Dzień na Harmenzach · Tadeusz Borowski
V – VII
V
193JedzenieW pustym inkubatorze pipel rozstawia naczynia, wyciera stołki i nakrywa stół do obiadu. Pisarz komanda, grecki lingwista, kurczy się w kącie, żeby wydać się jak najmniejszym i najbardziej niepozornym. Przez wywalone drzwi widać jego twarz koloru gotowanego raka, o oczach wodnistych jak żabi skrzek. Na dworze, na placyku otoczonym naokoło wysokim wałem ziemi, posadzono więźniów. Siedli tak, jak stali, po pięciu, szeregami i w grupach. Siedzą ze skrzyżowanymi nogami, wyprostowani, ręce opuszczone są do bioder. Podczas wydawania obiadu nie wolno im się ruszyć. Później będą mogli przegiąć się w tył i położyć się na kolanach towarzysza, ale biada, jeśli złamią szyk szeregów. Z boku, w cieniu nasypu, niedbale siedzą esesmani, maszynowe pistolety położywszy nonszalancko na kolanach, wyciągają z toreb i chlebaków chleb, smarują uważnie margaryną, jedzą powoli i odświętnie. Do jednego przysiadł się Rubin, Żyd z Kanady, i cicho z nimi rozmawia. Załatwia interes — dla siebie i dla kapy. Sam kapo, olbrzymi i czerwony, stoi przy kotle.
194Biegamy z miskami w ręku niczym najwytrawniejsi kelnerzy. W całkowitym milczeniu podajemy zupę, w całkowitym milczeniu wyrywamy przemocą menażki z rąk, które chcą coś z pustego dna jeszcze wygrzebać, jeszcze przedłużyć chwilę jedzenia, jeszcze raz oblizać miskę, ukradkiem przeciągnąć palcem po dnie. Kapo odskoczył od kotła, wpadł w szeregi: dojrzał. Kopniakiem w twarz obala liżącego miskę, kopie raz i drugi w podbrzusze i odchodzi, depcząc po kolanach i rękach, ale ostrożnie, omijając jedzących.
195Jedzenie, Kondycja ludzkaWszystkie oczy patrzą z wysiłkiem w twarz kapy. Jeszcze dwa kotły: dolewka. Co dzień kapo rozkoszuje się tą chwilą. Za dziesięć lat obozu należy mu się ta pełnia władzy nad ludźmi. Końcem chochli wskazuje, kto zasłużył na dolewkę: nie pomyli się nigdy. Dolewkę dostaje lepiej pracujący, silniejszy, zdrowszy. Chory, osłabiony, wyschły człowiek nie ma prawa do drugiej miski wody z pokrzywą. Nie wolno marnować pokarmu dla ludzi, którzy niedługo pójdą do komina.
196Vorarbeiterom[52] należą się z urzędu dwie pełne miski zupy z kartoflami i mięsem, wygrzebanej z dna kotła. Z miską w ręku oglądam się, niezdecydowany, czuję na sobie czyjś uporczywy wzrok. W pierwszym rzędzie siedzi Beker, wyłupiaste oczy utkwił pożądliwie w zupie.
197— Masz, zjedz, może to ci nareszcie zaszkodzi.
198W milczeniu chwyta miskę z rąk i zaczyna łapczywie jeść.
199— A miskę postaw koło siebie, żeby pipel pozbierał, bo dostaniesz od kapy w mordę.
200Drugą miskę oddaję Andrzejowi. Przyniesie mi za to jabłek. Pracuje w sadzie.
201— Rubin, co post mówił? — pytam półgłosem, mijając go, aby pójść do cienia.
202— Post mówi, że Kijów zajęli — odpowiada cicho.
203Zatrzymuję się zdziwiony. Kiwa mi niecierpliwie ręką. Odchodzę w cień, podkładam pod siebie marynarkę, aby nie pobrudzić jedwabnej koszulki, układam się wygodnie do snu. Odpoczywamy, jak kogo na to stać.
204Kapo poszedł do inkubatora i po zjedzeniu dwóch misek zupy zasnął. Wtedy pipel wyciągnął z kieszeni kawał gotowanego mięsa, pokroił go na chlebie i począł jeść ostentacyjnie na oczach głodnego tłumu, zagryzając mięso cebulą jak jabłkiem. Ludzie porozkładali się w ciasnych szeregach jeden za drugim i, zakrywszy głowę marynarkami, zapadli w ciężki, niespokojny sen. My leżymy w cieniu. Naprzeciw rozłożyło się komando dziewcząt w białych chusteczkach. Z daleka pokrzykują coś do nas i na migi układają całe historie. Ten i ów kiwa porozumiewawczo. Kobieta, Okrucieństwo, KaraJedna z dziewcząt klęczy całkiem z boku, a w wyprostowanych nad głową rękach trzyma belkę, wielką i ciężką. Co chwila esesman, pilnujący komanda, popuszcza smyczę psa. Pies rwie się do jej twarzy, ujadając wściekle.
205— Złodziejka? — domyślam się leniwie.
206— Nie. Złapali ją w kukurydzy z Petrem. Petro uciekł — odrzekł Andrzej.
207— Wytrzyma pięć minut?
208— Wytrzyma. To twarda dziewka.
209Nie wytrzymała. Ugięła ręce, rzuciła belkę i upadła na ziemię, głośno zanosząc się płaczem. Andrzej odwrócił się i spojrzał na mnie.
210— Nie masz, Tadek, papierosa? Szkoda, ot życie!
211Po czym owinął głowę w marynarkę, wyciągnął się wygodniej i zasnął. Układałem się i ja do snu, gdy szarpnął mnie pipel:
212— Kapo cię woła. Uważaj, bo zły.
213Kapo obudził się, ma czerwone oczy. Przeciera je i patrzy nieruchomo w przestrzeń.
214— Ty — dotknął mi grożąco palcem piersi — dlaczego oddałeś zupę?
215— Mam co innego jeść.
216— Co on ci dał za to?
217— Nic.
218Kiwa głową niedowierzająco. Porusza ogromnymi żuchwami jak krowa, żująca pokarm.
219— Jutro w ogóle zupy nie dostaniesz. Dostaną ci, co nic innego nie mają do jedzenia. Rozumiesz?
220— Dobrze, kapo.
221— Dlaczego nie zrobiłeś czterech trag[53], jak ci kazałem? Zapomniałeś?
222— Nie miałem czasu. Kapo widział, co robiłem przed południem.
223— Zrobisz je po południu. I uważaj, żebyś sam na nich nie leżał. Ja ci to mogę zrobić.
224— Czy mogę już odejść?
225Dopiero teraz spojrzał na mnie. Utkwił we mnie martwy, pusty wzrok człowieka wyrwanego z głębokiego zamyślenia.
226— Czego ty tu chcesz? — zapytał.
VI
227Spod kasztanów doszedł mnie zdławiony krzyk człowieka. Zbieram klucze i zakrętki, układam tragi jedną na drugiej, rzucam Jankowi:
228— Janek, weź skrzynkę, bo się mamusia będzie gniewała — i podchodzę w stronę drogi.
229ZłodziejNa ziemi leżał Beker, charczał i pluł krwią, a Iwan kopał go, gdzie popadło: w mordę, w brzuch, w podbrzusze…
230— Patrz, co ten hadiuka[54] zrobił! Cały obiad ci wyżarł! Złodziej przeklęty!
231Na ziemi leży menażka pani Haneczki z resztą kaszy. Beker jest cały umazany w kaszy.
232— Wsadziłem mu ryło do menażki — rzekł, ciężko dysząc, Iwan. — Dokończ go, bo muszę iść.
233— Umyj menażkę — rzekłem do Bekera — i postaw pod drzewem. Uważaj, żeby cię kapo nie złapał. Właśnie zrobiłem czworo noszy. Wiesz, co to znaczy?
234Na drodze Andrzej ćwiczy dwóch Żydów. Nie umieli maszerować, kapo połamał im na łbach dwa kije i zapowiedział, że się muszą nauczyć. Andrzej przywiązał im po kiju do nogi i tłumaczy, jak może: „czortowe wy dieti, taj dywyś, ce lewa, a ce prawa, links, links”[55]. Grecy otwierają szeroko oczy i maszerują w koło, ze strachu szurając nogami po ziemi. Ogromny tuman kurzu wzbija się wysoko w górę. Koło rowu, gdzie stoi post, ten od butów, pracują nasi chłopcy, „planują” ziemię, delikatnie ubijając ją i głaszcząc łopatami, jakby była ciastem. Wrzeszczą, gdy idą na przełaj, zostawiając głębokie ślady.
235Polityka, Strach, Wojna— Tadek, co słychać?
236— A nic, Kijów zajęli.
237— A czy to prawda?
238— Śmieszne pytanie!
239Tak drąc się na cały głos, omijam ich z boku i idę wzdłuż rowu. Nagle słyszę za sobą wołanie:
240— Halt, halt, du Warschauer![56] — I za chwilę niespodziewanie po polsku: — Stój, stój!
241Po drugiej stronie rowu dobiega do mnie pędem „mój post”, karabin pochylił jak do szturmu. Jest bardzo podniecony. — Stój, stój!
242Stoję. Post przedziera się przez krzaki jeżyn, repetuje karabin.
243— Coś ty teraz mówił? O Kijowie? Wy tu plotki polityczne rozpuszczacie! Wy tu tajną organizację macie! Numer, numer, podaj swój numer!
244Dygocąc ze złości i wzburzenia, wyciąga świstek papieru, długo szuka ołówka. Uczułem, jak ze mnie coś odpływa, ale trochę ochłonąłem.
245— Przepraszam, pan post nie zrozumiał. Pan post słabo po polsku rozumie. Ja mówiłem o kijach, które Andrzej przywiązał Żydom na drodze. I że to jest bardzo śmieszne. — „Tak, tak, panie post, właśnie to on mówił” — potwierdza zgodny chór.
246Post zamierzył się karabinem, jak by chciał mnie sięgnąć kolbą przez rów.
247— Ty jesteś ale zwariowany! Ja jeszcze dzisiaj zamelduję na polityczny! Numer, numer!
248— Sto dziewiętnaście, sto dzie…
249— Pokaż na ręce.
250— Patrz.
251Wyciągam ramię z wytatuowanym numerem i jestem pewien, że z daleka nie widzi.
252— Chodź bliżej.
253— Nie wolno mi. Może post robić meldunek, ale ja nie jestem „biały Wańka”.
254„Biały Wańka” parę dni temu wlazł na brzozę, rosnącą na linii postów, żeby naciąć gałęzi na miotły. Za miotły można dostać w obozie chleb lub zupę. Post złożył się i strzelił, kula przeszła na ukos przez pierś i wyszła tyłem przez kark. Przynieśliśmy chłopca do obozu. Odchodzę zły, ale tuż za węgłem dogania mnie Rubin.
255— Tadek, cóżeś ty zrobił? I co to będzie?
256— A co ma być?
257— Przecież ty wszystko powiesz, że to ja… Oj, coś ty najlepszego zrobił. Jak można tak głośno krzyczeć? Ty mnie zniszczyć chcesz.
258— Czego ty się boisz? U nas nie sypią.
259Interes, Strach— Ja wiem i ty wiesz, ale sicher ist sicher[57]. Pewne jest pewne. Ty, a może dasz te buty dla posta? On się na pewno zgodzi. Nu, ja spróbuję z nim pogadać. Niech mnie to kosztuje. Ja z nim handlowałem.
260— A to świetnie, powie się i o tym.
261— Tadek, ja czarno widzę przed nami. Ty daj buty, a ja z nim obgadam. To morowy chłop.
262— Tylko za długo żyje. Butów nie dam, bo mi szkoda. Ale mam zegarek. Nie chodzi i ma pęknięte szkło, ale od czego ty jesteś. Zresztą, daj swój, nic cię nie kosztował.
263— Oj, Tadek, Tadek…
264Rubin chowa zegarek, słyszę z daleka:
265— Kolejarz!
266Biegnę na przełaj przez pole. Oczy kapy nabrały złowieszczego wyrazu, a w kącikach ust pojawiła się piana. Ręce, olbrzymie goryle ręce, kołyszą się miarowo, a palce nerwowo się kurczą:
267— Coś handlował z Rubinem?
268— Kapo przecież widział. Kapo wszystko widzi. Dałem mu zegarek.
269— Coo? — Ręce powoli poczęły się podnosić ku mojemu gardłu.
270Skamieniałem ze strachu. Bez najmniejszego ruchu (to dzikie zwierzę — przemknęło mi przez myśl), nie spuszczając z niego oczu, wypaliłem jednym tchem:
271— Dałem zegarek, bo post chce mi robić meldung[58] na polityczny za to, że prowadzę tajną robotę.
272Ręce kapo rozprężyły się z wolna i opadły wzdłuż boków. Szczęka zwisła lekko jak u psa, któremu jest zbyt gorąco. Słuchając opowiadania, niezdecydowanie macha trzonkiem od łopaty.
273— Idź do roboty — zdaje się, że ciebie dziś poniosą do obozu.
274W tej chwili czyni błyskawiczny ruch, podrywa się na baczność i ściąga czapkę z głowy. Odskakuję, uderzony z tyłu rowerem. Zrywam czapkę. Unterscharführer, gospodarz z Harmenze, zeskakuje z roweru, czerwony ze zdenerwowania:
275— Co się tu dzieje na tym zwariowanym komandzie? Dlaczego ci ludzie chodzą tam z poprzywiązywanymi kijami? To jest czas pracy!
276— Oni nie umieją chodzić.
277— Jak nie umieją, to ich zabić. A wie pan, że znowu zginęła gęś?
278— Czego stoisz jak głupi pies? — wrzasnął kapo na mnie. — Andrej ma zrobić z nimi porządek. Los![59]
279Poleciałem ścieżką.
280Okrucieństwo, Śmierć— Andrej, konczaj[60] ich! Kapo kazał!
281Andrzej chwycił kij i uderzył na odlew. Grek zasłonił się ręką, zaskowyczał i upadł. Andrzej położył mu kij na gardle, stanął na kiju i zakołysał się.
282Odszedłem prędko w swoją stronę.
283Z daleka widzę, jak kapo z esesmanem idą do mego posta i długo z nim gadają. Kapo gestykuluje gwałtownie trzonkiem łopaty. Czapkę ma nasadzoną na łbie. Gdy odeszli, podszedł do posta Rubin. Post wstał z ławki, zbliżył się nad rów, wreszcie wszedł na groblę. Po chwili Rubin kiwa na mnie.
284— Podziękuj panu postowi, że ci nie zrobi meldunku.
285Rubin nie ma zegarka na ręku.
286Strach, Kondycja ludzkaDziękuję i odchodzę w stronę warsztatu. Stary Grek, ten od Iwana, zatrzymuje mnie po drodze.
287— Camerade[61], camerade, ten esesman to z obozu, prawda?
288— Albo co?
289— To dziś już naprawdę będzie wybiórka?
290I w dziwnej egzaltacji siwy, wysuszony Grek, kupiec z Salonik, odrzuca łopatę i podnosi ręce do góry:
291— Nous sommes les hommes misérables. O Dieu, Dieu![62]
292Blade, niebieskie oczy patrzą w niebo, które jest tak samo niebieskie i blade.
VII
293Podnosimy wagonik. Naładowany do pełna piaskiem, wykoleił się na samej „scheibie”[63]. Cztery pary wychudłych ramion pchają wóz raz do przodu, raz do tyłu, huśtają. Rozkołysali, podnieśli przednią parę kół, wstawili na szyny. Podkładamy kołek, lora[64] już, już włazi na szyny, nagle puszczamy ją i wyprostowujemy się.
294— Zbiórka! — drę się i gwiżdżę z daleka.
295Lora bezwładnie opada i kołami zarywa się w ziemię. Ktoś odrzuca niepotrzebny drąg, wysypujemy piasek z lory wprost na „scheibę”. I tak się jutro sprzątnie.
296StrachIdziemy na „antreten”[65]. Dopiero po chwili orientujemy się, że przecież za wcześnie. Słońce stoi jeszcze wysoko. Do czuba drzewa, o które opiera się nosem w porze zbiórki, jest jeszcze kawał drogi. Najwyżej trzecia. Twarze ludzkie są niespokojne i pytające. Stajemy w piątkach, równamy, dociągamy torby i pasy.
297Pisarz liczy nas nieustannie.
298Od strony dworu idą esesmani i te nasze posty. Obstawiają nas wokoło. Stoimy. Na końcu komanda nosze z dwoma trupami.
299Na drodze uczynił się większy ruch niż zwykle. Ludzie z Harmenz chodzą tu i tam, zaniepokojeni naszym wczesnym odejściem. Ale dla starych „lagrowców”[66] rzecz jest jasna: w lagrze będzie naprawdę wybiórka.
300Parę razy mignęła jasna chusteczka pani Haneczki.
301Kobieta zwraca ku nam pytające oczy. Stawia koszyk na ziemi i opiera się o stodołę, patrzy. Idę za jej wzrokiem. Patrzy niespokojnie na Iwana.
302Zaraz za esesmanami nadszedł kapo i cherlak Kommandoführer.
303— Rozstąpić się i podnieść ręce do góry — rzekł kapo.
304Wtedy wszyscy zrozumieli: rewizja. Rozpinamy kurtki, otwieramy torby. Esesman jest wprawny i szybki. Przejeżdża rękoma po ciele, sięga do torby. Obok reszty chleba, paru cebul i jakiejś zestarzałej słoniny — jabłka, niewątpliwie z sadu.
305— Skąd to masz?
306Podnoszę głowę: „mój” post.
307— Z paczki, panie post.
308Przez chwilę patrzy mi ironicznie w oczy.
309— Te same jabłka jadłem dzisiaj po obiedzie.
310Wypaproszają z kieszeni kawały słoneczników, kaczany kukurydzy, ziele, szczaw, jabłka, raz po raz podrywa się krótki ludzki wrzask: biją.
311Nagle Unterscharführer wszedł w sam środek szeregu i wyciągnął na bok starego Greka z dużą, wypchaną torbą.
312— Otwórz — rzekł krótko.
313Trzęsącymi się rękoma Grek otworzył torbę. Unterscharführer zajrzał do środka i zawołał kapa:
314— Patrz, kapo, nasza gęś.
315I wyciągnął z torby gęś o olbrzymich, rozłożystych skrzydłach.
316Pipel, który też podbiegł do worka, krzyknął tryumfująco do kapy:
317— Jest, jest, a nie mówiłem!
318Kapo zamachnął się kijem.
319— Nie bij — rzekł, wstrzymując mu rękę, esesman.
320Wyciągnął z pochwy rewolwer i zwrócił się wprost do Greka, wymownie gestykulując bronią.
321— Skąd to masz? Jak nie odpowiesz, to cię zastrzelę. — Grek milczał. Esesman podniósł pistolet. Spojrzałem na Iwana. Był zupełnie blady. Spojrzenia nasze spotkały się. Zacisnął usta i wystąpił z szeregu. Podszedł do esesmana, zdjął czapkę i rzekł:
322— To ja mu dałem.
323Wszystkie spojrzenia zawisły na Iwanie. Unterscharführer wolno podniósł pejcz i ciął go po twarzy raz, drugi, trzeci. Potem zaczął bić po głowie. Pejcz świszczał, twarz więźnia pokryła się krwawymi pręgami, ale Iwan nie padał. Stał z czapką w ręce, wyprostowany, z rękoma wzdłuż bioder. Nie uchylał głowy, chwiał się tylko całym ciałem.
324Unterscharführer opuścił rękę.
325— Zapisać mu numer i złożyć meldunek. Komando — odmarsz.
326Odchodzimy równym, wojskowym krokiem. Zostaje za nami kupa słoneczników, kępy ziela, szmaty i torby, pogniecione jabłka, a za tym wszystkim leży wielka gęś o czerwonym łbie i rozłożystych białych skrzydłach. Na końcu komanda idzie Iwan, niepodtrzymywany przez nikogo. Za nim na noszach niosą dwa trupy, przykryte gałęziami.
327Gdy przechodziliśmy koło pani Haneczki, zwróciłem głowę w jej stronę. Stała blada i wyprostowana, z rękoma przyciśniętymi do piersi. Wargi jej drżały nerwowo. Podniosła wzrok i spojrzała na mnie. Wtedy zobaczyłem, że jej duże czarne oczy pełne były łez.
328Po apelu wpędzili nas na blok. Leżymy na pryczy, wyglądamy przez szpary i czekamy na koniec wybiórki.
329— Czuję się, jak bym zawinił w tej całej wybiórce. Ten dziwny fatalizm słów. W tym przeklętym Oświęcimiu[67] nawet złe słowo ma moc stawania się.
330— Nie przejmuj się — odrzekł Kazik — daj lepiej coś do tego pasztetu.
331— Pomidorów nie masz?
332— Nie co dzień świętego Jana.
333Odsunąłem przygotowane kanapki.
334— Nie mogę jeść.
335Na dworze kończą wybiórkę. Lekarz-esesman, zabrawszy liczbę i numery zapisanych, odchodzi do następnego bloku. Kazik zabiera się do odejścia.
336— Idę kupić papierosów. Ale wiesz, Tadek, jesteś frajer, bo jakby mi kto kaszę wyjadł, to bym go zbił na marmoladę.
337W tej chwili na krawędzi buksy[68] wylazła z dołu jakaś siwa, ogromna czaszka i spojrzały na nas zażenowane, mrugające oczy. Potem ukazała się twarz Bekera, zmięta i jeszcze bardziej postarzała.
338— Tadek, ja mam do ciebie prośbę.
339— Gadaj — rzekłem, przechylając się ku niemu.
340— Tadek, idę do komina.
341Pochyliłem się jeszcze niżej i zajrzałem mu z bliska w oczy: były spokojne i puste.
342— Tadek, ale ja byłem tyle czasu taki głodny. Daj mi coś zjeść. Na ten ostatni wieczór.
343Kazik uderzył mnie dłonią po kolanie.
344— Znasz tego Żyda?
345— To Beker — odrzekłem cicho.
346— Te, Żyd, właź tu na buksę i zażeraj. Jak się nażresz, to resztę zabierz ze sobą do komina. Właź na buksę. Ja tu nie śpię, to możesz mieć wszy.
347— Tadek — chwycił mnie za ramię — chodź. Mam na bloku świetną szarlotkę, wprost od mamy.
348Złażąc z buksy, trącił mnie ramieniem.
349— Patrz — rzekł szeptem.
350Spojrzałem na Bekera. Miał przymknięte powieki i jak ślepiec próżno szukał dłonią deski, żeby wleźć na górę.
Strona 1 z 1 · 100% utworu
Tekst: Wolne Lektury, domena publiczna lub wolna licencja. Spis treści i audiobook.