O krasnoludkach i sierotce Marysi · Maria Konopnicka

Król Błystek opuszcza Kryształową Grotę

Król Błystek opuszcza Kryształową Grotę

I

591

Noc była ciepła, cicha, do rana jeszcze daleko, kiedy wracający z jarmarku Piotr Skrobek nagłą jasność zobaczył. Ot, po prostu, jakby się coś pod skałką paliło.

592

Wierzenia„Co takiego? — myśli Skrobek. — Ogień nie ogień? A może się skarb czyści? Wszak ci to powiadają starzy ludzie, że tu w tych skałkach z dawności zbójniki mieszkały, złoto, srebro rabowały, a w ziemię kryły. Tu jużci nie co, tylko ten święty ogienek te pieniądze z krzywdy ludzkiej czyści… Sto lat tak musi. A jak sierocki grosz, to dwieście… Dopieroż jak się ta krzywda wypali, to człeku[326] się taki skarb da wziąć. Tyle że trza też ubogim i sierotom z niego użyczyć, inaczej by zmarniał. Oj, żeby tak na mnie trafiło!…”

593

Zaciął biczem swoją szkapinę i prosto na tę jasność jechał.

594

„Zginie? Nie zginie? — myślał sobie, jadąc. — Jak czas nie przyszedł jeszcze, to i zginie”.

595

Ale jasność nie znikała; owszem, coraz wyraźniej zaczęły bić spod skałki cudne, tęczowe blaski, właśnie jak kiedy promień słońca w kroplach rosy się załamie.

596

W ubogim Skrobku serce silnie dygotać zaczęło. Chłopina biedny był jak mysz kościelna, a w domu miał dwoje jasnych chłopiąt, dwie sieroty, które matka mu zostawiła, pożegnawszy ten świat przed pół rokiem. Te dzieci, biedna chałupina, ta szkapa i wózek ten toć całe mienie jego.

597

Na furmanki się najmował[327], za groszem się po świecie uganiając, ale i tak nie zawsze chleba w chacie było dość. Oj, przydałże by się, przydał jaki talar biały![328]

598

Jedzie niebogi[329] Skrobek i modli się w duchu, a rozmyśla, jakby to zagon[330] ziemi od sąsiada kupił, kartofle na nim sadził, dziecięta swoje żywił; kiedy spojrzy nagle, a w tej jasności rusza się i uwija gromada maluśkich człeczków, ot tycich, że to ledwie z daleka przy ziemi widać: długie brody, ubiory dziwaczne, a zresztą jak ludzie.

599

— Krasnoludki! — szepnie Skrobek, któremu nagle mrowie przeszło po grzbiecie, i zaraz targnął postronkiem[331], żeby skręcić na stronę, bo takim zawsze lepiej z drogi zejść.

600

Ale już go ta ciżba[332] obskoczyła i dalej krzyczeć:

601

— Hej!… hej!… Gospodarzu! A podwieźcie no nasze manatki!

602

I nie czekając, co chłop powie, nuż się na wóz drapać!

603

Jeden lezie po rozworze[333], drugi po szprychach koła, inszy[334] się czepia półdrabka[335], tamten po dyszlu[336] się skrobie[337]. Czysta napaść!

604

Stanął chłop, patrzy, co z tego będzie, markotno[338] mu jakoś na duszy i boi się, i wstyd mu takiego drobiazgu się bać… Co tu robić teraz?

605

Ale nie było dużo czasu na rozmysły, bo ledwo jedni stanęli na wozie, wnet inni podawać im zaczęli przedziwne jakieś szkatuły i skrzynie, z których to biły owe blaski tęczowe, a jeszcze insi ciskali na wóz coś, jakby sztaby złota i srebra, tak właśnie, jakby to było zwyczajne żelastwo.

606

Brzęczało to wszystko, dzwoniło i świeciło w oczy tak, że chłop prawie od rozumu odchodził i nie bardzo już sam teraz wiedział, czy mu się to tak śni tylko, czyli[339] też naprawdę takie dziwy widzi.

607

Tu mu ogniem buchną ze skrzyni czerwone kamienie niby rubiny, kamień w kamień jak przepiórcze jajo; tu się aż modro[340] w powietrzu zrobi od niebieskich szafirów, tak przednich, że jak niebo świecą; tu nagle zielone światło obejdzie wszystkie twarze od szkatuły pełniutkiej zielonych szmaragdów; tu perły, tu pierścienie, aż oczy rwie, nie wiadomo na co pierwej[341] patrzeć.

608

Kręciły się Krasnoludki między tym bogactwem w przeróżnej barwie żywo, składnie, a tak pstro, jak kiedy tulipany zakwitną na wiosennej grzędzie.

609

KrólJuż wóz był pełen prawie, już reszta skrzynek i sepetów[342] przed skałką wyniesiona stała, kiedy wtem zajaśniało światło tak wielkie i cudne jak jutrzenna gwiazda[343]. Zasłonił ręką oczy Skrobek od nagłego blasku, a kiedy znów spojrzał, zobaczył wychodzącego z Groty króla Krasnoludków, w złotej koronie, w purpurze i ze złotym berłem, z którego świecił ogromny diament, rzucający jasność tak wielką, że zrobiło się widno jak we dnie.

610

Struchlał Skrobek, bo takiego majestatu jako żyw nie widział, a co króla, to znał tylko z szopki Heroda[344], co go chłopięta obnosiły po wsi na Gody[345].

611

Zaląkł się tedy tak, że nie wiedział sam, co robić: czy temu maluśkiemu królowi pokłon dać, czy uciekać zgoła?

612

Aż wtem król skłonił berłem dobrotliwie i rzecze:

— Witaj, dobry człowiecze!
Bóg cię weź w swoją pieczę!
Śpiesz się, nim noc uciecze!
613

I zaraz począł na wóz siadać, w czym mu pomagali dworzanie, kwapiąc się[346] około majestatu królewskiego, by mu służyć.

614

Ale z tym wsiadaniem wcale niełatwo było. Płaszcz purpurowy czepiał się półkoszka[347], berło się zahaczyło o luśnię[348], korona omal że nie spadła z królewskiej głowy, a złotem tkane czerwone pantofle poginęły w sianie.

615

Gramoliło się królisko, jak mogło, ale największą zawadą był mu w tym paź nadworny, Krężołek, który jak klocek ciężki, ledwo się obracał i to królowi na płaszcz następował, to mu ową purpurę w tył nadto ciągnął, to pantofli w sianie szukając, plackiem na króla padał i tak się wszystkim pod nogami plątał jak piąte koło u woza.

616

Świętej cierpliwości był ten król, że takiego gamonia trzymał przy swojej osobie!

617

Tymczasem Skrobek, widząc, że mu się nic złego nie dzieje, ochłonął ze strachu zupełnie i roześmiał się w kułak, patrząc na ucieszne owo widowisko jakby na jasełka[349]. O Krasnoludkach słyszał nieraz, że po dobroci najlepiej z nimi, bo jak sobie upodobają kogo, to mu najmniejszej szkody nie przyczynią, owszem, obdarzą jeszcze.

618

Wszak ci jego dziad nieboszczyk powiadał, że Krasnoludki takie, które też „Ubożęta” albo „Skrzaty” zowią, chętnie u ludzi dobrych mieszkają, gdzie za piecem albo w mysiej norze siedząc i stamtąd nocą na izbę wychodząc, a jaka w chacie robota jest, w takiej pomagają.

619

To masło za gospodynię ubiją, to chleb rozczynią[350], to na kołowrotku[351] przędą tak cudnie, że się ta przędza[352] jak srebro mieni.

620

Czasem i z izby wyjdą, do stajni zajrzą, koniom drobniutko grzywy posplatają, zgrzebłem[353] wyczyszczą, że się na nich ta siartka[354], jak woda świeci…

621

Chłop, Kobieta, PracaJest żniwo[355], to na miedzy[356] taki sobie siądzie i buja dziecko w płachcie, u gałęzi wierzbowej uwiązanej, żeby dobrze spało, a matce, zgiętej z sierpem na zagonie, w pracy nie wadziło.

622

Zakwili dziecko, to mu śliczne pieśni śpiewają, a jak potem takie chłopię urośnie, to mu się te pieśni nie wiedzieć skąd w myśli biorą, właśnie jakby mu je kto podszeptywał.

623

To się ludzie insi[357] dziwią i mówią:

624

— Co za chłopak taki! Chodzi, a śpiewa, a na fujarce gra, jakby go kto uczył!

625

A nie wiedzą, że on tylko tak przypomina sobie, co tam za małych dni swoich, u gałęzi uwieszony, od Krasnoludków zasłyszał…

626

Powiadał dziadek, że jego samego Krasnoludki tak śpiewać uczyły i zawsze im okruszyny chleba albo i twarogu na ławie zostawiał, bo z ziemi takie jeść nie chcą, jako że swój honor mają.

627

Przyszedł zaś Wielki Czwartek albo Wielki Piątek[358], a w chacie szykowali święcone[359], to każdej strawy, czy kołacza[360], czy kiełbasy, zawsze uszczknął nieco i tym maleńkim pomocnikom na brzeżku ławy kładł.

628

Mnożyło mu się też dobro wszelkie i gospodarstwo tęgo szło; konie były jak łanie, na owcach runa jak strzecha, krowy tak mleczne, że drugich takich w całej wsi nie było, co i nie dziw, bo babka nieboszczka zawsze przy dojeniu zostawiała nieco mleka w łupince orzechowej dla tych „ubożąt” swoich.

629

I tak było długo, póty, póki nie pomarli starzy, póki za nimi i ojciec Skrobka nie pomarł. Dopieroż nad sierotami opiekę stryj wziął, porządki dawne skasował, gospodarkę prowadził siak tak, o dobytek nie dbał, a ku sobie, co się dało, garnął.

630

Aż i przyszło na biedę ostatnią i na sierocką krzywdę, co to aż do nieba woła.

631

A wtedy wszyscy widzieć to mogli, jak się w biały dzień Krasnoludki z zapiecka[361] wyniosły, przez izbę, przez próg, het, w świat pomaszerowały, a z nimi reszta dobra poszła… Sierotom nie zostało nic, a stryj się ich krzywdą i tak nie zbogacił[362].

632

Tak sobie rozmyślał Skrobek, na uboczu stojąc, a Krasnoludki tymczasem resztę skrzynek i szkatuł na wóz poładowawszy, królowi swemu miejsce na wozie uczyniły godne i aksamitem drogim siedzenie mu okryły, po czym co dostojniejsi z drużyny na wóz poniżej króla siedli, a insi poczepiawszy się, jak który mógł, do drogi naglić i wołać poczęli:

Na dyszel, na rozworę
Siadł król w dobrą porę,
Na dyszlu i na rozworze
Jedź, jedź, w imię Boże!
633

— A jakże to mam jechać? — pyta rezolutnie Skrobek, który już zupełnie tego pierwszego strachu zbywszy[363], dobrej myśli począł być. — W prawo czy w lewo?

634

A oni:

Kamień w lewo, kamień w prawo,
Jedźże prosto, jedźże żwawo!…
635

Więc znowu Skrobek:

636

— I gdzież to pojedziem?

637

A znów oni:

Na pola, na gaje,
Na łąki, ruczaje,
Na ciepłe wyraje[364]!…
638

Podrapał się Skrobek w głowę i pyta:

639

— A cóż za furmankę dostanę?

640

Odpowiadają:

— Główeczkę makową,
Toli[365] dobre słowo!…
641

Na to Skrobek:

642

— Nie idzie! Nie ma zgody! Koń mój, wóz mój i co na nim moje!…

643

Ale Krasnoludki zakrzykną:

Koń twój, wóz twój,
A co na nim — nasze!
Kiep[366] ten, kto da
Dmuchać sobie w kaszę!
644

I nuż trzaskać w szable.

645

— Niechże będzie po połowie! — chłop na to.

646

A wtem król Błystek:

647

Bogactwo— Człowieku! — rzecze cichym głosem. — Żebyś ty tych skarbów nie połowę, ale tysiąc tysiąców tysiączną cząstkę miał, toby zguba twoja była! Wielkie bogactwo powala człowieka tak jak wielka niemoc. Siłę mu z ciała bierze, ducha z piersi wyciska, z dobrej drogi zbija.

648

A tuż Krasnoludki chórem:

— Hej bogacz! ladaco.
Ten brzydzi się pracą,
Choć żyje — to na co?
649

Kiedy umilkli, rzekł król Błystek dalej:

650

— Nie dała też ziemia matka ludziom wszystkich skarbów swoich, tylko nam, małym służebnikom swoim, co ich strzeżem, a nie bogacim się nimi; co pereł nie mieniamy na łzy ubogich, brylantów nie przedajem ani kupujem, złota na dukaty[367] nie bijem, tylko blaskiem owych bogactw ciesząc oczy nasze, chwalimy tę ziemię matkę i straż pilną u jej skarbów czynimy.

651

Na to chłop:

652

— Kiedyć już królisko takie łaskawe, to niechże wiem, skąd się te skarby biorą?

653

A król:

654

— Wszelkie skarby biorą się w ziemi z tego, co opuści i poniecha człowiek. Odrobiny niespożytego czasu mienią się w szafiry; odrobiny niespożytego chleba — w perły najjaśniejsze; odrobiny siły, co się nie obróciła na dobre, ni sobie, ni komu, w szczere idą złoto. Gdyby człowiek okruszyn takich nie upuszczał i nie poniechiwał[368], skarby te byłyby jego. A tak idą w ziemię i my tam ich strzeżem.

655

Otworzył na to Skrobek gębę szeroko i pyta:

656

— To wy ze ziemi? Jak te ślepe krety? Loboga!…

657

A król:

658

Ziemia, Siła— Z ziemi wszystko idzie: i małe, i wielkie siły. Każdemu ziemia tyle mocy da, ile jej w siebie wziąć może!

659

— I cóż wy tam robita[369] ? — rzecze chłop.

660

A Krasnoludki chórem:

— Liczym ziarna piasku,
Liczym krople w zdroju,
Krople rosy w trawie,
Krople potu w znoju[370]!
Liczym kwiaty w łąkach,
Liczym liście w borze,
Zapisujem pięknie
Na brzozowej korze!
661

— Tfu! — splunie na to Skrobek. — Rejment muchów[371] i z gadaniem takim! A co ja z tego rozumiem. Niechże tam już królisko każe tej swojej czeladzi[372] cicho siedzieć, bo tylko człowiekowi mąt w głowie tym śpiewaniem robią, a ja jak mam jechać, to pojadę, żebym jeno wiedział gdzie i za co?

662

Tu zebrał lejce w garść i na szkapę cmoknął, gotując się[373] przy wozie iść, gdyż na niego miejsca już nie stało[374].

663

— Jedź w spokoju, dobry człowieku — rzekł król i berłem skinie. — Nagrodzim tobie według pracy twojej, nie będzie ci krzywdy.

664

— Niechże ta! — odezwie się Skrobek. — Zdawam się[375] na królewskie słowo! Dokądże zajedziem?

665

Zaroiły się Krasnoludki od tego pytania niby pszczoły w ulu; jeden radził to, drugi owo; cichy głos starego króla ledwie się słyszeć dawał w tym rozgwarze[376], jaki między sobą czynili.

666

Nagle podniósł głos Koszałek-Opałek i tak mówił:

667

— Iż żadne królestwo bez mądrości być nie może, a mądrości bez spisywania ksiąg nie ma, przeto wnoszę, aby nas ten dobry kmieć[377] tam powiózł, gdzie najwięcej gęsi, iżbym sobie nowe pióro mógł wyszukać i nową sławę uzyskać.

668

Ale Podziomek, który się w siano tak był zapadł, że ledwo mu nos było widać, porwał się na to i rzecze:

669

— Na nic robota taka! Co mi po mądrości i po sławie, kiedy będę głodny? Pełny żołądek to grunt! Reszta torby kłaków niewarta!

670

Tu zwrócił się do króla i rzecze:

671

— Jeśli chcesz, miłościwy królu, spokój w państwie mieć, o to najpierw dbaj, żeby głodnych w nim nie było! Więc moja rada taka: jak nas ten chłop ma wieźć, niech nas wiezie tam, gdzie w kominie[378] kasza wre, a skwarki skwierczą! Inaczej nie ma zgody!

672

— Tak, tak! — krzyknęli insi. — Nie ma zgody, nie ma!

673

I robił się coraz większy huk, tak że ten cały wóz wyglądał bez mała[379] jak ratusz, kiedy się na nim mieszczany powadzą[380].

674

Co gdy trwało, skinął król stary jasnym swoim berłem i rzecze:

675

— Jak nie ma zgody, to niech będzie rozkaz!

676

I obróciwszy się do Skrobka, dodał:

677

— Wieź nas dobry człowieku, gdzie jest wola twoja.

678

Uśmiechnął się na to Skrobek chytrze i zmrużywszy lewe oko, prawym na Podziomka spojrzał.

679

„Czekajże, ty grubasie! — pomyślał — Inszych jak inszych, powiozę z tym to króliskiem tak, żeby syci byli. Ale ciebie nigdzie nie dam, tylko do Głodowej Wólki. Już ty tam ścienkniesz[381]… Nie bój się!”

680

Tu palnął z bicza i ruszyli w drogę.

Tekst: Wolne Lektury, domena publiczna lub wolna licencja. Spis treści i audiobook.