Potop, tom pierwszy · Henryk Sienkiewicz

Tom pierwszy: Rozdział II

Rozdział II

201

We dworze w Lubiczu, gdy przedeń pan Andrzej zajechał, okna gorzały i gwar dochodził aż na podwórze. Czeladź, usłyszawszy dzwonek, wypadła przed sień, by pana witać, bo wiedziano od kompanionów, że przyjedzie. Witano go zatem pokornie, całując po rękach i podejmując pod nogi. Stary włodarz Znikis stał w sieni z chlebem i solą i bił pokłony czołem; wszyscy poglądali z niepokojem i ciekawością, jak też przyszły pan wygląda. On zaś kieskę z talarami na tacę rzucił i o towarzyszów pytał, zdziwiony, że żaden naprzeciw jego gospodarskiej mości nie wyszedł.

202

PijaństwoUpadek, HańbaAle oni nie mogli wyjść, bo już ze trzy godziny byli za stołem, zabawiając się kielichami i może nawet nie zauważyli brzęczenia dzwonków za oknem. Gdy jednak wszedł do izby, ze wszystkich piersi wyrwał się gromki okrzyk: „Haeres[77]! Haeres przyjechał!” — i wszyscy kompanionowie, zerwawszy się z miejsc, poczęli iść do niego z kielichami. On zaś wziął się pod boki i śmiał się, poznawszy, jako sobie już dali rady w jego domu i zdążyli podpić, nim przyjechał. Śmiał się coraz mocniej, widząc, że przewracają zydle po drodze i słaniają się, i idą z powagą pijacką. Przed innymi szedł olbrzymi pan Jaromir Kokosiński, Pypką się pieczętujący, żołnierz i burda sławny, ze straszliwą blizną przez czoło, oko i policzek, z jednym wąsem krótszym, drugim dłuższym, porucznik i przyjaciel pana Kmicica, „godny kompanion”, skazany na utratę czci i gardła w Smoleńskiem za porwanie panny, zabójstwo i podpalenie. Jego to teraz osłaniała przed karą wojna i protekcja pana Kmicica, który był mu rówieśnikiem i fortuny ich w Orszańskiem[78], póki swojej pan Jaromir nie przehulał, leżały o miedzę. Szedł on tedy teraz trzymając w obu rękach roztruchanik[79], uszniak, dąbniakiem wypełniony. Za nim szedł pan Ranicki, herbu Suche Komnaty, rodem z województwa mścisławskiego, z którego był banitem[80] za zabójstwo dwóch szlachty posesjonatów[81]. Jednego w pojedynku usiekł, drugiego bez boju z rusznicy zastrzelił. Mienia nie posiadał, choć znaczne ziemie po ojcach odziedziczył. Wojna go także przed katem chroniła. Zawadiaka to był, w ręcznym spotkaniu niezrównany. Trzeci z kolei szedł Rekuć-Leliwa, na którym krew nie ciężyła, chyba nieprzyjacielska. Fortunę on za to w kości przegrał i przepił — od trzech lat przy panu Kmicicu się wieszał. Z nim szedł czwarty, pan Uhlik, także Smoleńszczanin, za rozpędzenie trybunału bezecnym ogłoszony i na gardło skazany. Pan Kmicic go ochraniał, gdyż na czekaniku[82] pięknie grywał. Był prócz nich i pan Kulwiec-Hippocentaurus, wzrostem Kokosińskiemu równy, siłą jeszcze go przewyższający — i Zend, kawalkator[83], który zwierza i wszelkie ptactwo udawać umiał, człowiek niepewnego pochodzenia, choć się szlachcicem kurlandzkim powiadał; będąc bez fortuny, konie Kmicicowe ujeżdżał, za co lafę[84] pobierał.

203

ŚpiewCi tedy otoczyli śmiejącego się pana Andrzeja; Kokosiński podniósł uszniak do góry i zaintonował:

Wypijże z nami, gospodarzu miły!
gospodarzu miły!
Byś pić mógł z nami aże do mogiły,
aże do mogiły!
204

Inni powtórzyli chórem, po czym pan Kokosiński wręczył Kmicicowi uszniak, a jemu samemu podał zaraz inny pucharek pan Zend.

205

Kmicic podniósł w górę roztruchan i zakrzyknął:

206

— Zdrowie mojej dziewczyny!

207

Vivat! Vivat! — krzyknęły wszystkie głosy, aż szyby poczęły drżeć w ołowianych oprawach.

208

Vivat! Przejdzie żałoba, będzie weselisko!

209

Pytania poczęły się sypać:

210

— A jakoż wygląda? Hej! Jędruś! Bardzo gładka? Czy taka jak sobie imaginowałeś? Jestli[85] druga taka w Orszańskiem?

211

— W Orszańskiem? — zawołał Kmicic. — Kominy przy niej naszymi orszańskimi pannami zatykać!… Do stu piorunów! Nie masz takiej drugiej na świecie!

212

— Tegośmy dla cię chcieli! — odpowiedział pan Ranicki. — Ano, kiedy wesele?

213

— Jak się żałoba skończy.

214

— Furda[86] żałoba! Dzieci się czarne nie rodzą, jeno białe!

215

— Jak będzie wesele, to nie będzie żałoby. Ostro, Jędrusiu!

216

— Ostro, Jędrusiu! — poczęli wołać wszyscy razem.

217

— Już tam chorążętom orszańskim tęskno z nieba na ziemię! — krzyknął Kokosiński.

218

— Nie daj czekać niebożętom!

219

— Mości panowie! — rzekł cienkim głosem Rekuć-Leliwa — popijem się na weselu jak nieboskie stworzenia!

220

— Moi mili barankowie — odpowiedział Kmicic — pofolgujcie mi albo lepiej mówiąc: idźcie do stu diabłów, niechże się po moim domu obejrzę!

221

— Na nic to! — odparł Uhlik. — Jutro oględziny, a teraz pospołu do stołu; jeszcze tam parę gąsiorków z pełnymi brzuchami stoi.

222

— My tu już za ciebie oględziny odprawili. Złote jabłko ten Lubicz! — rzekł Ranicki.

223

Koń— Stajnia dobra! — wykrzyknął Zend. — Jest dwa bachmaty[87], dwa husarskie[88] przednie, para żmudzinów[89] i para kałmuków[90], i wszystkiego po parze jak oczu w głowie. Stadninę jutro obejrzym.

224

Tu Zend zarżał jak koń, a oni się dziwili, że tak doskonale udaje, i śmieli się.

225

— Takież tu porządki? — spytał uradowany Kmicic.

226

— I piwniczka jako się patrzy — zapiszczał Rekuć — ankary smoliste i gąsiory spleśniałe jakoby chorągwie w ordynku stoją.

227

— To chwała Bogu! Siadajmy do stołu!

228

— Do stołu! Do stołu!

229

Ale zaledwie siedli i ponalewali kielichy, gdy Ranicki znów zerwał się.

230

— Zdrowie podkomorzego Billewicza!

231

— Głupi! — odparł Kmicic. — Jakże to? Nieboszczyka zdrowie pijesz?

232

— Głupi! — powtórzyli inni. — Zdrowie gospodarskie!

233

— Wasze zdrowie!…

234

— By nam się w tych komnatach dobrze działo!

235

PortretKmicic rzucił mimo woli okiem po izbie jadalnej i ujrzał na poczerniałej ze starości modrzewiowej ścianie rząd oczu surowych w siebie utkwionych. Oczy te patrzyły ze starych portretów billewiczowskich wiszących nisko, na dwa łokcie od ziemi, bo i ściana była niska. PolowanieNad obrazami długim, jednostajnym szeregiem wisiały czaszki żubrze, jelenie, łosie, w koronach z rogów, niektóre już sczerniałe, widocznie bardzo stare, inne połyskujące białością. Wszystkie cztery ściany były nimi ubrane.

236

— Łowy tu muszą być przednie, bo widzę i zwierza dostatek! — rzekł Kmicic.

237

— Jutro zaraz pojedziem albo pojutrze. Trzeba i okolicę poznać — odparł Kokosiński. — Szczęśliwyś ty, Jędrusiu, że masz gdzie głowę przytulić!

238

— Nie tak jak my! — jęknął Ranicki.

239

— Wypijmy na pocieszenie! — rzekł Rekuć.

240

Przyjaźń— Nie! Nie na pocieszenie! — odpowiedział Kulwiec-Hippocentaurus — ale jeszcze raz za zdrowie Jędrusia, naszego rotmistrza kochanego! On to, moi mości panowie, przytulił nas tu w swoim Lubiczu, nas, biednych exulów[91], bez dachu nad głową.

241

— Słusznie mówi! — zawołało kilka głosów. — Nie taki głupi Kulwiec, jak się wydaje.

242

— Ciężka nasza dola! — piszczał Rekuć. — W tobie cała nadzieja, że nas za wrota, sierot biednych, nie wygonisz.

243

— Dajcie spokój! — mówił Kmicic — co moje, to i wasze!

244

Na to powstali wszyscy ze swych miejsc i poczęli go w ramiona brać. Łzy rozczulenia płynęły po tych twarzach srogich i pijackich.

245

— W tobie cała nadzieja, Jędrusiu! — wołał Kokosiński — choć na grochowinach pozwól się przespać, nie wyganiaj!

246

— Dajcie spokój! — powtarzał Kmicic.

247

— Nie wyganiaj! I tak nas wygnali, nas, szlachtę i familiantów! — wołał żałośnie Uhlik.

248

— Do stu kaduków! Któż was wygania? Jedzcie, pijcie, śpijcie, czego, u diabła, chcecie?

249

— Nie przecz, Jędrusiu — mówił Ranicki, na którego twarz wystąpiły cętki jak na skórze rysia — nie przecz, Jędrusiu, przepadliśmy z kretesem…

250

Tu się zaciął, przyłożył palec do czoła, jakby głowę wysilał i nagle rzekł, spojrzawszy baranimi oczyma na obecnych:

251

— Chyba, że się fortuna odmieni!

252

A wszyscy zawrzaśli zaraz chórem:

253

— Co się nie ma odmienić!

254

— Jeszcze za swoje zapłacimy.

255

— I do fortun dojdziem.

256

— I do godności!

257

— Bóg niewinnym błogosławi. Dobra nasza, mości panowie!

258

— Zdrowie wasze! — zawołał Kmicic.

259

— Święte twoje słowa, Jędrusiu! — odparł Kokosiński, nadstawiając mu swe pucołowate policzki. — Bogdaj nam się lepiej działo!

260

Zdrowia zaczęły krążyć, czupryny dymić. Gadali wszyscy jeden przez drugiego, a każdy siebie tylko słuchał z wyjątkiem pana Rekucia, bo ten głowę spuścił na piersi i drzemał. Po chwili Kokosiński jął śpiewać: „Len mędliła na mędlicy!” — co widząc pan Uhlik dobył z zanadrza czekanika i nuż wtórować, a pan Ranicki, wielki fechmistrz, fechtował się gołą ręką z niewidzialnym przeciwnikiem, powtarzając półgłosem:

261

— Ty tak, ja tak! Ty tniesz, ja mach! Raz! Dwa! Trzy! — Szach!

262

Olbrzymi Kulwiec-Hippocentaurus wytrzeszczał oczy i przypatrywał się pilnie czas jakiś Ranickiemu, na koniec kiwnął ręką i rzekł:

263

— Kiep[92] z ciebie! Machaj zdrów, a tak i Kmicicowi na szable nie dotrzymasz.

264

— Bo jemu nikt nie dotrzyma; ale ty się spróbuj!

265

— I ze mną na pistolety nie wygrasz.

266

— O dukat strzał!

267

— O dukat! A gdzie i do czego?

268

Ranicki powlókł wzrokiem naokoło, na koniec wykrzyknął, ukazując na czaszki:

269

— Między rogi! O dukat!

270

— O co? — spytał Kmicic.

271

— Między rogi! O dwa dukaty! O trzy! Dawajcie pistolety!

272

— Zgoda! — krzyknął pan Andrzej. — Niech idzie o trzy. Zend! Po pistolety!

273

Poczęli krzyczeć wszyscy coraz głośniej i targować się ze sobą; tymczasem Zend wyszedł do sieni i po małej chwili wrócił z pistoletami, workiem kul i rogiem z prochem.

274

Ranicki chwycił za pistolet.

275

— Nabity? — spytał.

276

— Nabity!

277

— O trzy! Cztery! Pięć dukatów! — wrzeszczał pijany Kmicic.

278

— Cicho! Chybisz, chybisz!

279

— Utrafię, patrzcie!… At! Do tej czaszki, między rogi… raz, dwa!…

280

Wszyscy zwrócili uwagę na potężną czaszkę łosią wiszącą wprost Ranickiego; on zaś wyciągnął rękę. Pistolet chwiał mu się w dłoni.

281

— Trzy! — wykrzyknął Kmicic.

282

Strzał huknął, izba napełniła się dymem prochowym.

283

— Chybił, chybił! Ot, gdzie dziura! — wołał Kmicic, ukazując ręką na ciemną ścianę, z której kula odłupała wiór jaśniejszy.

284

— Do dwóch razy sztuka!

285

— Nie!… Dawaj mnie! — wołał Kulwiec.

286

W tej chwili wpadła na odgłos strzału przerażona czeladź.

287

— Precz! Precz! — krzyknął Kmicic. — Raz! Dwa! Trzy!…

288

Znów huknął strzał, tym razem drzazgi posypały się z kości.

289

— A dajcie i nam pistolety! — zakrzyknęli wszyscy naraz.

290

I zerwawszy się, poczęli grzmocić pięściami po karkach pachołków, chcąc ich do pośpiechu zachęcić. Nim upłynął kwadrans, cała izba grzmiała wystrzałami. Dym przesłonił światło świec i postacie strzelających. Hukom wystrzałów towarzyszył głos Zenda, który krakał jak kruk, kwilił jak sokół, wył jak wilk, ryczał jak tur. Co chwila przerywał mu świst kul; drzazgi leciały z czaszek, wióry ze ścian i z ram portretów; w zamieszaniu postrzelano i Billewiczów, a Ranicki, wpadłszy w furię, siekł ich szablą.

291

Zdumiona i wylękła czeladź stała jakby w obłąkaniu, poglądając wytrzeszczonymi oczyma na tę zabawę, która do napadu tatarskiego była podobna. Psy poczęły wyć i szczekać. Cały dom zerwał się na nogi. Na podwórzu zebrały się kupki ludzi. Dziewki dworskie biegły pod okna i przykładając twarze do szyb, płaszcząc nosy, spoglądały, co się dzieje we środku.

292

Dojrzał je na koniec pan Zend; świstnął tak przeraźliwie, że aż w uszach wszystkim zadzwoniło, i krzyknął:

293

— Mości panowie! Sikorki pod oknami! Sikorki!

294

— Sikorki! Sikorki!

295

— Dalej w pląsy! — wrzeszczały niesforne głosy.

296

Pijaństwo, Przemoc, ZabawaPijana czereda skoczyła przez sień na ganek. Mróz nie otrzeźwił głów dymiących. Dziewczęta, krzycząc wniebogłosy, rozbiegły się po całym podwórzu; oni zaś gonili je i każdą schwytaną odprowadzali do izby. Po chwili poczęły się pląsy wśród dymu, złamków kości, wiórów, wokół stołu, na którym porozlewane wino utworzyło całe jeziora.

297

Tak to bawili się w Lubiczu pan Kmicic i jego dzika kompania.

Tekst: Wolne Lektury, domena publiczna lub wolna licencja. Spis treści i audiobook.