął dobywać. Wobec grodu pomienionego stanąwszy, który, jak mniemano, na dwie połowy przedzielał Pomorze i stawał się jego średnim ogniskiem, zatacza obóz, przysposabia narzędzia oblężnicze, za pomocą których łatwiej i z mniejszym niebezpieczeństwem mógłby nad nim zapanować. A tak tam skrzętnie i pilnie orężem i umysłem nadrabiał, że po niedługim zachodzie[272] zniewolił obrońców do otwarcia bram grodu. Zająwszy Białogród, z swych wojsk załogę w nim zostawił, a na dane hasło, kazał zwinąć obóz i śpiesznie ku wybrzeżom pociągnął nadmorskim. Gdy jednak pod Kołobrzeg podstąpił i zabierał się ku zdobywaniu grodu najbliższego morza, jeszcze należycie prac oblężniczych nie rozpoczął, gdy wyszli naprzeciw niemu w największej pokorze obywatele i obrońcy, w uległość danniczą wraz z grodem się poddając. Sam nawet królik Pomorzan padł na twarz przed Bolesławem, zsiadłszy z konia, i także się wyznał sługą jego i żołnierzem. W ciągu tedy pięciu tygodni Bolesław, wyczekując napaści lub sam bój niosąc, całą prawie ową krainę bez oporu w jarzmo posłuszeństwa nagiął. RycerzZ takich to dzieł przeważnych ma być rycerski Bolesław po świecie głoszony, z takich wojennych a zwycięskich wawrzynów ma połyskać wieniec na jego skroniach.
40. Syn mu się rodzi
207Lecz z tą uciechą, spowodowaną tryumfem wojennym, zespoliła się większa uciecha, gdy przyszedł na świat potomek ze szczepu królewskiego[273]. Niechaj jednakże syn rośnie w lata, zaprawia się z czasem do dzieł rycerskich, a w zacne krzepi obyczaje, my dość mamy odnośnie do ojca poczętą dalej prowadzić osnowę.
41. Zbigniew zwalczony powtórnie
208Widząc tedy Bolesław, iż brat przyrzeczeń ani przysiąg żadnych nie dotrzymywał, a przeciwnie wciąż krajowi całemu szkód i dolegliwości przyczyniał, krok za krokiem ścigając, zmusił go do ustąpienia precz z granic ojczystych, a gdzie jeszcze który z jego popleczników i kasztelanów u tychże granic bronił rozpaczliwie, i tych przy pomocy Rusinów i Węgrów pobrał w ich gniazdach i stłumił. Tym sposobem panowanie Zbigniewa skutkiem złych rad odbieranych się skończyło, a wszelka właść[274] w państwie w spójnię złączyła jednolitą pod berłem Bolesława. Gdy przecież innym by starczyło tyle dokazać na czasy burz pełne a srogich wysileń, Bolesław za nic sobie nie ma żadnych przeciwności, ze złej pory lub innych nie mniej dolegających przyczyn wynikłych, gdzie upatruje w tym korzyść lub dobre imię bronionej przez siebie ojczyzny.
42. O przyżeglowaniu do Prus niegdyś Sasów
209Wtargnął więc do Prus[275], ziemicy wcale barbarzyńskiej, z której pobrał zdobycz wielką i niewolników, a łuną pożarów drogi swe po niej rozświecił; powrócił wszakże, nie zdoławszy wywabić mieszkańców jej do zmierzenia się, jak się był spodziewał, orężnego. Czyniąc zaś tę wzmiankę przygodną o dzikiego ludu siedzibie, nie uważamy za rzecz niestosowną przywieść coś o tejże z podania w pamięci starych ludzi dochowanego. W czasach albowiem Wielkiego Karola, władcy Franków, gdy oręż buntowniczy Saksonia przeciwko niemu podniosła, nie przyjmowała zaś ani zwierzchniego jego panowania nad sobą, ani szerzonego przezeń światła wiary Chrystusowej, lud rzeczonej krainy wsiadł na okręty i morzem się przeprawiwszy, do Prus zawinął, w posiadłość je zajął i wspólnym odtąd Prusaków nazwał się mianem. Owóż tak dotrwali oni, bez króla, bez prawa rodzinnego, aż po te czasy, nie pozbywając się pierwotnego swego przesądu ani dzikości. Kraina ta bowiem jest tak dalece obwarowana jezior i bagien swych niedostępnością, jak by nie zdołały tego dokonać żadne grody ani zamczyska; stąd też przez nikogo jeszcze dotychczas nie była podbita, gdyż niepodobna było, aby ktokolwiek z wojskiem się odważył na owych jezior a bagien pasmem ciągnące zatopy i trzęsawiska.
43. Cud zrządzony z Pomorzanami
210Teraz lud pruski z jego mnogością dzikiego zwierza opuśćmy, a pewną opowieść, z ust rzeczy świadomych[276] powziętą, czyli o cudzie Bożym przytoczmy. Zaszedł wypadek, iż Pomorzanie z swych się kryjówek tłumem wynurzywszy, obyczajem zwykłym zbójeckie zagony po Polsce rozpuścili. Lecz mało to było posłyszeć, iż w ślad za nimi szedł zabór i zniszczenie, kędy hordami dosięgli; zdobyli się oni wśród tychże na większe zbrodnie, napaścią na kościół święty i jego arcypasterza. Właśnie arcybiskup gnieźnieński Marcin, starzec sędziwy, w kościele swym w Spicymirzu przed wysłuchaniem mszy św. spowiedź przed kapłanem odbywał, a stały w pogotowiu konie do zamierzonej przezeń dalszej podróży, gdy zagroziło niebezpieczeństwo, iż on i wszyscy przy nim się znajdujący padliby pod ciosami złoczyńców lub poszli dźwigać pęta niewoli u tychże, gdyby jeden z jego dworzan stojących przed kościołem, postrzegłszy ich zbrojnych, nadciągających tuż, tuż prawie, nie wpadł do kościoła i wielkim o zbliżaniu się Pomorzan zgromadzonych w nim nie przeraził okrzykiem. Nagle zaskoczeni i drżący z przestrachu pasterz, kapłan i arcydiakon, mając się za zgubionych, nie wiedzieli, gdzie skryć się, co począć lub kędy w ucieczce szukać ratunku. Ani kawałka broni, dworzan garstka mała, wrogowie na progach, a co niebezpieczniejsza rzecz jeszcze, kościół drewniany, łatwiejszy do podpalenia. Wreszcie arcydiakon, za drzwi się wychylając, gankiem krytym zamierzył do koni dopaść i tym sposobem się zabezpieczyć. Lecz opuszczając to, co było jego zbawieniem, a szukając go w tym, co zgubnym było, wcale zbawienia nie znalazł, bo z nacierającymi oko w oko znalazł się w tej chwili. Skoro pojmany został, poganie rozumiejąc, iż arcybiskupa w rękach swych mają, mocno się ucieszyli i wnetże na wóz go wsadzają, nie wiążą, nie chłoszczą, lecz strzegą tylko i patrzą nań z uszanowaniem. Arcybiskup zaś podówczas, w ślubach i modłach Bogu się polecił, a przeżegnawszy się z odwagą, jakby w młodzieńczych latach, w zgrzybiałym wieku wdarł się na wysokość, do której z myślą spokojną nie sięgnąłby nigdy. Rzecz godna zdumienia zaprawdę, skąd się tam siła ta znalazła w starcu prawie bezsilnym, tak dalece ją wzmogło niebezpieczeństwo i przestrach, co go opanował. Kapłan w pogotowiu do mszy św. już będący, skrył się pod ołtarzem, a tak kapłan i pasterz, przy Bożej pomocy, uszli rąk pogan, każdy w kryjówce właściwej. Albowiem wpadających tychże do kościoła, tak dalece potęga Boża zaślepiła, iż żaden z nich nie pomyślał puścić się na górę po drabinie ani za ołtarz lub pod tenże okiem rzucić. Dzicz ta przecież porwała drożny ołtarzyk arcybiskupi i kościelne relikwie, a uwożąc arcydiakona, zabrała je z sobą. Wszelako Bóg wszechmogący, jak wyzwolił pasterza, kapłana i kościół z przygody, tak później wrócił arcybiskupowi pomienione relikwie oraz całkowite sanktuarium nietknięte i od sprośności ich niesplugawione. Którykolwiek bowiem z pogan w rękach swych posiadał relikwie, szaty święte lub naczynia ze świętego przybytku, padał tknięty wielką chorobą lub obłąkania dostawał nagle. Wspaniałość więc tu Boska, taką ich trwogą napełniła, iż puścili na wolność arcydiakona i świętości do rąk mu zwrócili. Arcydiakon cały i bezpieczny Pomorze opuścił; gdy zaś tak wszystko na dobre się wykierowało, już tylko arcypasterz widział się w obowiązku Bogu, w dziełach swych przedziwnemu, oddać cześć dziękczynną. Od owego to dnia Pomorzanie skromniejsi, ani tak się już wrychle[277] na łupież do Polski ośmielili.
44. Chrzest Pomorzan
211Nową zatem w bojach nieznużony Bolesław wyprawę na Pomorze uczynił i wielkimi siłami napadł na Czarnków[278][279] warowny, za użyciem zaś dzielnym machin różnego rodzaju mianych w pogotowiu, tudzież wież na kołach, żołnierzem szturmowym obsadzonych tak długo do murów jego kołatał, póki bram swych nie otworzył i przez poddanie się nie wyznał zwierzchności jego nad sobą. Nadto w tymże czasie przywiódł wielu do chrztu św., owszem był ojcem chrzestnym samegoż dowódcy zajętego grodu. Więc gdy się o tym wieść rozeszła między poganami, iż tak łatwo przytarte zostało zuchwalstwo Czarnkowian, natychmiast też niepodległy dotąd książę pomorski czołem uderzył przed Bolesławem, dając przykład innym, chociaż żaden z nich zaprawdę na długo w wierności poprzysiężonej nie wytrwał. Albowiem ów chrzestny syn Bolesława[280] dopuścił się następnie zdrad wielorakich, za każdą z których godzien był miecza katowskiego. Ale zamilczmy, rzecz dalszą o tymże do właściwego miejsca odkładając, póki nie opiszemy cofnięcia się cesarza z Węgier a Bolesława z Czech, tudzież poprzednich niektórych wypadków pokrótce nie dotkniemy.
45. Bój stoczony z Morawianami
212Wypada nam od Pomorzan zwrócić się do Czechów, nie chcąc dawać pozoru gnuśnienia z upodobaniem przez obrót w kółku jednostajnym. Miało to miejsce właśnie w tej porze, gdy Bolesław stał pilnie na czatach, a skądinąd sił całych dokładał, aby i u steru państwa cześć należną rządom swym zapewnił, gdy ukazali się Morawianie, kusząc się o zamek Koźle, jakoby znienacka Polakom go porwali. Lecz i Bolesław wyprawił jednocześnie rycerstwo swe pod Racibórz[281] nie z innym, gdyby się mógł powieść, zamiarem, sam tymczasem zabawiając się łowami lub niezamąconemu oddając się wczasowi. Owóż dwie te siły nieprzyjazne, z początku nie wiedząc o sobie, przyszły do starcia za spotkaniem, inny zaś oddział, wprost zmierzający do celu sobie wskazanego, przybył i pogodził, albowiem zwycięstwo przeważył, bez przeszkody wkroczywszy do grodu. Tym sposobem plac boju trupem zasłali Morawianie, a zamach ich, o którym mówiliśmy, spełzł na niczym. Działo się to podczas napadu cesarza Henryka [V] na Węgry, do których wtargnął istotnie, lecz ani korzyści, ani chluby nie pozyskał dla oręża swego. Na teraz jednak mówić nie będziemy o sprawach Niemców ani Węgrów. Dość będzie tej wzmianki. A sami się zajmijmy czynami, które podnoszą w znaczeniu dzielność rycerską Bolesława.
46. Kroki wojenne przeciw Czechom
213Stanęła wszakże umowa między Kolomanem, królem Węgrów a Bolesławem, panującym książęciem polskim, iż na wypadek zaczepienia któregokolwiek z nich przez cesarza, drugi mający ręce swobodne do działania natychmiast do Czech wkroczy. Kiedy więc cesarz do Węgier się zabrał, Bolesław, wierny danemu słowu, mieczem przez gęszcze leśne utorowawszy sobie drogę, niezatamowany żadną siłą, prawem zwycięscy jął po Czechach broić, gdzie od głowni jego w ciągu dni pięciu i tyluż nocy[282], spłonęła część znaczna kraju, trzy kasztelanie i jedno przedmieście w zgliszczach zaległy: nie odszedł zaś pierwej, aż dano znać o porwaniu się nowym Pomorzan i zajęciu grodów, które się były zwierzchności jego poddały.
47. Bunt Pomorzan
214Tym to sposobem dostali na nowo w moc swą Pomorzanie Ujście[283], gród Bolesława, poddany przez załogę polską, którą Gniewomir zdradzieckim wymysłem do haniebnego tego kroku przywiódł. Mówiliśmy już o tym Gniewomirze, na którym Bolesław zamek Czarnków dobył, potem go do chrztu trzymał, a wreszcie po przepuszczeniu przez miecz swój innych, darował był życiem, owszem zwierzchność tegoż zamku zostawił przy nim. On zaś przeniewierca danego słowa, gwałciciel przysięgi, dobrodziejstwa niepamiętny, radą przewrotną się odpłacając, podmówił załogę zostawionych do poddania grodu, bezczelnie zmyślił albowiem o Bolesławie, iż pokonany został przez Czechów i Niemcom wydany. Na trud więc bezmierny i niebezpieczeństwo narażając, ażeby z odległej Czech granicy wojska jego jak najrychlej na ów punkt zagrożony dotarły, Bolesław nie ma względu na znużenie mężów dotychczasowe, ani wygłodniałość koni, we dnie ani w nocy nie spoczywa, póki choć z garstką wyborową tam się nie ukaże, a jeśli nie zemsty wnet dopełni za krzywdę doznaną, tedy kogo należało przekona, iż żyje a bezpiecznie siłami do bojów zaprawnymi rozporządza. Tak się też stało, iż nikt do rozprawy orężnej z nim nie wystąpił, nikt z tyłu lub boku go nie urywał w odwrocie, na ten raz dla stron obojga bez dotkliwej obeszło się szkody.
48. Bolesław po dobyciu grodu Wolina karci Pomorzan
215Zaledwo przecież na chwilę dozwolił wytchnienia rycerstwu a popasu rumakom ich schudzonym, zbroi znów hufy a surmy dają hasła rotom jego na wyprawę pomorską. Lecz wkraczając już teraz, nie goni za zdobyczami wyłącznie i trzód zaborem, lecz obiegłszy[284] Wielun[285], przysposabia kusze, tudzież inne rozliczne narzędzia. Ale i obrońcy tego grodu nie liczą na pożytki z ocalenia bytu, w orężu tylko pokładają nadzieję: naprawiają zatem warownie lub wznoszą nowe, staczają belki wewnątrz i bryły głazów a co tchu kłodami zawalają bramy. Uzbroiwszy się zatem dostatecznie, przy pomocy machin pod mury przywiedzionych Polacy zewsząd szturm walecznie przypuszczają do grodu, Pomorzanie zaś z nie mniejszą odwagą się bronią. Polaków sprawiedliwość i zwycięstwa stają się hasłem, Pomorzanie za rodzimy przesąd, a wreszcie w chęci ocalenia, dotrzymują kroku. Polakom chodzi o sławę, Pomorzanom o wolność. Zobopólne przecież te wysilenia musiały mieć koniec: jakoż ostatni, upadając na siłach po długotrwałych znużeniach i bezsennościach, gdy widzieli, iż bądź co bądź dłużej opierać się nie zdołają, pychę z serc złożyć byli zmuszeni, a zażądawszy dla siebie w zakład rękawicy Bolesława, poddali się mu wraz z grodem na słowo. Nie mogli wszakże Polacy darować tak bezkarnie tylu swych znojów, tylu strat w rycerstwie, srogich zim, a zdrad i podstępów wielokrotnych, za wnijściem[286] więc do grodu ścielą trupem każdego, co się nawinął po drodze, nie dają przebaczenia nikomu, nie podoła im nawet głos książęcia-władcy do zlitowania upominający. Tak giną pod ciosami Bolesława wichrzący od lat wielu a zuchwali Pomorzanie; rzeczywiście ich przeniewierstwu taka odpłata należała się z prawa. Gród atoli na swą rękę pragnąc zatrzymać, nie psuł go bynajmniej, kazał owszem bardziej go jeszcze umocnić i obwarować, na odejściu zaś własną załogę w nim zostawił.
49. Porażka sześciuset Pomorzan wśród Mazowsza
216Następnego lata celem porwania zdobyczy wpadli na Mazowsze Pomorzanie. Sprzecznie jednakże się stało, że rozumiejąc łatwym uczynienie z Mazowszan dla siebie pastwy, sami ich pastwą zostać byli zmuszeni. Jakoż w kierunkach rozlicznych, za łupem a niewolnikiem bobrując po Mazowszu i niecąc łuny naokół pożarów, wracali już do swoich siedlisk bezpiecznie i ani im na myśl nie przyszło, iż mogą być wyzwani do starcia orężnego. Aż oto starosta ówczesny Mazowsza, imieniem Magnus, nagle z swą garstką Mazurów, małą liczebnie, lecz męstwem starczącą za wielość, postanowił bój stoczyć śmiertelny, z mnogą i niezliczoną w porównaniu czeredą pogan, przy czym wszechmocność swą Bóg dobroczynny okazał, albowiem, jak wieść niesie, legło wówczas z pogan więcej niż 600 na placu, łup wszelki i jeńców Mazowszanie odebrali, reszta niedobitków uciekła lub poszła w okowy. Przyczynił się do tego udziałem właściwym pasterz tamecznej krainy, Szymon[287], który pragnąc owieczki swe z zębów wilczych wydrzeć, postępował za nimi przy odgłosie pieni żałosnych swego duchowieństwa, z infułą na głowie i w aparat kościelny przywdziany, a czego by nie dało się dokonać bronią materialną, usiłował dostąpić bronią duchowną i modłami. A jak w prastarych czasach synowie Izraela Amalechitów modłami Mojżesza zwyciężyli, tak wskutek modłów i błagań swego pasterza Mazowszanie otrzymali zwycięstwo nad tłuszczą pogańską, o której mówiliśmy. Nazajutrz nawet jeszcze dwie kobiety, zbierające poziomki po ścieżynach leśnych i bezdrożach, nowy rodzaj odniosły zwycięstwa nad napotkanym samopas żołnierzem pomorskim, którego wyzuwszy ze zbroi, ze związanymi w tył rękami przywiodły wobec[288] znajdujących się społem starosty swego i pasterza.
50. Klęska Czechów i Zbigniewa
217Podobnyż los jak poprzednich spotkał żołnierstwo Zbigniewa, pospołu z Czechami plądrujące po Śląsku to orężem, to pochodniami do niecenia pożóg; z tych bowiem jedni przez samychże mieszkańców pogranicznych pojmani, drudzy przez miecz przepuszczeni zostali. O tych zaś szczegółach pomniejszych dawszy pokrótce sprawę, przejdziemy do większych, stanowić mających osnowę księgi następnej.
Kończy się księga wtóra, a trzecia poczyna.
Strona 1 z 1 · 70% utworu
Tekst: Wolne Lektury, domena publiczna lub wolna licencja. Spis treści i audiobook.