- Literum
- Lektury szkolne
- Klasy 1–3
- O krasnoludkach i sierotce Marysi
- Podziomek spotyka sierotkę Marysię
O krasnoludkach i sierotce Marysi · Maria Konopnicka
Podziomek spotyka sierotkę Marysię
Podziomek spotyka sierotkę Marysię
I
II
III
IV
769Smutek, SamotnośćTaka była dola sierotki Marysi, co miała włoski jak słoneczne światło, oczy jak fiołki leśne, a w sercu tęskność i żałość.
770— Marysiu, sierotko! — mówi do niej gospodyni, u której gąski pasła. — Czemu się nie śmiejesz, jak insi[387] czynią?
771A ona:
772— Nie mogę się śmiać, bo wiatr po polach wzdycha.
773— Marysiu, sierotko! Czemu nie śpiewasz, jako insi czynią?
774A Marysia:
775— Nie mogę śpiewać, bo brzozy po gajach płaczą.
776— Marysiu, sierotko! Czemu się nie weselisz, jako insi czynią?
777A ona:
778— Nie mogę się weselić, bo ziemia we łzach rosy stoi!
779Taka była ta Marysia.
780TęsknotaPrzylecą, bywało, ptaszkowie, na drzewinie wpodle[388] niej siędą[389] i śpiewają:
781Sieroto, sieroto,Co masz główkę złotą,W oczach błękit nieba,Czego ci potrzeba?
A Marysia podnosi na tych śpiewaczków wzrok smutny i nuci z cicha:
782Nie trzeba mi srebra,Nie trzeba mi złota,Jeno onej wierzbyU własnego płota!
Więc ptaszkowie znowu:
783Sieroto, sieroto,Co masz główkę złotą,Czy wody, czy chleba,Czego ci potrzeba?
A Marysia na to:
784Nie trzeba mi chleba,Nie trzeba mi wody,Tylko tej rodzonej,Domowej zagrody!
Zaszczebiocą na to ptaszkowie ze sobą, główkami kręcą, skrzydełkami trzepocą, aż jeden tak zaśpiewa:
785Sieroto, sieroto,Co masz główkę złotą,Czego sobie pragniesz,Prośże teraz o to!
A Marysia złoży wychudłe rączyny w zgrzebnej koszulinie, podniesie je ku ptaszętom i mówi:
786O moi ptaszkowie,Mam was prosić o co!Niechże mi się przyśni,Matuleńka nocą!
Sen, Duch, Opieka, MatkaI zdarzało się tak nieraz, że się matuleńka przyśniła nocą Marysi.
787Cicho, cichuchno, biało, bieluchno, szła przez izbę niby promień miesięczny[390] i niby promień otaczała swą jasnością główkę śpiącej sierotki swojej.
788Śniło się wtedy Marysi, że słońce świeci i że kwiaty pachną. Wyciągała ręce do mateńki i szeptała we śnie:
789— Przyszłaś, mateńko?
790A tuż nad nią głos słodki i cichy:
791— Przyszłam, dziecino!
792A były to słowa jakby dech tylko.
793Tuli się Marysia do matki i pyta:
794— I weźmiesz mnie z sobą, mateńko?
795A tuż nad nią głos cichszy jeszcze i słodszy:
796Jeszcze nie pora, jeszcze nie czas,Kto nas rozłączył, ten złączy nas!
Więc Marysia na to:
797— O, jak ciężko czekać, mateńko!
798A głos:
799Prędko przy pracy przemija dzień,A wiek i życie — to tylko cień.
Dzieciństwo, PracaI cicho, cichuchno, biało, bieluchno, znikała mateńka jak promień miesięczny; a sierota budziła się z westchnieniem i chwytała pracy. Pracowała, jak mogła i wedle sił swoich, za ten kąt na cudzym zapiecku[391], za tę garść słomy, na której sypiała, za tę łyżkę strawy, którą się pożywiła, za tę zgrzebną koszulinę, która jej grzbiet kryła. Kolebała zimą dziecko, nosiła chrust z boru, ze studni wodę, latem gąski pasała.
800Nazywali ją też ludzie we wsi: Marysią gęsiarką albo Marysią sierotką.
801Nazywali ją tak rok, nazywali dwa, aż zupełnie zapomnieli, że się ta dziewuszka Kukulanką nazywa i że jest córką Kukuliny, owej to litościwej kobiety, co Podziomka chciała od bicia bronić, kiedy podrzutkiem u baby złej był.
802Ona sama, gdy ją kto zapytał: „Jak się zowiesz, dziewczę?” — odpowiadała:
803— Marysia sierotka.
804Łączka, na której pasła gęsi Marysia sierotka, leżała pod lasem, dość daleko za wsią, zwaną od dawien dawna „Głodową Wólką”, iż tam ziemie chude były, mało chleba dawały, a ludzie częściej głodni niźli syci byli.
805Staje piasku, staje wody,Rok urodzaj, a dwa głody!
Na tych małych trawach, na tych dużych wodach, hodowały się całe stada gęsi, a jak to wszystko zaczęło rwać się a trzepotać, a gęgać, a wrzeszczeć, to dobrze o milę wokół słychać było.
806Dzieciństwo, PracaWszystkie dzieci we wsi robotę z tymi gęśmi miały, pasąc je gromadą albo poosobno[392], jak tam któremu w chacie przykazali.
807Dopiero pod wieczór rozdzielała się gromada na pomniejsze stadka i każdy swoje do domu gnał.
808Już też wtedy nic inszego w całej Wólce Głodowej słychać nie było, tylko:
809— Halela, gąski!… Halela! halela, do domu!…
810A do tego taki z biczów trzask, jakby wesele jechało.
811Długo jeszcze po zachodzie słońca uspokoić się nie mogło gęganie w zagrodach i chlewkach; a i w nocy nieraz powstawał ni stąd, ni zowąd wrzask gęsi na całą okolicę.
812SamotnośćAle Marysia sierotka pasała gąski swoje osobno, pod lasem. Siedem ich tylko było, więc im gospodyni dogodzić chciała i na wspólne pastwisko nie dawała gnać. Dziewczynina też rada temu była, bo się inne dzieci z niej śmiały: a to, że się w chowanego bawić nie umie, a to, że w zajączka nie dość prędko biega, a to, że z dziewczynami tańcować po trawie nie chce.
813I prawda. Czy to, że mocy wielkiej na tym cudzym chlebie nie miała, czy też tak już z tego sieroctwa swojego nie lubiła Marysia biegać, tańczyć, gonić się ani w zajączka z dziećmi grać. Lubiła za to śpiewać. A piosenek umiała tyle, że cały dzień coraz to inszą[393] śpiewała, a nigdy ich nie brakło.
814A to jak „Zosi chciało się jagódek, a kupić ich za co nie miała”, a to jak „Konik siwy długogrzywy mogiłę panu swemu nóżką w polu grzebał”, a to o zaklętej fujarce, co mówiła do pastuszka:
815…Graj, pastuszku, graj,Bóg ci pomagaj!
A to znów jak „Niedźwiedź kudłaty przywędrował do wilczycy we swaty”, a to jak „Babuleńka miała kozła rogatego, co był bardzo rozpustny”, a to jak „Siwe łabędzie leciały za morze…”.
816Najbardziej wszakże lubiła Marysia i najczęściej śpiewywała[394] piosenkę o sierocie, co gąski zwoływała do domu, bo ta piosenka była taka jakby o niej samej.
817Kiedy więc wieczorne zorze ugasać[395] zaczęły nad lasem, zaraz Marysia wyciągała najgłośniej i najcieniej, jak tylko mogła:
818Pójdźcie, pójdźcie, gąski moje,Pójdźcie, pójdźcie do domu!Noc nadchodzi, ja się boję,Bronić mnie nie ma komu.
Była to prześliczna piosenka, a tak wprost do serca szła, że kto w pobliżu szedł, to stawał i słuchał, a często i łzy miał w oczach.
819Kto tych wszystkich piosnek wyuczył Marysię, nie wiadomo zgoła, a gdyby jej się kto spytał o to, ona sama nie wiedziałaby także.
820Może ją uczył piosnek bór szumiący, czarny, może trawy łężne[396], szepczące słóweczka ciche; może gaje młodym liściem okryte, które za wiatrem lekuchno się chwiejąc, gwarzą cości[397] a gwarzą, jakby żywym głosem. A może nawet i ta cichość, która przez pola szła, przez ugory i która była tak dzwoniąca w sobie właśnie, jakby samo powietrze śpiewało.
821Słuchała też, nasłuchiwała Marysia sierota wszystkich tych głosów, nie czując nieraz w tym zasłuchaniu ni głodu, ni chłodu; a kiedy słońce zaszło i do domu wracać trzeba było, nie wiedziała sama, jak ten dzionek przeleciał.
822Ani jej też w głowie nie postało, że z zarośli borowych patrzy na nią i wygląda wzrok bystry i chytry, pałający i okrutny, wzrok przebiegłego Sadełka, owego to lisa z sąsiedztwa Kryształowej Groty, który sobie w tym lesie norę uczyniwszy pod pniem wywróconej sosny, pustelnika udawał, a po stronach węszył, skąd by jaki dobry kąsek pochwycić.
823Szczególniej do gęsiny uczuwał nieprzeparty pochop[398] i apetyt. Wielkich stad gęsi, strzeżonych pilnie przez mocnych chłopaków, unikał, zakładając[399] głównie swe nadzieje na owych siedmiu gąskach przez Marysię pasionych; toteż co dzień bliżej, a z cicha, podkopywał się krzakami ku łączce.
824Bezpiecznie pasła gąski swoje Marysia, nic o tym nie wiedząc: bezpiecznie o zmroku do zagrody stadko swoje gnała, a jedynym jej pomocnikiem był mały, żółty piesek, Gasio, który ogromnie dziewczynkę polubiwszy, całe dnie przy niej na łączce przesiedział.
825Sadełko wielką niechęć czuł do tego Gasia.
826Fałsz, Samotnik— Obrzydliwe psisko! — mawiał nieraz sam do siebie, spluwając i krzywiąc się szpetnie. — Nigdym chyba szkaradniejszego stworzenia nie widział! Co to na przykład za uszy? Szpiczaste jakieś, ostre, zupełnie dla psa niestosowne! Albo sierść? Toć on rudy, jak ten Judasz[400] zdrajca! Co to za paskudny charakter być musi! Co za obyczaje! Jakie nawyknienia! Toć to darmozjad skończony! Wypowiedzieć nie potrafię, jak mi się to zwierzę nie podoba, sam widok jego o mdłości mnie przyprawia. Czy kto widział, żeby porządny pies cały dzień na jednym miejscu siedział i mizernych siedmiu gęsi pilnował? Toć to wstyd prawdziwy! Siedem gęsi! Ha, ha, ha!… Śmiać mi się chce! Gdzież jest prostak, który by w gęsinie smakował i na tę nędzę się łakomił? Dawniej to może było przyjęte, żeby się na stołach lisich i taka potrawa znajdowała, wiadome rzeczy, że starzy mieli swoje dziwactwa. Ale co teraz, to żaden szanujący się lis takich specjałów nie jada! Przynajmniej co do mnie, brzydzę się gęsiną. A na tego żółtego psa i na tę obdartą dziewczynę wprost patrzeć nie mogę. Gdyby nie to, że mam zamiar pustelnikiem tu zostać, dawno bym się już wyniósł z okolicy. Ale cóż! Kiedy się kto cały cnocie i pięknym czynom poświęci…
827Tu wzdychał tak mocno, że aż mu się wąsy podnosiły u nosa, i mrużąc to jednym, to drugim okiem, śledził poruszenia Gasia, gąsek i Marysi. Po czym odwróciwszy się od nich, brzydko się uśmiechał.
V
828Widniała już z daleka w księżycowym świetle Wólka Głodowa. Do niej to dążył Skrobek, skręciwszy w bok z gościńca. Nagle odwróci się do jadących na wozie Krasnoludków i rzecze:
829— Na mój kiepski rozum, trza by nie wszystkie panięta w jednym miejscu naraz wysypać; bo jakby tyle gąb w jednej wsi przybyło, toby się taka drogość stała, że to ha, i mogłoby być głodno.
830— Racja! — odezwał się na to z głębi woza głos jakiś, a był to głos zakopanego w sianie po uszy Podziomka.
831— Ano po dwóch, po trzech, po pięciu poprószyć sam, tam, to i paniętom lepiej będzie, i tym ludziom we wsi też!
832Na to król:
833— Roztropny z ciebie człek! Uczyń, jakoś powiedział.
834Przystanął tedy Skrobek, podrapał się w głowę, a ukazując na wieś przydrożną, rzecze:
835Podstęp, Fałsz— A choćby, na ten przykład, hajno[401], do tej tam wioski dwóch, trzech dać? Oj, dobrze by się miał taki, bo to Sytna Wólka[402] jest, bogata wieś na całą okolicę, chłop w chłopa same gospodarze, a każdy spasiony tak, że za wołu waży! Te dzieci, te baby, to to się aż toczą jak kule, takie okrągłe, takie tłuste! Jak nie ma tłuste być, kiedy w każdej chałupie od rana do nocy warzą[403] a kraszą[404], a solą, a zasiekują[405] jakby na Wielkanoc, a siędzie tam chłop do miski z rana, to nie wstanie od niej aże do południa, by się do drugiej przysiąść.
836— Stój!… Stój!… — zakrzyknie na to zagrzebany w sianie Podziomek.
837Ale chłop prawił dalej, jakby go nie słyszał.
838— Coby się nie miał przesiadać od miski do miski, kiedy tam ziemia taka, że sama bez człeka plonuje setnym ziarnem[406]. A co tu sadła, a słoniny, a gęsiego szmalcu! Nieprzejedzone rzeczy!…
839— Stój! stójże! — krzyknął głośniej teraz, gramoląc się z siana, Podziomek. — Stójże, kiedy wołam!
840— A co tam? — zapytał chłop, jakby go pierwszy raz słyszał.
841Wygrzebał się Podziomek i patrząc bystro chłopu w oczy, zapyta:
842— Nie łżeszże[407] ty, chłopie?
843A Skrobek:
844— Cobym miał łżyć[408]? Prawda jest i już!
845— Jadła dość, mówisz?
846— Co żywot[409] strzyma!
847— I kraśno[410]?
848— Omasta[411] aż po brodzie kapie!
849— A misy duże?
850— Jak to miesięczne koło[412]!
851A księżyc już zachodzić począł.
852— Kiedy tak — rzecze Podziomek, do króla się obracając — to ja się tu, Miłościwy Królu, zostaję!
853To mówiąc, ścisnął królewskie kolana, towarzyszom, stojąc w półdrabku[413], na waletę[414] zakrzyknął i na chłopa wołać począł, żeby ku tej wsi nawrócił.
854Co gdy Skrobek dość skwapliwie uczynił, zawadził o kamień kołem, wóz się zatoczył cały, aż podskoczył, i Podziomek, jak stał, tak wyleciał z niego.
855Nie uczyniła mu się co prawda najmniejsza krzywda, bo na głęboki, drobny piasek padł jakby na pierzynę, wszakże narobił tak srogiego krzyku, że się wszystkie psy pobudziły we wsi i głośno ujadać poczęły.
856Odezwał się na to szczekanie jeden, drugi gęsior, zagęgała tu, to tam jakaś gęś czujniejsza, za nią druga, dziesiąta, dwudziesta; za czym podniósł się po podwórkach i chlewikach wrzask tak przeraźliwy, jakby się cała wieś paliła.
857— Aj! kości moje, kości!… — krzyczał, macając się po żebrach Podziomek, w nagłym przestrachu, z powodu owego szczekania i gęsiego wrzasku, ale głos jego niknął w tej wrzawie, tak że go i niewiele słychać było.
858Skrobek zaciął szkapę i ruszył sporym[415] kłusem. Podziomek wstał, a obejrzawszy się, spostrzegł, że obok niego w piasku grzebie się ktoś drugi jeszcze; a kiedy księżyc wyjrzał spoza chmury, poznał z największym zdumieniem Koszałka-Opałka.
859— Czyli mnie wzrok myli? — rzecze Podziomek. — Czyliś to ty, uczony mężu, we własnej swej osobie?
860— Jam jest, bracie! — rzecze na to Koszałek-Opałek.
861— Czyliżbyś, uchowaj Boże, wypadł takoż z woza?
862— Ej, nie! — rzecze Koszałek. — Wyskoczyłem tylko za pozwoleniem królewskim. Bo widzisz, bracie, kiedy tu taki wrzask gęsi jest, to same gęsi też być muszą. Czy jasno?
863— Jasno jak słońce.
864— A gdy gęsi są, to i pióra muszą być! — rzecze dalej Koszałek-Opałek. — Jakże?
865— Jak dwa a dwa[416] cztery! — zakrzyknie ów na to.
866— A jak są pióra — prawi znów uczony — to i moja sława nie przepadnie, gdy księgę nową zamiast tej zgubionej napiszę. Nieprawdaż?
867— Prawda jak wół! — potwierdził z zapałem Podziomek. Ale choć tak gorąco potakiwał towarzyszowi swemu, w rzeczy samej nie bardzo był rad[417], że do tych tłustych kęsków, jakie sobie obiecywał, kompana ma. Więc po chwili rzecze:
868Fałsz, Samolubstwo— Wiesz co, uczony mężu? Moim zdaniem, nie przystoi mędrcowi między chłopstwo się pchać i razem z prostakami u misy siadać. Bo łatwo taką drogą uczoność na szwank[418] narazić można. Zrobim tedy tak: ja pójdę do wsi, a ty do lasu. Jak już noc się zrobi i wszyscy się pośpią, ja cię, uczony mężu, sprowadzę i posilisz się tym, co tam gdzie na misie zostanie. Choćby i przyskąpo[419] czasem wypadło, nic to, bo wszak nie samym chlebem człowiek żyje. A tak przynajmniej honor twój utrzymany będzie. A honor: rzecz główna!
869— Dobrze radzisz, kochany bracie! — rzecze na to rozrzewniony Koszałek-Opałek. I rzuciwszy się na szyję Podziomka, nuż go ściskać i całować.
870Markotno[420] się zrobiło Podziomkowi, gdyż dobre serce miał, że jego podstępna rada tak zaraz przyjęta została, ale iż głos łakomstwa mocniejszy w nim był niżeli głos serca, wprędce się tedy ze swej markotności otrząsnął i uściskawszy nawzajem Koszałka-Opałka, sam go do boru odprowadził, pożegnał raz jeszcze, życząc jak najmędrszych myśli, po czym, chyłkiem pod płotami krążąc, do najpokaźniejszej chaty skierował swe kroki.
871Nie było podobno nigdy większego zawodu jak ten, który spotkał w chacie tej Podziomka.
872BiedaW komorze pustka, że i mysz by zdechła, dzieża[421] od chleba nasypana otrębami[422], słoniny w ząb[423], kaszy ani śladu, o szmalcu i półgęskach[424] ani się nie śniło.
873Zajrzał Podziomek do garnków — puste; nie znać nawet, żeby się w nich wczoraj gotowała strawa; zajrzał do misek, do rynek[425], to samo.
874Wymknął się co rychlej z tej chaty i do drugiej biegł, ale i tu lepiej nie było. Przepatrzył piątą, dziesiątą — to samo. A ci ludzie, których tam widział śpiących, toć skóra a kości.
875Nigdzie porządnej pościeli, nigdzie statków[426] jakich takich, nigdzie nawet dobrego konia w stajni lub krowy w oborze. Wiele też chałup zupełnie chyliło się ku ziemi, trzymając się tylko dylami[427] pod strzechę[428] wpartymi, jak kaleki o kulach stojące. Nawet i dom sołtysa niewiele był lepszy!
876Taki to tam był ciężki przednówek[429] wiosenny.
877Rozczarowanie— A, niecnotliwy chłopie! — zakrzyknął w złości, zacisnąwszy pięście. — Otóżeś mnie podszedł[430]! Otóżem w biedę popadł! Otóżem się oszukał! Głodowa Wólka! A powiadał niecnota, że „Sytna”, że omasta po brodzie kapie, że jadła — co żywot strzyma! Otóż masz jadło! Otóż masz omastę! A toć mi tu przyjdzie wyschnąć jak żerdź w płocie. Żeby choć zuchelek[431] chleba. Choć odrobinkę kiełbasy! Żeby choć ryneczkę barszczu!
878Dniało już i coraz wyraźniej nędzę tej wioski widzieć było można, kiedy Podziomek, na rozstaju stanąwszy, zadarł głowę i tablicę przybitą tu na słupie czytać z wolna zaczął.
879Czytał, czytał i własnym oczom nie wierzył. Tuman czy co?[432]
880„Gło-do-wa Wól-ka”.
881I znów zaczynał na nowo: Gło-do-wa Wól-ka. Najwyraźniej: Gło-do-wa!
882Załamał ręce nieszczęsny Podziomek i stał w głębokiej pogrążony trosce, a słońce z wolna podnosić się zza lasu poczęło.
883Wtedy raz jeszcze na słup ze smutkiem spojrzawszy — „Gło-do-wa Wól-ka” odczytał i westchnął.
VI
884Tymczasem Koszałek-Opałek, chodząc po lesie tam i sam[433] dla rozgrzania się, iż noc była chłodna, trafił na jakiś dość wysoki, piaszczysty pagórek i głęboką pod nim wykopaną norę. Dość było okiem rzucić, aby poznać, że to jama lisia.
885Ale nasz kronikarz, w księgach cały swój żywot spędziwszy, mało się znał na tym.
886Stanął tedy jak wryty, rozmyślając, co by to być mogło.
887„Góra? Nie góra? — myślał. — Forteca? Nie forteca? Ej, kto wie, czy to nie będzie stara pogańska świątynia dawnych Krasnoludków? Bardzo możliwe! Bardzo możliwe!” — I z największą uwagą obchodzić dookoła zaczął.
888Wtem z owej jamy wychyliła się ostrożnie szpiczasta ruda głowa, o pałających oczach i nadzwyczaj silnych, ostrych zębach.
889Wychyliła się, cofnęła, znów wychyliła, aż się z wolna wysunęło za nią wysmukłe ciało Sadełka.
890Sadełko poznał od razu Koszałka-Opałka, lecz przybrawszy obojętną i poważną minę, postąpił ku niemu kilka kroków i rzekł:
891— Kto jesteś, nieznany wędrowcze, i czego szukasz w tych miejscach poświęconych nauce i cnocie?
892— Jestem nadwornym kronikarzem Króla Błystka z Kryształowej Groty, do usług Waszej Łaskawości — odrzekł uprzejmie Koszałek-Opałek.
893— Ach, to ty, uczony mężu! — zakrzyknął na to Sadełko. — Jakiż szczęśliwy traf cię tu sprowadza? Jak to! Czyli mnie już nie znasz? Jam jest Sadełko, uczony autor ksiąg wielu, któregoś łaskawie przed niejakim czasem nawiedził.
894Uderzył się dłonią w czoło Koszałek-Opałek i rzecze:
895— Jakże? Pamiętam! Żem też mógł zapomnieć na chwilę! Proszę, najmocniej proszę, niech mi to Wasza Łaskawość przebaczy.
896Mówił „Wasza Łaskawość” albowiem nie zdawało mu się odpowiednią rzeczą tak zacnego zwierza wprost „panem”, jak pierwszego lepszego golibrodę[434], nazywać.
897Padli tedy[435] sobie w objęcia, całując się i ściskając wzajem, po czym Koszałek-Opałek rzekł:
898— Rad bym się od Łaskawości Waszej dowiedział[436], co znaczy to wzgórze, które tu przed sobą widzę? Nie będzież to zbytnią śmiałością z mej strony, gdy o wyjaśnienie prosić będę?
899Fałsz, Kłamstwo— O, to drobnostka! — Sadełko na to ze śmiechem odrzecze. — Kazałem usypać to wzgórze, aby zawsze mieć pod ręką dość piasku do zasypywania ksiąg[437] moich uczonych!
900Tu spuścił wzrok zadumany i potarłszy łapą czoło, dodał skromnie:
901— Pracowałem tymi czasy wiele… bardzo wiele… A jakże tam dzieło szanownego kolegi? — rzekł po chwili z uprzejmym ożywieniem.
902— Och! — jęknął Koszałek-Opałek. — Lepiej nie mówmy o tym! Spotkało mnie najgorsze nieszczęście, jakie tylko spotkać może autora: księga moja została zniszczona, a pióro złamane!
903— Złamane? — pochwycił w lot Sadełko, w którego głowie oczy zabłysły, a zęby jeszcze się ostrzejszymi wydały. — Ależ nic łatwiejszego, jak odzyskać je, i to nie jedno! Pięć, dziesięć, co mówię? Setkę piór gotów jestem szanownemu koledze dostarczyć za drobną, drobniutką, za tak drobną jak to ziarnko piasku przysługę! I to dziś jeszcze! Zaraz! Za godzinę.
904Wziął teraz Koszałka-Opałka pod ramię i przechadzając się z nim poufale, tak mówił przyciszonym głosem:
905— Jest tu w okolicy pies, którego wprost znosić nie mogę. Sam nie wiem, co jest powodem tej odrazy: czy jego szpetna powierzchowność, czy złe obyczaje — gdyż całe dnie siedzi bezczynnie przy jakichś tam mizernych siedmiu gąsiakach, którym przecież nic złego nie grozi; dość, że ścierpieć nie mogę tego nikczemnego zwierza i rad bym się go choć na parę chwil pozbyć[438]. A jak na złość, przychodzi on razem z małą, obdartą dziewczyniną i z tymi nędznymi gęśmi, na których tylko skóra i kości, aż tu na tę łączkę pod lasem, wprost mego mieszkania, zatruwając mi swym widokiem godziny poświęcone uczonym pracom. Otóż, jak tylko dziś przyjdzie, podrażnij go trochę, kochany kolego, tak aby się za tobą uganiać zaczął i odbiegł dalej nieco, a ja tymczasem dokończę w spokoju dzieła, nad którym rozmyślam od dawna. Co gdy się tylko stanie, będziesz miał sobie wręczony cały pęk piór najwyborniejszych i to takiej cnoty, iż gdy wziąwszy jedno z nich w rękę, zaśniesz z wieczora, rankiem zbudziwszy się ujrzysz już ćwierć księgi napisanej. Takie to pióro!
906Przełknął ślinę Koszałek-Opałek, któremu nagle oczy zaświeciły, i rzecze:
907— Ależ chętnie, najchętniej! Ależ z całego serca! Proszę, niech mną Wasza Łaskawość rozporządza, jak sama za dobre uzna! Cały jestem na usługi Waszej Łaskawości.
908Tu kłaniać się począł lisowi, szastając się to w lewo, to w prawo, i z wielką serdecznością ściskał obie przednie jego łapy.
909Wieś, Dzieciństwo, PracaTymczasem mgła poranna z wolna się rozpraszać zaczęła, ukazując czysty błękit wiosennego nieba. Zagęgały gąsiory, zakrzyknęły gęsi, tu, ówdzie zapiał kogut na wysokiej grzędzie; zaraz też w zbudzonej ze snu wiosce zaskrzypiały żurawie studzienne[439], zaryknęło wypędzone na wczesną paszę[440] bydło, a sponad strzech słomą krytych zaczęły się unosić pasemka sinego dymu, znak, że tam gospodyni wytrzęsła jeszcze nieco zeszłorocznej mąki i polewkę dla domowych warzy[441]. Wody zagotuje, mąkę zaklepie, nieco serwatki doda, osoli i na miskę leje, wołając:
910— Dalej, dzieci, chodźcie jeść! Naści[442] łyżkę, Jagna! Śpiesz się, Maciuś, bo cię Wicek odje! Dalej! Prędzej! Dwa razy bierz, raz łykaj, żeby gęsi za rosy na pastwisko pognać[443].
911Za chwilę słychać okrutne trzaskanie z biczów i pokrzykiwanie cienkich, dziecięcych głosików:
912— Halela, gąski! halela!… halela!… na trawę!
913Wzbija się kurzawa na piaszczystej drodze, wrzask gęsi miesza się z pokrzykiwaniem pastuszków, klaskanie biczów rozlega szeroko w powietrzu, a nad całym tym gwarem panuje przeraźliwy krzyk sołtysowego gąsiora, który idzie, machając skrzydłami, przed stadem jakby wódz przed wojskiem.
914Ale od jednej chaty śpieszy na łączkę pod bór małe stadko gęsi: cztery białe, a znów trzy siodłate[444]. Za gęśmi idzie Marysia sierotka, w zgrzebnej koszulinie, w modrej[445] spódniczynie i boso. Uboga jej odzież schludna jest i czysta, złote włoski uplecione, twarzyczka pięknie umyta: idzie Marysia po łączce tak lekko, że trawki nie czują prawie jej ciężaru.
915Przy Marysi biegnie mały, żółty piesek, wesoło machając ogonem i poszczekując na gąski, gdy która chce się odbić od stadka. Nie potrzebuje też Marysia przy tak dobrym pomocniku bicza na swoją gromadkę i niesie tylko gałązkę wierzbową. Gałązkę wierzbową niesie, po rosie białej idzie, słodkim głosem śpiewa:
916…Służyła sierota, gdzie te cudze wrota,Pomagała ci jej ta zorzeńka złota!Służyła sierota za ten kęsek chleba,Pomagało ci jej to słoneczko z nieba!Halela, gąski, halela!
Śpiewając, przyszła Marysia na łączkę, na góreczce siadła, a stadko jej chodziło koło niej, gęgając i skubiąc młodą trawkę.
917Obleciał je raz i drugi mały, wierny Gasio, tu siodłatą skubnął, że za daleko w pole szła, tu na białą szczeknął, żeby pilnowała stadka, po czym położył się na skraju łączki i w bór patrzył. Ogromnie czujny psiak był z tego Gasia!
918Pobliski las wierzchołkami swymi ku sierotce dobrotliwie się schylał i szeptał coś tajemniczego, jakby obietnicę, że się nią zawsze opiekować będzie.
919Od drugiej strony, wąskim, pagórkowatym klinem, zabiegał pomiędzy trawy pastwiska łan pszenicy i kłosami kłaniał się ku drzewom leśnym, słuchał ich szeptów, dowiadywał się o różnych wieściach, później znów kłosy chyliły się od lasu ku swoim, ku dalszym kłosom, aby im powtórzyć, co leśne drzewiny z sobą gwarzyły.
920Mieszały się do tych gawęd żuczki, pszczoły, komary i roznosiły wieści borowe[446], powtarzając je po swojemu, to grubiej, to cieniej.
921ZwierzętaJeden tylko płowy chomik, zamieszkujący niewielką norkę ziemną na pobliskiej miedzy[447], do gwarów tych się nie mieszał, skrzętnie pracując dzień cały, aby za letniej pogody zgromadzić zapas żywności na ciężką zimową porę.
922Dopiero kiedy mu szczęki od podgryzania traw i kłosów całkiem już zdrętwiały, a grzbiet ścierpnął od dźwigania siana i ziarna do norki, prostował się jak mógł ów mały zabiegliwy[448] gospodarz i stanąwszy na dwóch łapkach, to na lewo, to na prawo zwracał bystre, czarne oczki, wypatrując wszystko dokoła.
923Znał on dobrze i Gasia żółtego, i gąski siodłate i białe, ale ich nie lubił za ten straszny rejwach[449], jaki gęsi gęganiem, a psiak ujadaniem sprawiały. Marysię za to wielce upodobał sobie, a jej piosenki tak mu do serca trafiały, że niech tylko zasłyszy śpiewanie sieroty, wnet rzuca robotę, na dwóch łapkach staje, łebkiem kręci, wąsikami rusza i poświstuje sobie z cicha jakoby do wtóru.
924Widywała i Marysia chomika tego, a widząc, iż piosnek jej rad słucha, śpiewała i dla niego także, iżby go ucieszyć. Bo mówiła sobie:
925— Zwierzątko to samo jest widać, jako i ja, na świecie i pewno mu smutno bywa nieraz. Niechże się choć tym śpiewaniem ucieszy.
926I nuż co najcieniej wyciągać[450]:
927…Przywędrował niedźwiedź kudłatyDo wilczycy z piwem we swaty,Tej jesieni wilk się żeni,Jadą goście zaproszeniDo lasu!
A iżby chomik wiedział, że dla niego śpiewa, uśmiechała się ku niemu mile, a on precz[451] na dwóch łapkach stał, wąsikami strzygł, łebkiem kręcił i poświstywał z cicha.
928Chciała Marysia bliższą znajomość z nim zabrać[452], ale tak był dziki, że niech się tylko dziewczynina ku niemu ruszy, a on zaraz bęc na wszystkie cztery łapki i ani go okiem[453]! Tylko się te trawy, te kłosy zaruszają za nim, właśnie jak bieżąca woda, gdy w nią kamyk cisnąć.
929Poniechała[454] go tedy dla[455] jego dzikości.
930Co do Gasia, to i on widywał niekiedy chomika. Ale mówił sobie tak:
931— Co będę się jeszcze za lada świstunem uganiał, co stoi na dwóch łapach i udaje psa, gdy służy? Komediant to jakiś musi być, bo i to gwizdanie też udawane! Tak samo przecież gwiżdżą u nas we wsi chłopaki, tyle że trochę głośniej. Wąsy też, widzę, przyprawne[456] ma, bo skąd by, proszę ja kogo, takiemu marnemu zwierzęciu wąsy jak kotowi rosły? Przecież on się do Mruczusia nie umywał nawet! Najlepiej zrobię, jak się od niego odwrócę.
932I naprawdę odwracał się, tak że chomik tylko ogon jego puszysty widywał.
933Niemniej zwinięty w kłębek i drzemiący Gasio otwierał od czasu do czasu to jedno, to drugie oko i na chomika spozierał ukradkiem.
934Czasem nawet warknął z cicha, jak gdyby mu się coś niemiłego śniło w onej drzemce. Że jednak psina bardzo był ambitny i słowny, więc jak już raz powiedział sobie, że się za tym świstunem uganiać nie będzie, tak się ani ruszył ku niemu.
935Zresztą, czy to mało roboty z gęśmi miał? Zaganiaj od pszenicy, zaganiaj od lasu, rachuj co moment czy są cztery białe, a trzy siodłate, to przecież głowę trzeba jak trybunał[457] mieć, żeby temu wszystkiemu dać radę.
936Ale mały chomik, pilne dając baczenie na to, co się dookoła dzieje, spostrzegł, że się z podleśnych krzaków leszczyny wynurza od czasu do czasu trójkątna paszcza lisa, którego tu nie widywał dawniej. Zaraz też zmiarkował, że nie do czego się ten lis tu skrada, tylko do tych gęsi, co się na łączce pod góreczką pasą.
937SamolubstwoRuszył tedy wąsikami i rzekł:
938— A choćbym przestrzegł? Jak nic mógłbym przestrzec! Powinienem może nawet? Bo juścić, że temu lisowi źle z oczu patrzy, a co gęba — to całkiem zbójecka. Tylko że musiałbym się aż na górkę drapać, a to mi się wcale, wcale nie uśmiecha. Upał taki!… Zresztą mogłyby tymczasem koszatki[458] albo myszy polne ściągnąć coś nie coś z tych kłosów, którem[459] z takim trudem pościnał. A to przecież moja ciężka praca! E… niech każdy pilnuje spraw swoich. To darmo! A gęsiarka też nie malowana, jak ma czas śpiewać, to ma czas i patrzeć. Śpiewa ładnie, bo śpiewa, nie ma co!
939Ale przecież pierwszy obowiązek niż śpiewanie. Przecież od tego ona tam siedzi, żeby gęsi strzegła… A pies? I pies też nie malowany! Umie warczeć na mnie i ogonem się do mnie obracać, to i lisa w krzakach widzieć może. Jeszcze ja będę cudze gęsi oganiał? Co mi z tego przyjdzie? Że tam taka jedna i druga gęś gęgnie: dziękuję! Wielka parada! Ha, ha, ha!
940Tu świsnął, roześmiał się i błysnąwszy czarnymi oczkami, na łapki przednie padł i pilnie kłosy od samego odziemku[460] podgryzać zaczął.
941Bo chomik — to zawołany gospodarz; a zarazem lichy gospodarz, bo oprócz roli[461] i pracy na niej, i korzyści z tej pracy — nic go nie interesuje; o siebie tylko dba i o nikogo więcej.
942Marysia lubi przyglądać się jego skrzętnym zabiegom, gdy ciągnie miedzą do swej norki zapasy na zimę: patrzy też na niego mile, póki go kłosy nie skryją, i nazywa go swoim chomikiem. Dopiero gdy zwierzątko zginie między zbożem, pogląda po gąskach, po łączce, potem oczy jej padają na gwiazdki łąkowe, na żółte kwiatki, co rosną u stóp jej nad rowem, wszędzie.
943W powietrzu parno[462] okrutnie, słońce praży z nieba, aż Gasio język wywiesił i głośno dyszy. Na czoło sierotki pot wystąpił, ale ona nie zważa, wije wianeczek i śpiewa:
944Służyła sierota u tej cudzej chaty,Pomagały ci jej wszystkie polne kwiaty!Służyła sierota na tej cudzej grzędzie,Jeszcze jej Pan Jezus dopomagać będzie!Halela, gąski! Halela!…
W tej chwili czujny Gasio warknął raz i drugi. W krzaku leszczyny, pod samym borem rosnącej, zaruszało się coś, zaszeleściło i ucichło. Podniósł się Gasio na przednie łapy i nastawiwszy uszy, czekał, co z tego będzie.
945Jakoż znowu ten szelest dał się słyszeć i znowu ucichło.
946Gasio warknął i wyszczerzył zęby.
947Ale Marysia nie słyszała tego. Jako ptaszę na gałązce rozśpiewa się w gaju, a nie słyszy cichych kroków skradającego się kota, całej swej pieśni oddane, tak ta sierota, nie widząc, nie słysząc nic dokoła, śpiewała dalej:
948Jeszcze jej Pan Jezus dopomagać będzie,U tych obcych ludzi, na tej cudzej grzędzie!Jeszcze jej Pan Jezus lepiej dopomoże,Niż to złote słonko, niż te jasne zorze!
Tymczasem z krzaków leszczyny wychyliła się dziwaczna postać małego człowieczka z głową w czerwonym kapturze, z siwą brodą i w okularach na potężnym nosie. Wychyliła się i na Gasia palcem kiwać zaczęła.
949Porwał się psiak i ku krzakom skoczył, ale postać owa już z innego, dalszego krzaka kiwała na niego palcem. Gasio rzucił się dalej; lecz dziwny ów człowieczek w czerwonym kapturze już znów gdzie indziej wychylał się i palcem kiwał.
950Im bardziej psiak się w bór zapędzał, tym szybciej czerwony kaptur migał między krzakami, to w prawo, to w lewo, aż się znaleźli obaj w szczerym boru[463], wśród ogromnych sosen.
951Już Gasio dopędzał małego człowieczka, kiedy ten skoczył nagle w bok i szybko się wdrapawszy na drzewo, z góry na psa palcem kiwać zaczął.
952Rozjątrzony Gasio rzucił się do drzewa z tak wściekłym ujadaniem, że się Marysia nagle ze swego zaśpiewania ocknęła, a słysząc tak niezwykłe szczekanie wiernego pomocnika, zaczęła w najwyższym strachu wołać:
953— Gasiu! Gasiu! — i porwawszy się z górki, w las wbiegła.
954Na to tylko czekał Sadełko.
955Polowanie, ZwierzętaJednym susem między gęsi wpadłszy, chwycił za gardło najbliższą i zdusił, zanim krzyknąć zdołała: „ratujcie!”. Rzuciwszy ją w krzaki, chwycił drugą z brzegu i tak samo jej w szyję ostre zęby wpił, i to z taką gwałtownością, że w pół krzyku ostatni dech wydała. Za czym ją także w krzaki powlókłszy, między resztę wpadł.
956Podniósł się teraz krzyk srogi wśród gęsi, które rozbójnika poznawszy, uciekały przed nim, jedne piechotą w pole, inne na skrzydłach się rwąc w śmiertelnym popłochu.
957Ale Sadełko jednym susem dopadł najpiękniejszą siodłatkę, raz tylko zębami kłapnął i o ziemię ją cisnąwszy, za tymi biegł, które na skrzydłach utrzymać się nie mogąc, spadały na ziemię z przeraźliwym wrzaskiem przed samą paszczą lisa.
958Posłyszała Marysia w lesie wrzask ów straszny i krzyknąwszy nieludzkim głosem: „reta!” — ku gąskom swoim co tchu w piersiach biegła.
959Tymczasem Sadełko ostatnią z siedmiu gąsek zagryzłszy, oblizał krwawą paszczę i pałającym wzrokiem na pobojowisko patrzał.
960RozpaczJakby wichrem niesiona leciała Marysia od lasu, z wyciągniętymi przed siebie rękami: jakby wichrem niesiona na łączkę wpadła, na pobite[464] gąski spojrzała i z przeraźliwym krzykiem: „Jezu!” — na ziemię runęła.
VII
961Kto by onego ranka o świcie pod lasem się był znalazł, miałby tam ucieszny widok.
962Oto mały człowieczek w czerwonym kapturze dziwne szprynce[465] wyprawiał, po przylegających do lasu tego błotach z kępy na kępę skacząc, szuwaru się ostrego chwytając, między trawą jak pływak nurkując, to znów zapadając głęboko w grząskie, mchem porosłe mokradła.
963Głód, BiedaNie kto inszy to był, tylko nasz znajomy Podziomek. Lecz jakże zmieniony srodze! Z dawnej okazałej tuszy tyle na nim tłuszczu zostało, co na komarze sadła. Luźna opończa[466] wisiała mu na grzbiecie, jakby pożyczona, chude nogi tkwiły, jak patyki, w spadających co chwila papuciach, ogromna głowa chwiała się na zbyt cienkiej szyi, a wychudzone jak piszczałki ręce ledwie utrzymać mogły wielką fajkę, w której zamiast tytoniu tliły się olszowe liście!
964Oto co podróż i pobyt w Głodowej Wólce uczyniła z naszego poczciwego tłuściocha.
965Ale nie była to zmiana jedyna. Głód, jakiego Podziomek stale teraz doznawał, nauczył go wielu rzeczy. On nauczył go także z kępy na kępę skakać, po mokrych trawach brodzić i czajczych[467] jajek szukać. Zatrwożona czajka błotna, bijąc skrzydłami tuż nad głową skaczącego Krasnoludka, przeraźliwym głosem krzyczała: „Kiwi! kiwi! kiwi! kiwi!”
966Biedna czajka! Zdawało jej się, że tym krzykiem odstraszy napastnika, który lada chwila mógł znaleźć jej gniazdo w trawach głęboko ukryte, a w gnieździe jedyne, pierwsze tego roku zniesione jajeczko.
967Gdy więc tak coraz głośniej krzycząc, omal że go nie ogłuszyła i wrzaskiem, i skrzydeł trzepotem, stanął Podziomek zniecierpliwiony i rzecze:
968— Ciszej, ty głupi ptaku! Ty kumoszko[468] sroki! Czy myślisz, że ja tu z rozkoszy po błotach się topię? Jeszcze tyle rozumu mam, żebym kawał kiełbasy wolał niźli twoje jajko! Z głodu to czynię, z głodu, który mnie tu o utratę żywota mało nie przyprawi! Folguj[469] tedy, a nie drzyj dzioba, bo ci łeb ukręcę!
969Tu głowę spuścił i kiwając nią, smutnie dodał:
970— Dlaboga! W jakieżem terminy[470] popadł i co mnie spotyka! O przeklęta Wólko, coś miała Sytna być, a jesteś Głodowa! O niepokaźny chłopie, któryś mnie w tak złą fortunę[471] wprawił!
971Mówił tak jeszcze, kiedy mu się nagle wydało, że płacz rzewny słyszy. Ściągnął nieco kaptura i rękę w trąbkę zwinąwszy, do ucha ją zbliżył. Wyraźnie płacz słychać! Właśnie jakby głos dziecka.
972— Niech zginę! — rzecze Podziomek, który serce litościwe mając, łatwo się cudzą biedą rozczulał. — Niech zginę, jeśli owemu niebożątku nie gorzej się jeszcze niżeli mnie dzieje! Pójdę, zobaczę, co jest!
973I wnet zapominając o swym głodzie, z błot ku lasowi zawrócił i ku wielkiej uciesze czajki prosto na ten głos szedł.
974— Wyraźnie dziecko płacze! — mówił, stawiając z kępy na kępę coraz większe kroki, właśnie jak to bocian czyni.
975Zaledwie się wychylił z oczeretu[472], który tu gęstą ścianą stał, kiedy zobaczył pod lasem niewielką łączkę i małą, siedzącą wśród niej na wzgórku dziewczynkę, która ukrywszy twarz w obie ręce, żałośnie płakała.
976Miłosierdzie, Dobro, DzieckoWzruszyło się na ten widok serce poczciwego Krasnoludka, więc przyśpieszywszy kroku, podszedł do dziewczynki i rzecze:
977— Czegóż to płaczesz, moja mościa panno, i jaka cię krzywda spotyka?
978Marysia drgnęła i odjąwszy od twarzy rączki, patrzyła na Podziomka szeroko otwartymi oczyma, słowa nie mogąc przemówić z ogromnego dziwu.
979Więc on znowu:
980— Nie lękaj się, proszę, moja mościa panno, bom jest życzliwy pannie i przyjaciel!
981— Jezu!… — szepnie na to Marysia. — Co to takiego? Małe jak łątka[473], a gada jak człowiek! Jezu!… Ja się boję!
982I już się porywała z tej góreczki precz[474] uciekać, ręce do góry wznosząc jakoby ptak skrzydła.
983Ale Podziomek zastąpił jej drogę i rzecze:
984— Nie uciekaj, mościa panno, bom jest Krasnoudek Podziomek, który ci ku pomocy chce być!
985— Krasnoludek! — powtórzyła jakby sama do siebie Marysia. — Toć wiem! Toć mi nieraz o tych Krasnoludkach mateńka mówiła, że dobre są!
986Na to Podziomek z wielką fantazją:
987— Mateńka jejmość panny mówiła szczerą prawdę! Rad bym jej dziękował[475] za to!
988A Marysia, trzęsąc swą główką złotą, rzecze:
989— Nie żyje mateńka moja!…
990— Nie żyje? — powtórzył smutnie Podziomek. — Oj, ciężkie to słowo! I kamień letszy[476] od niego!
991Pokiwał głową, westchnął, a potem:
992— Jakże się zwała mateńka? — zapyta.
993— Kukulina! — odpowie Marysia.
994— Kukulina?… A dobrodziejkoż[477] ty moja! A to my się znamy! A to waszmość panna nie kto, tylko ta mała Marychna, co to oczki stulała, sypiąc srebrne łezki litościwe wtedy, kiedy mię zła baba ledwo nie ubiła. Aj, królowoż ty moja! A tośmy się zeszli! A to nas fortunny los zetknął! Mów, rozkazuj, co czynić mam, abym ci w tym ciężkim żalu ulżyć mógł.
995Rozpacz, Sierota, BezdomnośćAle Marysia, wspomniawszy na przygodę swoją, tym mocniej płakać zaczęła.
996— Nie, nie! — mówiła płacząc. — Nic mnie nie pocieszy!
997Stał przed nią Podziomek, założywszy fajkę za plecy, i uspakajał ją najsłodszymi słowy.
998— Szkoda — mówił — modrych ocząt waćpanny na takie gorzkie płakanie.
999A Marysia:
1000— Nie jestem ja waćpanna, tylko Marysia sierotka!
1001— Tym więc skwapliwiej chcę waćpannie służyć, iżeś sierotka! Dla Boga, dość tych łez! Gdzież jest chata waćpanny?
1002— Nie mam chaty! Wypędziła mnie gospodyni, com jej gąski pasła.
1003— A to zła, niepoczciwa kobieta! — rzecze oburzony Podziomek.
1004A Marysia prędko:
1005— Nie, nie! To ja zła! To ja niepoczciwa! To przeze mnie lis gąski podusił. O gąski moje! Gąski! — zawołała z nową żałością i znów oczy rączkami zakrywszy, zaniosła się płaczem.
1006Odjął Podziomek rączki od twarzy dziewczynki i rzecze:
1007— Na nic tu płakanie. Trzeba do chaty wracać!
1008— Nie, nie! — wołała tym żałośniej Marysia. — Nie mogę, nie chcę wracać! W świat pójdę! Do boru pójdę! Pójdę, gdzie mnie oczy poniosą!
1009— Co zaś w boru czynić zamyślasz[478]? Świat też nie grzęda, by go w kółko obejść. Na nic pokuta taka!
1010Tu skubać zaczął i szarpać siwego wąsa, w ziemię patrząc, po czym rzekł:
1011— Może bym ja na to znalazł radę, żeby gospodyni za gąski zapłacić. Dużoż[479] tego było?
1012Ale Marysia zaniosła się na to wielkim płaczem, wołając:
1013— Co, co mi z tego, kiedy już nieżywe! Kiedy poduszone, pobite… O Jezu! O Jezu!
1014Widząc tedy tak srogą i nieutuloną żałość, zamyślił się Podziomek i znów wąs siwy szarpiąc, w ziemię patrzył. Wreszcie rzekł:
1015Bogini, Opieka, Sierota, Dobro, Siła— Ha, kiedy tak, to nie ma co, tylko trzeba iść do królowej Tatry. Ta jedna poradzić może!
1016Podniesie na to prędko Marysia oczęta, dwie modre gwiazdy, w których nadzieja zatliła, i spyta:
1017— A dobraż[480] ona?
1018— Nad wiek widzę roztropność w tobie — odpowie Podziomek na to — iż nie pytasz pierw[481], czy mocna, ale czy jest dobra. Cóż bowiem jest moc wszelka bez dobroci? Nic i mniej jeszcze! Więc gdy mi taką otuchę swym dobrym rozumem czynisz, to zabierajmy się w drogę, która jest daleka i trudna, a ja rad[482] waćpannę do królowej Tatry doprowadzę, bo łzy sieroty godne są pocieszenia i wszelkiej pomocy!
1019Podniosła się na te słowa Marysia i otarłszy oczy, rzecze z prostotą:
1020— To idźmy!
1021I poszli.
Strona 1 z 1 · 50% utworu
Tekst: Wolne Lektury, domena publiczna lub wolna licencja. Spis treści i audiobook.