- Literum
- Lektury szkolne
- Matura podstawowa
- Boska komedia, Piekło
- Pieśń XXXI – Pieśń XXXIV
Boska komedia, Piekło · Dante Alighieri
Pieśń XXXI – Pieśń XXXIV
Pieśń XXXI
4234(Do kręgu IX. Studnia. Olbrzymi. Anteus osadza poetów na dnie piekła.)
4235
Język, co wprzódy zranił mnie do tyla,
Żem spłonął wstydem, wnet balsam żądany
Podał i leczył jak włócznia Achilla,
Co i raniła, i leczyła rany[468].
DźwiękI milcząc szliśmy od tej smutnej jamy,
4240
Brzegiem krążącej wokoło niej tamy[469];
Tam nie noc, zmrok był pół nocny, pół dzienny,
Widziałem tylko szary grunt kamienny,
Lecz echo za mną dźwiękiem rogu grało,
Dźwiękiem, co mógłby zagłuszyć trzask grzmotu.
4245
W stronę, skąd dźwięk ten pobrzmiewał za skałą,
Oczy z uwagą obróciłem całą.
Nie tak straszliwie Roland do odwrotu
Dął w róg wojenny, gdy z chrześcijan żalem
Karloman przegrał bój pod Ronsewalem[470]
4250
Podniosłem głowę; nad poziom opoki,
Zda się z jej gruntu, tłum wieżyc wyrasta,
Dlatego rzekłem: «Widzę mur wysoki,
Mistrzu, jakiego to widok jest miasta?»
A mistrz: «Tyś w błędzie, bo patrzysz z daleka,
4255
Gdy przyjdziesz bliżej, uzna twa powieka,
Jak oddalenie fałszuje zmysł wzroku,
Więc trochę więcej przyspiesz twego kroku».
Wziął mnie za rękę i czule ją ściska,
I mówi: «Nim ten przedmiot ujrzysz z bliska,
4260
PotwórAby mniej dziwnym zdał się, jak widzimy,
Wiedz, że nie wieże to są, lecz olbrzymy,
Od stóp po biodra sami i bezludni,
Wokoło zrębów stoją w wielkiej studni».
Jak wzrok wśród mglistej uwięzły ciemnoty
4265
Z wolna odkrywa ukryte przedmioty,
Gdy mgła spadając ze światłem się zetrze;
Tak przerzynając to ciemne powietrze,
W miarę jak szedłem pod studni tej progi,
Błąd mój się rozwiał, a wzrastał chłód trwogi
4270
Tworzą okrągłych jego ścian koronę,
Tak nad zrąb studni pod same podpasy
Sterczały wkoło potworne Gigasy,
A którym zda się jeszcze groził z góry,
4275
Piorunem Jowisz, gdy brzmi z ciemnej chmury,
Jeden stał twarzą do nas obrócony,
Barkami, piersią i dwoma ramiony;
Zaiste, jeśli natura przestała
Tworzyć olbrzymy, w tym loicznie[472] działa,
4280
Bo przez to, gwoli świata pokojowi,
Takich siłaczy odjęła Marsowi.
A gdy bez troski zapładza w swym łonie
Jeszcze ogromne wieloryby, słonie,
Łatwo w tym dojrzy ludzka przenikliwość
4285
Mądrą ostrożność jej i sprawiedliwość.
Bo gdzie się rozum człowieka zespoli
Z siłą potęgi i chęcią złej woli,
Tam ludziom opór nigdy się nie uda.
Czaszka tak wielka była wielkoluda,
4290
Jakby świętego Piotra szyszka w Rzymie[473].
I inne kości miał równie olbrzymie:
Tak, że począwszy od pasa w pół ciała,
Trzech Fryzów rosłych, daremna ich chluba,
Ledwo by wzrostem doszli mu do czuba[474];
4295
Bo jego wzrostu potworna wyżyna,
Mogła, jak studni kończyły się zręby,
Do miejsca, człowiek gdzie płaszcz swój zapina,
Mieć miar trzydzieści wielkiej rzymskiej palmy[475].
SłowoRapho Lmaj Amec! jakaś mowa brzmiała
4300
Dzika, nam obca, z jego dumnej gęby,
Dla której słodsze niestosowne psalmy.
Mój wódz doń mówił: «Nieroztropny duchu!
Zadmij w róg, niech się rozlega w twym uchu
Łowczy dźwięk rogu; jeśli tobą miota
4305
Gniew albo inna namiętność żywota,
Ulgi twej męce szukaj w jego brzmieniu:
Patrz, on z twej szyi zwisa na rzemieniu,
Który ogromną twoją pierś oplata».
Potem rzekł do mnie: «Patrz, to duch Nemroda[476],
4310
Głupi, sam siebie oskarża w swej dumie,
Że przezeń znikła jedna mowa świata.
Zostawmy jego, tu słów naszych szkoda,
My go nie pojmiem, on nas nie zrozumie».
Grzech, KaraI szliśmy kołem, zwracając się w lewo.
4315
Z dala sterczało jakieś wielkie drzewo,
Podchodzim, widzim olbrzyma drugiego,
Jeszcze był dzikszy i wzrostu większego.
Jaki go siłacz łańcuchem skrępował,
Nie wiem, lecz obie miał związane ręce,
4320
Łańcuch od szyi pięć razy zagięty
Ciało mu ściskał żelaznymi pręty.
«Pyszny, z Jowiszem o władzę szermował[477],»
Tak mój wódz mówił, «a skończył na męce:
To Efialtes[478]! w walce z olbrzymami
4325
Przed nim zadrżeli i bogowie sami,
Myśląc, że pierwszy drzwi niebios wyłamie;
Teraz bezwładne to straszliwe ramie».
A ja do wodza: «Chciałbym na swe oczy
Widzieć potworny kształt Bryjareusza[479]».
4330
Wódz rzekł: «Tu bliżej ujrzysz Anteusza.
Nieskrępowany i mówić ochoczy,
On nas jak piłkę na dno piekła stoczy.
Strach, ZłoLecz Bryjareusz dobrze dalej stoi,
Jak ten podobnie skuty, prócz że dwoi
4335
Przestrach wrażeniem okropności swojej».
Nigdy tak wieżą gwałtownie nie chwiała
Trzęsieniem ziemi poruszona skała,
Jak Efialtes wstrząsł się na te słowa;
Wtenczas mnie trwoga przeszyła grobowa,
4340
Strach by mnie dobił i padłbym bez duchu,
Gdybym nie widział olbrzyma w łańcuchu.
Anteusz, gdyśmy podeszli doń bliżej,
Nad zrębem studni stał pięć łokci wyżej.
4345
Przez którą imię Scypijona słynie,
Gdzie Hannibala zmusił do odwrotu,
Uprowadziłeś do swego namiotu
Łup z lwów tysiąca; ty, co gdybyś zbrojnie
Wsparł twoich braci w ich olbrzymiej wojnie,
4350
Mógłbyś zapewnić tryumf synom ziemi!
Jeśli nie gardzisz prośbami naszemi,
Znieś nas, gdzie Kocyt chłód zamarzać zmusza,
Lecz nie odsyłaj mnie do Tyfeusza[481].
Stąd mój towarzysz, czego chce twa dusza
4355
(Tylko nam schyl się i nie marszcz tak czoła),
Sławne twe imię zaniesie do świata;
On żyw i przed nim jeszcze długie lata,
Gdy go przed czasem Łaska nie powoła».
Gdy mowa mistrza zamilkła skończona,
4360
Olbrzym już wodza wziął w swoje ramiona,
Których sam Herkul czuł uścisk straszliwy!
Z ramion olbrzyma rzekł do mnie Wirgili:
«Chodź, ja do swego przytulę cię łona».
Tak mnie i wodza Anteusz tej chwili
4365
Jak jeden ciężar na plecy zarzucił.
Od strony, kędy ku ziemi się chyli,
Widz drży, by czasem wiatr ją nie wywrócił:
Tak mi się wydał olbrzym i tak strwożył,
4370
Gdy się nachylił i nas obu złożył
Na dnie otchłani, co razem pożera
Zdrajcy Judasza duch i Lucyfera;
Tak pochylony olbrzym w tym momencie
Podniósł się prosty jak maszt na okręcie.
Pieśń XXXII
4375(Krąg IX. Wieczne lody. 1. Kaina. Zdrajcy krewnych. 2. Antenora. Zdrajcy kraju rodzinnego.)
PoezjaGdybym miał dzikie, tak chrapliwe rymy,
Co by do ciemnej tej studni przystały,
Na której stoją wszystkie inne skały[483],
Wydałbym pełniej całą treść mej myśli;
4380
Lecz gdy tej władzy w sobie nie widzimy,
Ważę się podnieść głos nie bez bojaźni.
Nie jest to zamiar jak gra wyobraźni
Wylęgły w głowie, co dno świata kreśli[484],
Nie czyn języka, co ledwo szczebioce.
4385
Muzy, przyzywam ja wasze pomoce,
Dajcie mi skrzydła Amfijona lotu[485],
Aby nie niższy był wiersz od przedmiotu.
Mieszkańce miejsca, o przeklęte duchy!
Które opisać słowami najtrudniej,
4390
Czemu was owcze nie kryją kożuchy
W tym chłodnym świecie albo kozie puchy?
Gdyśmy już byli w zrębach ciemnej studni[486],
Daleko niżej jak stopy olbrzyma,
Zrąb jej wysoki gdym mierzył oczyma,
4395
«Ostrożnie stąpaj!» ktoś rzekł tymi słowy,
«Abyś omijał stopą nasze głowy».
Spojrzałem za się, zdziwion nie po mału[487],
Zmarzłe jezioro leżało pode mną,
Lśniące jak szyba ogromna kryształu.
4400
Nigdy tak grubym lodem się nie ścina
Niemiecki Dunaj lub północna Dźwina;
Gdyby Tabernik albo Pietrapiana[488]
Spadły przypadkiem w tę otchłań podziemną,
Szyba tych lodów stałaby jak ściana.
4405
Jak żaby skrzecząc wystają znad wody
W porze, gdy myśli żniwiarka o żniwie,
Tak cienie blade, skarżące płaczliwie,
W lód pogrążone sterczały nad lody
Pół twarzą, gdzie wstyd czerwieni jagody.
4410
Z dzikim hałasem jak klekot bociani
Brzmiał zgrzyt ich zębów po całej otchłani;
Skrzepłe ich usta wzrok ponuro toczy,
Smutek ich serca zdradzały ich oczy.
Gdy spojrzę na dół, pod mymi stopami
4415
Dwa cienie z sobą zwarły się piersiami,
Aż czub ich włosów przytykał do czuba.
«Kto wy jesteście?» krzyknąłem. Wtem cienie
CierpienieUkośne ku mnie zwróciły spojrzenie,
Łzy, co w ich oczach przed chwilą pływały,
4420
Spadły na rzęsy i chłodem stężały.
Silniej nie ściska deskę z deską śruba,
Jak potępieńcy zwarli czoła swoje;
Jak dwa rogami bodące się byki,
Tak gniew ich obu był wielki i dziki.
4425
Cień, co od mrozu stracił uszu dwoje,
Schylając głowę rzekł do mnie łaskawie:
«Dlaczego na nas patrzysz tak ciekawie?
Gdzie zdrój Bisencjo wypływa, dolina,
4430
Własność Albertich, ojczyzną ich była,
Taż sama, jedna matka ich rodziła.
Nie znajdziesz w całym tym kręgu Kaina
Godniejszych siedzieć w bryłach tego lodu:
Nawet ten, którym wzdryga się natura,
4435
Na wylot włócznią przebity Artura[490],
Ani Kancelieri, ani Maskeroni[491].
Jeśliś Toskańczyk, musisz znać, kto oni.
O jeśli głos mój uszu twych nie kazi,
Wiedz, że ja jestem Kamerione z Pazzi[492],
4440
Że oczekuję tu jeszcze Karlina[493]!»
Widziałem potem z tysiąc innych twarzy,
Na pół skostniałych, zsiniałych od chłodu
Myśl jeszcze z dreszczem o tych lodach marzy!
Gdy ku środkowi szukamy przechodu[494],
4445
Gdzie każda ciężkość cięży swoim ciałem,
W tym wiecznym zmroku z przerażenia drżałem.
Nie wiem, przypadkiem czy wyższym zrządzeniem
Śród głów sterczących stawiąc[495] stopy z trwogą,
Jednemu na twarz nastąpiłem nogą.
4450
«Za co mnie depczesz?» rzekł duch z bólu blady,
«Czy mścisz się na mnie Montaperto zdrady?»
«Czekaj mnie, mistrzu,» mówiłem z wzruszeniem;
«Chcę mą wątpliwość objaśnić z tym cieniem,
Potem, jak zechcesz, jam śpieszyć gotowy».
4455
Wódz stanął, a jam wyzwał do rozmowy
Ducha, co bluźnił, nie szczędząc klątw długich:
Kłótnia«Powiedz, kto jesteś, ty, co fukasz drugich?»
— «Ty sam kto jesteś? Za co w Antenorze
Idąc, twe stopy drugich twarze depcą?
4460
Za co naciskasz krokiem tak bolącym,
Za ciężkim, nawet gdybyś był żyjącym?»
— «Ja żyję,» rzekłem, «miło ci być może,
Gdy kochasz sławę lub wspomnienie skromne,
Wśród wielu imion twe imię przypomnę».
4465
On na to: «Odejdź, natrętny pochlebco!
Pochlebne słowa, żal twego zachodu,
Nic nas nie grzeją na tych falach lodu».
Wziąwszy go za kark, rzekłem: «Jak cię zową[496]?
Mów, bo wnet łysą zaświecisz mi głową».
4470
— «Rwij włos, nie powiem tobie, jak się zowię,
Choćbyś sto razy deptał mi po głowie».
Za czub schwyciłem jego w mgnieniu oka
I wyrywałem z czaszki włos garściami;
On słowa żadnej skargi nie wyrzucił,
4475
Tylko wył dziko i oczy wywrócił.
Drugi cień krzyknął: «Co tobie, mój Bokka[497]?
Ty wyjesz, nie dosyć ci zgrzytać zębami,
Jakiż cię dręczy szatan tak zawzięty?»
— «Teraz,» mówiłem, «milcz, zdrajco przeklęty!
4480
Abyś twe imię powiedział, nie proszę,
Sam je na wieczną twą hańbę ogłoszę».
A on: «Zbrodnia, Grzech, KaraBaj sobie, co masz na języku,
Lecz nie zapomnij, idąc z Antenory,
Tego, co język miał w mowie za skory[498];
4485
Tu złoto Franków wtrąciło młokosa,
Możesz powiedzieć: widziałem Buosa[499]
Tam, gdzie grzeszników jest w lodach bez liku.
Gdy, kto jest więcej, spytają i za co?
Patrz, oto stoi Bekeria ladaco[500]
4490
Któremu głowę Florencyja ścięła,
A trochę dalej: Gianni, Ganello,
Otwierający wrogom Tribaldello[501]
Faencę, kiedy snem głuchym usnęła».
Gdy z miejsc okropnych szukamy przechodu,
4495
Dwóch potępieńców ujrzałem w parowie,
Wyższy niższemu głową legł na głowie;
A jak łakomie szarpiemy chleb z głodu,
Tak on zatopił kły w ciało sąsiada,
Tam kędy czaszka do barków przypada.
4500
Nie z takim gniewem Tydej zemstą ślepy[502]
Menalipowej głowy gryzł czerepy,
Jak on swą zdobycz żuje i wysysa.
«Człowieku,» rzekłem, «co paszczą tygrysa
Mścisz się nad wroga nienawistną głową,
4505
Powiedz mi, jakie masz zemsty powody?
A ja ci moją odpłacę wymową,
Kiedyś, pomiędzy ziemskimi narody,
Jeśli mnie Pan Bóg żywcem stąd wydźwignie,
A język w ustach moich nie zastygnie».
Pieśń XXXIII
4510(Krąg IX. 2. Antenora — ciąg dalszy. 3. Ptolomea. Zdrajcy przyjaciół.)
Duch, KaraOd strawy dzikiej oderwał paszczękę
Ów potępieniec i krew z ust ocierał
Włosami czaszki, której mózg pożerał.
I mówi: «Srogą chcesz odnawiać mękę,
4515
Serce mi pęka, nim usta otwieram.
Lecz gdy ze słów mych jak z nasion dojrzeje
Hańba dla zdrajcy, którego pożeram,
Słuchaj, wypowiem, wypłaczę me dzieje.
Nie wiem, kto jesteś, przez jaki cud nowy
4520
Zaszedłeś do nas, lecz po dźwięku mowy
Poznaję w tobie Włocha, florentyna.
Widzisz przed sobą hrabię Ugolina[503]
A ten, co teraz jest mej zemsty łupem,
Zwał się Rudżieri, był arcybiskupem.
4525
Jak mnie w zdradzieckie usidlono słowa,
Jak nieostrożnie wpadłem w jego ręce,
Nie warto mówić, bo rzecz nie jest nowa.
Lecz o mym zgonie, o mej strasznej męce,
Jeśli nikt wieścią uszu twych nie skaził,
4530
Słuchaj i osądź, czy on mnie obraził.
Śmierć, Grzech, Kara, GłódJest w głębi wieży podziemna pieczara,
Sławna mym zgonem; dziś może w niej jęczy
Na nowo jaka niewinna ofiara.
Tam okiem witym z żelaznych obręczy,
4535
Widziałem mnogich księżyców oblicze,
Aż mnie raz we śnie przywidziana mara
Zdarła przyszłości chmury tajemnicze.
Przyśniło mi się, że biskup zawzięty
Polował wilka z małymi wilczęty,
4540
Na owej górze, co wzniosłymi szranki
Z pizańską ziemią i Lukką graniczy[504].
Już chudą psiarnię zemkniono ze smyczy,
Hrabia Gwalandi, Sismondi, Lanfranki
Szczują na czele, zdobycz będzie łatwa:
4545
Już wilk znużone zatrzymuje kroki,
Upada wreszcie i ojciec, i dziatwa:
I widzę kłami rozprute ich boki.
Budzę się! Jeszcze noc nie zeszła z nieba,
Już moje dziatki, wspólniki niewoli,
4550
Szlochają przez sen i wołają: »chleba!«.
O! Jeśli dotąd serce ci nie boli,
Kiedy pomyślisz, co się we mnie działo
I co me serce nadal przeczuwało,
Jeśli nie płaczesz, któż ci łzy wyciśnie?
4555
Budzą się dzieci, wkrótce chwila błyśnie,
W której nam zwykle udzielano strawy,
Lecz na sen pomnąc truchlałem z obawy.
Wtem z bram więzienia łoskot mnie doleci,
Zamurowano! — spojrzałem na dzieci,
4560
Spojrzałem z niemej wyrazem rozpaczy;
A w głębi serca czułem mróz jak w grobie.
Gwido mój mały wołał: »Co to znaczy,
Tak dziko patrzysz? Ojcze mój, co tobie?«
Nie mogłem mówić, ni łzy z oczu dostać,
4565
Milczałem długo — aż do nocy końca.
Nazajutrz do nas zbłądził promyk słońca
I w twarzach dzieci ujrzałem mą postać.
Natenczas z bólu gryzłem obie ręce.
Synowie myśląc, że mnie głód tak pali,
4570
Łamiąc rączęta ze łzami wołali:
»Ojcze kochany, ulżyj twojej męce,
Zjedz twoje dzieci, tyś nas ubrał w ciało,
Tobie nas biednych rozebrać przystało«. —
Musiałem milczeć i ból w sobie morzyć,
4575
Wkrótce i mowa w ustach nam zamarła!
Jęczeć nie śmiałem, by dzieci nie trwożyć.
O ziemio, czemuś ty nas nie pożarła!
Weszło czwartego dnia światło zabójcze,
Anzelmek mały przywlekł się pod nogi
4580
I przerażony wolał: »Ojcze drogi!
Ach! Czemu ty nas nie ratujesz, ojcze?«
Wołał i skonał! — Jak mnie tu widzicie,
Tak ja widziałem wszystkie dzieci moje
Jedno po drugim — wszystkich było troje,
4585
Wszystkie u nóg mych zakończyły życie.
Od zwłok jednego do drugiego biegłem,
Ślepy na trupach potknąwszy się ległem.
Dzień jeszcze siódmy do słońca zachodu,
Krzyczałem z żalu, a na koniec — z głodu,
4590
Bo głód był jeszcze sroższy od żałości[505]».
Skończył i dziko wywróciwszy oczy,
Na nowo usta w krwawą czaszkę broczy,
I jak pies zębem zgrzytając, rwie kości.
O Pizo! hańbo pięknej ziemi włoskiej,
4595
Kędy si dźwięczy[506] tak miękkimi głoski;
Gdy cię nie karzą leniwe sąsiady,
Niechaj się nagle wzruszą z swej posady
Sąsiednie wyspy, Kapraja, Gorgona[507],
Zahaczą Arnę, gdzie jej ujście kona;
4600
Niech tak szeroko roztoczy swe tonie,
Aż wszystkich twoich mieszkańców pochłonie.
Bo jeśli wrogom Ugolino hrabia
Zdał twoje zamki i winien tej zdrady,
O nowe Teby! Cóż twa złość wyrabia?
4605
Jakaż twą zemstę czarna pamięć szpeci,
Głodem niewinne morzyć jego dzieci!
Jak lód ich swymi bryłami naciska;
Nie stali w lodach, lecz wznak wywróceni
4610
Na lodowatej leżeli przestrzeni.
Tam łza zamarza w chwili, gdy wybłyska,
Boleść jak robak po ich wnętrzach toczy,
Bo jej nie mogą wypłakać przez oczy.
Jak hełm z kryształu, skrzepła łez powłoka
4615
Kryje pod rzęsą całą wklęsłość oka.
Choć jak stwardniała z mrozu skóra muła
Twarz moja prawie stała się nieczuła,
Wiatr jakiś, czułem, obwiał moje ciało.
«Mistrzu mój,» rzekłem, «mów, co tu powiało?
4620
Czy wiatr w tym chłodzie jeszcze nie zastygnął?»
— «Dowiesz się wkrótce, skąd wiatr aż tu śmignął,»
Mówił, «przyczynę gdy wzrok twój wyśledzi,
Oko wyręczy głos mej odpowiedzi».
Cierpienie, DuchZ tych nieszczęśliwych jeden tymi słowy
4625
Do nas przemówił z skorupy lodowej:
«Dusze uwięzłe w swego grzechu matni,
Który was wtrąca aż w ten krąg ostatni,
Zerwijcie z twarzy mej twardą zasłonę,
Ulżyjcie bólem serce przepełnione,
4630
Niechaj wyleję choć jedną łzę ciepłą,
Bo już mi oko i serce zakrzepło».
A ja: «Chcesz, abym ulżył ci w cierpieniu,
Kto jesteś, nazwij siebie po imieniu;
Gdy nie usunę twoich łez przeszkodę,
4635
Bodajbym w lodach tych na wieki siedział!»
«Brat Alberigo jestem» odpowiedział[509],
Zły owoc z mego wyrasta ogrodu
I tu za figę mam daktyl w nagrodę[510]».
Zdrada, Piekło, Szatan, Śmierć, Upiór— «Czy już umarłeś?» rzekłem drżąc od chłodu,
4640
A on: «Nic nie wiem, odkąd tu drętwieję,
Co z moim ciałem na świecie się dzieje.
Bo Ptolomea ma te przywileje,
Że często dusza wpada w nią niebacznie,
Nim Parka przędzę rwać dni naszych zacznie.
4645
A gdybyś chętniej zdjął lód z moich powiek,
Wiedz, że gdy zdrady dopuści się człowiek[511],
Ciało dyjabłu odkazuje dusza,
Który nim rządzi, włada najzupełniej,
Nim się czas kary cielesnej wypełni;
4650
Dusza zaś wpada aż w tę chłodną studnię.
Może wam jeszcze jawi się w swym ciele
Cień, co tu ze mną w tych lodach się rusza:
Patrz, Branka d'Oria! Już lat przeszło wiele[512],
Odkąd tu siedzi, wśród brył tego lodu;
4655
Musiałeś kiedyś znać jego za młodu».
«Kłamiesz!» doń rzekłem «lub świadczysz obłudnie,
Bo Branka d'Oria nie umarł, on żyje
Jeszcze na ziemi, dobrze je i pije».
On odpowiedział: «W jamie Złych Tłumoków,
4660
Tam gdzie widziałeś war smolnych potoków,
Mógł jeszcze nie być cień Sanchy Michała
W chwili, gdy Branka d'Oria szatanowi
Ustąpił swego pomieszkanie ciała
Jako wiernemu zdrady spólnikowi.
4665
Teraz gdym całą ufność w tobie złożył,
Otwórz me oczy!» Jam ich nie otworzył,
Bo względem jego nieszczerość tą razą
Nie była żadną szczerości obrazą.
Wrogi cnót wszystkich, o genueńczyki!
4670
Wstyd wam, pomiędzy takimi grzeszniki
Jednego ziomka waszego spotkałem,
Który, co czyny jego świadczyć muszą,
Na dno Kocytu pogrążył się duszą,
Gdy jeszcze życie kłamie swoim ciałem.
Pieśń XXXIV
4675(Krąg IX. 4. Judekka. Najwięksi zdrajcy: Judasz, Brutus, Kasjusz, Szatan. Powrót do światła.)
«Vexilla regis prodeunt inferni[513]
Wprost ku nam! Jeśli widzisz za pomroką»
Mistrz mówił, «patrzaj, wytężaj twe oko».
Kiedy noc naszą półsferę zaczerni
4680
Lub ciemny tuman przedmioty powleka,
Myślim, że widzim młyn wietrzny z daleka;
Tak, zdało mi się, oko me postrzegło
Stojącą jakąś budowę odległą.
Piekło, Szatan, ZimaWtenczas od wiatru szukając ochrony,
4685
Stanąłem za mym wodzem, bo zasłony
Nie było innej; tam wśród wiecznej zimy,
Już byłem w miejscu, gdzie cienie widziałem[514],
A co z przestrachem wpisuję w te rymy
Oblane lodem jak ździebło kryształem.
4690
Ten w lodach leży na wznak rozciągnięty.
Ci prosto stoją, drudzy wspak na głowie,
Ten łukiem twarz swą nagina do pięty.
Gdyśmy do tyla zaszli w to pustkowie,
Że już mojemu mistrzowi się zdało,
4695
Pokazać szpetne, niegdyś piękne ciało,
Zwrócił się do mnie i mówił z powagą
«Oto Lucyfer, oto krąg przeklęty!
Teraz się cały uzbrajaj odwagą».
4700
Mój czytelniku, zamilczeć bym wolał,
Pod piórem moje zastygłoby słowo.
Jeśli najmniejszy masz kwiat wyobraźni,
Wyobraź sobie, jak dręczy i drażni
Stan, w jakim całą duszą się zawarłem,
4705
Zda się, pół żyłem, na poły umarłem.
SzatanKról piekielnego państwa jakby kawał
Głazu nad lody pół piersią wystawał;
Jak wzrost mój dosyć ogromny, nie kłamię,
Tak wielkie było jego jedno ramię.
4710
Zważ, jaka całość mogła być niemała,
Zastosowana do tej części ciała.
Jeśli tak piękny był, jak teraz szpetny,
Kiedy od Stwórcy odwrócił wzrok świetny,
Grzew, wszelki zakał musi iść od niego.
4715
Dziw! Głowa jego kształtu potwornego,
Na trzech obliczach razem osadzona:[516]
Pierwsza twarz była jako żar czerwona,
Dwie zaś policzkiem do pierwszej przypadły;
Obie na środku dwóch ramion usiadły,
4720
Schodząc się z sobą aż pod wierzchem głowy;
Oblicze prawe biało-żółtej barwy,
Jaką mieszkaniec dziwi nadnilowy.
Pod każdą twarzą tej potwornej larwy,
Jak z okrętowych żagli płachta jaka,
4725
WiatrW miarę wielkości tak dziwnego ptaka,
Sterczą dwa skrzydła, lecz bez piór, bez pierza,
Całe skórzane jak u nietoperza.
I nieustannym swych skrzydeł trzepotem
Wiał na trzy strony trzy wiatry z łoskotem,
4730
Od których marzły kocytowe lody.
Sześcioro oczu miał, z tych każde oko
Nie łzami, krwawą płakało posoką,
Która spływała jak łza na trzy brody.
I trzech grzeszników przeżuwał jak zwierze,
4735
Każdego żuła osobna paszczęka,
Jako cierlica drze lniane paździerze.
Lecz ząb łagodniej kąsał porównany
Z szponami, jakie zadawały rany,
Zdało się, skóra aż do kości pęka.
4740
«Duch, co największe bodaj cierpi męki.
Którego wewnątrz czarnej paszczy głowa,
A sam na zewnątrz jej nogami miota»
Mistrz mówił, «oto Judasz Iskariota!
Dwaj, co głowami zwisają z paszczęki,
4745
Pierwszy to Brutus! choć ból rzeczywisty
Szarpie go, jednak milczy jak niemowa;
Drugi, patrz dobrze, to Kasjusz barczysty[517].
Potwór, DiabełNoc już powraca, teraz czas iść dalej,
Bośmy już w piekle wszystko oglądali».
4750
Jak chciał, jam jemu na szyi zawisnął.
W chwili, gdy potwór swe skrzydła roztacza,
Szybki jak piorun, co już spadł, nim błysnął.
Mistrz się uczepił do boków kudłacza,
Z kudłów na kudły śliznął się pięściami,
4755
Między ich runem spadał a lodami.
Gdyśmy już doszli do miejsca, o cudo!
Tam, gdzie pod biodra rozszerza się udo,
Mój wódz, jak gdyby wpadł na fortel nowy,
Gdzie były nogi, przewrócił wierzch głowy[518],
4760
Piął się po kudłach, aż trzęsły mną dreszcze,
Myśląc, że nazad idę w piekło jeszcze.
«Trzymaj się dobrze, tą chyba drabiną»
Mówił wódz, dysząc z trudu i pośpiechu,
«Możemy zstąpić z tego gniazda grzechu».
4765
StrachI wkrótce wyszedł skały rozpadliną,
Stanął, odetchnął piersią i co żywo
Roztropną stopę podstawił, i na nią
Rad mnie wysadził nad samą otchłanią.
Podniosłem oczy i widziałem dziwo!
4770
Wspak przewróconą postać Lucyfera,
Rzekłbyś, nogami w powietrze się wpiera.
Czy byłem w strachu, niechaj ludzie prości
Zgadną, co nigdy z takiej wysokości
Schodzić nie mogli! Gdym ochłonął z trwogi,
4775
Mistrz mówił do mnie: «Teraz wstań na nogi;
Droga daleka, a ścieżki nużące,
Już gwiazdy nocne, wschodząc, płoszy słońce».
Tam droga, którą miałem iść na nowo,
Nie była prostą ulicą zamkową,
4780
Raczej jaskinią, co ma wejście krzywe,
Ściany chropawe, a światło wątpliwe.
Szatan, Obraz świata«Mistrzu mój,» rzekłem, «gdym wart twego względu,
O przemów do mnie, wyprowadź mnie z błędu,
Gdzie są te lody? Ich grubą powłoką
4785
Jak tam Lucyfer zapadł tak głęboko?
I jak to słońce, szybkość niesłychana,
Przebiegło drogę od wczoraj do rana[519]?»
A mistrz: «Myśl twoja jeszcze za punkt lata,
RobakGdzie stoi szczecią potwora kudłata,
4790
Robak, co wierci i toczy rdzeń świata.
Ilem w dół schodził, byłeś tam o tyle,
Gdym się obrócił, przeszedłeś w tę chwilę
Punkt, do którego ze wszech stron zebrane
Wszystkie ciężary ciężą pociągane.
4795
Ty pod półkulę zstąpiłeś z kolei,
Co przeciwległą jest względem Judei,
Wielkiej pustyni, wśród której oazy
Poczęty człowiek żył i zmarł bez zmazy[520].
Gdy tam jest wieczór, tu nam ranek świeci:
4800
Jak stał, tak stoi wbity między lody.
Strącony, tędy snadź on z nieba spadał[523],
Ląd, co z tej strony pokazał się wprzódy,
Ze strachu pasem otoczył się wody;
4805
Od Lucyfera uciekając może,
Gdy bliżej naszej półkuli osiadał,
Zostawił tutaj to próżne wydroże.
Jest tam nieznane miejsce dla nas obu[524],
Stąd tak odlegle, wzniesione wysoko,
4810
Jak cały przestwór Belzebuba grobu.
Kędy jest, trudno go poznać na oko,
Chyba po szmerze małego strumyka[525],
Który otworem przez siebie wyrżniętym,
Środkiem tej skały swe fale pomyka,
4815
Płynąc korytem pochyłym i krętym».
Wódz i ja w otwór wstąpiliśmy ciasny;
Zniecierpliwieni oglądać świat jasny,
Nic się nie troszcząc o trud naszej jazdy,
Szliśmy bez przerwy, on pierwszy, ja drugi;
4820
Przez otwór błysły niebios piękne smugi,
W końcu wychodząc, witaliśmy gwiazdy[526].
Strona 1 z 1 · 100% utworu
Tekst: Wolne Lektury, domena publiczna lub wolna licencja. Spis treści i audiobook.