- Literum
- Lektury szkolne
- Klasy 1–3
- O krasnoludkach i sierotce Marysi
- Koncert mistrza Sarabandy
O krasnoludkach i sierotce Marysi · Maria Konopnicka
Koncert mistrza Sarabandy
Koncert mistrza Sarabandy
I
1151Ale stary król myślał, przemyślał o tym, żeby ubogiemu Skrobkowi nagrodzić za tę gościnę, jakiej mu udzielił w swych kątach, jemu i drużynie jego.
1152Krasnoludki niechętnie rozdają złoto, srebro, drogie kamienie pod straż im oddane. Wolą dopomagać pracującym w pracy, bo to i dawcę, i obdarowanego równie uszlachetnia.
1153Bieda, Chłop, WdowiecAle jak tu dopomagać ubogiemu Skrobkowi w pracy, kiedy w gospodarstwie jego rąk nie ma o co zaczepić, taka nędza!
1154Sam Skrobek, kiedy do domu przyjdzie i po izbie spojrzy, to opuszcza ręce. Po kątach śmiecie leżą, u pułapu[566] brudne pajęczyny, komin niepodlepiony, popiołu pełno przed nim, ława i stół nieschludne, ściany odrapane.
1155— Większać ta bieda[567] niżeli moc moja! — mawiał sobie Skrobek. — Choćbym się i do oporządzenia wziął, co mi pomoże? I tak mi źle, i tak nie będzie dobrze. Ot, lepiej fajkę zakurzę!
1156Zakurzał tedy fajkę albo się na barłóg[568] cisnąwszy, zasypiał.
1157Nie był to chłop zły, ten Skrobek, ale raz przygnieciony biedą, podnieść się nie miał siły. Po prostu zwątpił o sobie. Owo pólko odłogiem leżące mogłoby przy pracy wyżywić i jego, i jego dzieci. Ale że pełne było pniów[569] starych, kamieni, dołów i wszelkich chaszczów, więc nie miał odwagi zabrać się do niego.
1158— Ot — mówił — żebym zagon[570] jeden na kartofle miał, tobym sobie nim lepiej wygodził niż tym szmatem pola! A toć korzeń na korzeniu, kamień na kamieniu! Choćbym ręce po łokcie urobił, nie poradzę! Okopać by to trzeba, wody spuścić, pnie wywalić, kamienie wywieźć, chaszcze wyrąbać i dopiero się do orki zabrać! A ja co? Mam to porządną siekierę? Mam choćby łopatę? Mam pług[571]? Mam bronę[572]? Mam to moc do takiej pracy po tych paru ziemniakach, co je bez okrasy[573], a często i bez soli zjem? Hej, hej! Nie na moje to siły! Nie!
1159I zakładał do wózka szkapinę[574] i do miasteczka jechał, żeby tam parę groszy zarobić.
1160Marny to był ten zarobek jego! Jak trochę chleba pojadł, jak garść owsa koniowi kupił, jak rogatkę zapłacił[575], a jak jeszcze w dodatku do karczmy wstąpił, to z pustym mieszkiem[576] do domu wracał; i tak ciągle w kółko. Rzadka rzecz, żeby się co dzieciskom z tej furmanki dostało.
1161Opieka, DobroAle że przecież ta szkapa jedynym gospodarstwem ubogiego Skrobka była, rozkazał ją Król Błystek Krasnoludkom swoim zgrzebłem pięknie po nocach czesać, rosą jej sierść wycierać, kopyta komarzym sadłem smarować, grzywę pleść i rozczesywać, trawy jej co najmiększe do żłobu nosić, za drabkę[577] koniczynę zakładać, zdrojową wodą poić, suche igliwie i mech podścielać, od much i bąków oganiać, a pięknych chodów uczyć.
1162Dziwili się ludzie, co tę szkapę dawniej znali, jaka to się z nią stała odmiana.
1163— Chybaście ją, Skrobku, na inszą zamieniali i grube pieniądze do tamtej dopłacili?
1164Tak go ten i ów zagadywał.
1165Ale Skrobek uśmiechnął się tylko, bo od dziada pradziada to słyszał, że gdzie Krasnoludki w bliskości się trzymają, tam koń w stajni jak kluska, że i woda spłynie po nim, a nie zmacza: taki tłusty!
1166I wózek też teraz w lepszym porządku był. Nieraz noc cicha, ciemna, a w podwórku Skrobkowym i jasno, i gwarno. Tu Modraczek koła myje, tu Słomiaczek półkoszek[578] naprawia, tu Krężołek osie smaruje, tu Żagiewka ogień pali i na kowadle własnym nową luśnię[579] kuje. Fabryka tak idzie, że to jak we dworze!
1167Król, Opieka, DobroA kiedy tak nocą drużyna królewska pracowała pilnie, stary król sam we własnej osobie rankiem do boru szedł, żeby na chłopięta Skrobkowe mieć oko, kiedy po chrust pójdą.
1168Stał bór gęsty, głuchy, tylko po nim górny wiatr szumiał z cicha, czarnymi sosnami ruszał, wielkie jakieś, mocne słowa gadał.
1169Naraz wbiegały drożyną w ten zmierzch i chłód jakby dwa promyki słoneczne: to Kubuś i Wojtuś, z rozrzuconymi włoskami jasnymi, w koszulinach lnianych, krajką[580] przepasani i boso. Wbiegały chłopięta ze śmiechem i gwarem dziecięcych, cienkich głosków[581], a bór uciszał się i słuchał. I otwierały się nad lnianymi główkami chłopiąt niezmierne sklepienia sosen, i pochylały się ku nim potężne konary dębów, i szeptały do nich listeczki drżące brzóz białych, i po najdalszej, najciemniejszej gęstwinie słychać było szum cichy: „Dzieci! Dzieci! Dzieci!”
1170Ale nawet w tym szepcie było nieco strachu. Kubuś i Wojtuś w ponurym zmierzchu boru milknęli jak ptaszęta wniesione do ciemnej izby. Lecz dziw! Dawniej musieli się malcy dobrze po boru[582] nadreptać, aby gałązkę chrustu znaleźć, a teraz gdzie spojrzą, leży sucha gałązka, ni to duża, ni to mała, w sam raz na ich siłę, jakby ją wiatr strącił. A jaka smolna[583]! Żywica przeświecała przez nią jak bursztyn! Jaki to będzie ogień trzaskał wesoło w kominie z gałązek takich! Cieszą się dzieci, rozkładają postronek[584] na ścieżynie i układają suszki[585]. Jak im to prędko, jak im sporo[586] idzie!
1171I znowu dziw! Orzeszek zeszłoroczny w suchych liściach na ścieżynie błysnął! Czy wiatr przyniósł go z leszczyny? Czy wiewiórka upuściła, po drzewach śmigając? Chłopcy roztłukli na kamyku i podzielili się ziarenkiem białym, słodkim; aż tu drugi, trzeci, cała kupka orzeszków, wszystkie jak wybrane! Cieszą się dzieci, coraz im weselej. Kubuś odbiegł w stronę, zupełnie się w zieleni zaszył, jak zajączek młody, tylko głosik jego cienki słychać.
1172— Oj, da dana! Oj, dana, oj dana, dana… dana.
1173Naraz krzyknie:
1174— La Boga!
1175Skoczy Wojtuś do niego, patrzy, chłopakowi ustka się trzęsą, przemówić ze strachu nie może.
1176— A czegóż ty krzyczysz? — pyta.
1177— Król! Król był! Król w złotej koronie! Za krzaczkiem tu stał, w czerwieni tu stał, jak ogień się świecił!
1178— Gdzie? — pyta Wojtuś.
1179— O… tu… tu! — pokazując palcem, mówi Kubuś.
1180Wtem znów zakrzyknie:
1181— Jagody!
1182Patrzą chłopcy: prawda! Jagody kraśnieją, jakby je kto nasiał!
1183— Dziw! W tym boru[587] jagód nigdy nie bywało, a teraz patrzcie, co tu tego?
1184Jedzą chłopcy, o strachu zapomnieli; tak wybornych, rumianych i słodkich jagódek nie widzieli, jak żywi, na świecie!
1185Posilili się, wiążą chrust, czas do domu wracać. Dawniej było przy tym stękania dość, trudno i zadać[588] sobie ów ciężar na plecy, trudno go i dźwignąć, i iść z nim.
1186A teraz te brzemionka[589] tak lekkie się zdawały, jakby połowa ciężaru ubyła.
1187— Chyba tego chrustu dziś mało — mówił Wojtuś — że tak lekko iść?
1188A Kubuś na to:
1189— Albo my po tych orzeszkach i po tych jagódkach tak zmocnieli[590]?…
1190Zamilkł i po chwili znów rzecze:
1191— Wojtuś!
1192— A co?
1193— Nie powiadaj w domu o tym królu, com go widział, bo tatuńcio znów rzemienia wezmą…
1194— Co bym miał powiadać!
1195I tak wracali do domu.
1196Spotkały ich czasem baby w drodze, to stawały i patrzyły za nimi.
1197— Skrobkowe chłopaki albo nie Skrobkowe? A cóż oni się tak odmienili w sobie? Wybielało to, porosło. Jakby nie te!
1198— A cóż się tam dziwić! Możeć tam matczysko u Pana Jezusa uprosiła, że ją do dzieci puszcza i nocą to sieroctwo pielęgnuje.
1199— Bo nie co…
1200— Jużci że nie co!
1201I kiwając głowami, szły dalej. A nikt nie wiedział, że to król Krasnoludków tak o te sierotki zabiegał, żeby się za gościnę odwdzięczyć.
1202Ale to odwdzięczenie małym się staremu królowi zdawało, prawie żadnym. Tak wdzięczne serce miał. Myślał tedy, przemyślał, jakby tu ubogiego Skrobka do pracy około pólka owego zwabić i w tym mu dopomóc.
1203Chłop, Nadzieja, MarzenieWracał jednego wieczora Skrobek do domu, a miesiąc[591] świecił przecudnie. Spojrzy chłop, a całe owo uroczysko[592] w srebrnym blasku stoi, właśnie jak kiedy żyto dojrzeje, a za cichym wiatrem pełne kłosy gnie… Zamigotało to Skrobkowi w oczach tak nagle i tak czarodziejsko, że cisnął uzdeczkę szkapie swej na szyję i na pólko biegł, oczom własnym niewierzący, z bijącym sercem i z taką nadzieją, jakby tam naprawdę żyto był siał, a teraz, ot, wczesnego doczekał się plonu. Aż gdy przybiegł, zobaczył, że to tylko mietlica[593] owa srebrzysta w promieniach miesięcznych świeci.
1204Zwiesił chłop głowę, postał smutnie, podumał, westchnął ciężko i do wózka wrócił.
1205Ale mu to uroczysko jakoby w srebrze plonu żytniego stojące z oczu nie mogło zejść. I nocą śnił o nim.
1206Niedługo potem idzie Skrobek rankiem do boru, bo mu się dyszel[594] złamał i trzeba było osikę wybrać na nowy; wtem go z nagła blask wielki uderzy. Spojrzy, a to pólko owo złotem żywym się pali, właśnie jak kiedy pszenica dojrzała, złocista, pod kosą się ugina, ciężka od białego ziarna!
1207Zdumiał chłop, stanął, patrzy, ciarki po nim przeszły! Reta! Toć nie co, tylko pszenica!
1208Skoczy bliżej, pojrzy[595], a to słońce poranne tak maluje pólko owo złotem.
1209Postał chłop, podumał, załamał ręce, aż mu w kościach trzasło, i wzdychając, do domu powrócił.
1210Ale uroczysko owo złotem pszenicznych błyskające kłosów, nie tylko mu się śniło; gdzie poszedł, gdzie siadł, gdzie stanął, na jawie teraz je widział i rozmyślał o nim.
1211— A co? — mówił sam do siebie — A może by się tam i pszenica rodziła? Kto to wie? Może by się rodziła? Ziemia tam mocna musi być! Wypoczęta od setnych lat! Z dziada pradziada nikt tam nie siewał[596] i nie żął[597]… Uroczysko, taj i uroczysko! A kto może wiedzieć?
1212Zamyślał się teraz ubogi Skrobek i całymi godzinami dokoła pólka tego błądził, licząc, obliczając, jaką by to pracę podjąć było potrzeba, żeby z tego nieużytku orną ziemię dobyć.
1213— Ciężko, ciężko! — powtarzał półgłosem, patrząc na pnie potężne, głęboko i szeroko rozrosłe, i na dzikie krzaki, na ogromne korzeniska, na wielkie złomy głazów, które się własnym ciężarem w ziemię wbiły.
1214— Ciężko, ciężko! — wzdychał i odchodził.
1215Ale zaledwie odszedł, ciągnęło go coś znowu do tego pólka i znowu szedł, i znów patrząc na dzikie chaszcze wzdychał i trząsł głową, szepcząc.
1216— Ciężko, ciężko! Nie na moje siły.
1217Tak minęło parę tygodni, a chłop aż wychudł i sczerniał od tej wojny, jaką z myślami własnymi prowadził, i ciągnięty do tego kawałka ziemi i odpychany od niego.
1218Czasami zawzinał się Skrobek i trzy, i cztery dni na uroczysko nie szedł. Ale mu było wtedy, jakby własnej chudoby[598] poniechał.
1219Owszem, żywiej[599] mu jeszcze na oczach stały srebrzyste plony żyta i złote — pszenicy. Prawie że szum kłosów słyszał.
1220— Tfu! — spluwał wtedy — Urok czy co? — I brał się do innej roboty.
1221A właśnie wtenczas, na drugim krańcu lasu, nad rzeczką, nieopodal gościńca stanął tartak.
1222Dużo tam drzewa trzeba było zwozić, z którego długie i szerokie bale i deski rznięto. Chętnie się tym Skrobek zajmował, a dzięki poczciwej szkapie swojej, zarobek niezły miał. Już i do garnka, nad pułapem[600] w słomę zakopanego, nieco grosza odłożył.
1223Ale go ten grosz nie tyle cieszył, co gdyby go za swoje zboże dostał.
1224Któż ten grosz zarobił? On i szkapa.
1225Nuż choroba przyjdzie na niego albo i na konia, co wtedy? On nie wieczny na świecie, a koń jeszcze krócej zwykle żyje niż człowiek. Cóż się po nich obojgu — dzieciakom zostanie? Nędza, i tyle. Gdyby to mieć pola uprawne, o! Dopiero byłoby dla drobiazgu[601] dziedzictwo!…
1226Więc wracając wieczorem z ciężkiej w lesie roboty, szedł Skrobek z wolą czy bez woli ku owemu uroczysku i patrzał.
1227Zacierał na to ręce król stary i dobrą miał nadzieję, iż tą złotą słońca poświatą i tym srebrzystym miesięcznym[602] blaskiem Skrobkowi ów ziemi kawałek do serca wczarował.
II
1228MuzykaJednego razu przywędrował do Słowiczej Doliny mistrz nad mistrze, sławny muzyk Sarabanda. Jak ten grał, to na okolicę nikt się ani umywał do niego.
1229Ani Szulim, co na basach w karczmie co niedziela dudnił, ani Franek, co po weselach ze skrzypeczką[603] chodził; może, może jeden Jasiek owczarek, co fujarkę wierzbową miał i na niej dnie całe wygrywał, może jeden owczarek coś niecoś w to granie Sarabandy utrafiał. Ale nie ze wszystkim.
1230Niechaj to nie zadziwia nikogo, że mistrz Sarabanda wyglądał w swoim szarym płaszczu jak zwykły świerszcz polny.
1231Na takie pozory nie zważa nigdy ten, kto rozum ma, a patrzy, jaka w tym treść i prawda. Otóż prawdą było, że mistrz Sarabanda grał przedziwnie pięknie, a tak roznośnie[604], tak przejmująco, że go het precz, nie tylko po całym polu słychać było, ale w duszy własnej.
1232A jako każda muzyka, gdy do wnętrza duszy wpadnie własnymi słowami tam się wypowiada, tak się i tu zdarzyło.
1233Kiedy Szulim na basach w karczmie dudnił, to na milę wyraźnie słychać było, jak z tych basów coś wołało:
1234Pij, chłopie,Pij, chłopie!Śmierć idzie,Dół kopie.Śmierć idzieW pokoje,Coś wypił,To twoje!…
A kiedy znów Franek na skrzypeczkach, idąc przez wieś na wesele, grał, a bębenista[605] na bębnie mu pomagał, to wyraźnie słychać było, jak w tych skrzypkach coś się śmiało na całe gardło, przyśpiewując sobie:
1235Dla taneczka, dla ochoty,Dałbym ci ja dukat złoty,Dałbym ci ja talar biały,Żeby skrzypki tęgo grały!Hu-ha!Ej, ty praco, twarda praco,Zmyślili cię, nie wiem na co,Zmyślił ciebie dziaduś stary,Co w taneczku nie miał pary!Hu-ha!…
I rzucali młodzi, starzy robotę i lecieli skrzypków owych słuchać, a na wesele choć zza węgła[606] patrzeć, kto tańcować nie mógł. Stała tedy[607] robota we wsi, na ręce ludzkie czekając, stała dzień, dwa, trzy dni, a czas cicho szedł, szedł i odchodził, chleb ze wsi z sobą unosząc.
1236A jak znów Jasiek owczarek grał na fujarce swojej, to się ogromnie smutno robiło w sercach ludzkich, właśnie jakby kto płakał a wyrzekał. Wyraźnie wtedy słychać było:
1237
A kiedy tak fujarka Jaśkowa grała, opadały ludziom przy robocie ręce, pług[611] zdawał się ogromnie ciężki, ziemia nieużyta i twarda, kosa tępa i niebiorąca słomy, przy czym tak ubywało ochoty w każdym ręku, jakby się człek najciężej spracował.
1238Inaczej mistrz Sarabanda. On tak blisko ziemi siedział, że każdą jej moc i wszelką jej dobroć i słodkość znał i grać, i śpiewać o niej tylko umiał. Czy to rankiem, czy wieczorem, na każdy czas śpiewał o tych polach, o tych łąkach, o tych lasach i strumieniach, a zawsze wprost do duszy.
1239Siadł sobie raz ubogi Skrobek na progu chaty, zadumał się, zatęsknił i duszę mu objęła rzewność i kochanie do tej chatynki biednej, którą po dziadach, pradziadach spadkiem wziął.
1240A właśnie zachodziło słońce.
1241Powyłaziły Krasnoludki z zakątka swego patrzeć na ów krąg złocisty, na zorze jasne, na liliowość powietrza przejrzystą, a ów muzyk na góreczce siadł i w ten zachód się zapatrzywszy, śpiewać i grać zaczął.
1242Nadzieja, PrzemianaSłucha Skrobek, brzęczy coś w powietrzu jak gęśliki[612] srebrne, a z brzęku tego idą słowa tak ciche, jakby je samo serce szeptało w piersi, jakby sama dusza…
1243Zadziwił się chłop, słucha, a tu ów głos cichy zrazu, coraz głośniejszy się staje, coraz szerszy, coraz przenikliwszy, aż rozbrzmiała jak organ pieśń na pola, na lasy, aż objęła rzeki, łąki i strumienie, aż zaszumiała liściem grusz polnych i dębów borowych, i szeptem traw łężnych[613], i tą ogromną muzyką, jaka w cichości wieczorowej gra. I uderzyła pieśń potężna, jakby ją chór milionowy z piersi dobył, a pod niebo słał, i jakby milion serc w niej dźwięczało i biło:
1244…Oj ziemio, ty ziemio, sieroto,Jest w tobie i srebro, i złoto,Jest w tobie dla wszystkich dość chleba,Tylko cię miłować potrzeba!…Oj ziemio, ty matko rodzona,Przytulasz ty wszystkich do łona,Oj, dajesz ty życiu swe siły,A kwiecie rozkwiecasz z mogiły!Oj ziemio, ty ziemio kochana,Nie byłaś ty pługiem orana!Nie byłaś zroszona ty potem,Ni ziarnem obsiana tym złotem!
Słuchał tej pieśni chłop Skrobek i poczuł w sobie nagle moc taką, jakiej nigdy przedtem nie miał. I taką gorącość duszną[614] do tego kawałka ziemi poczuł, jakiej nigdy nie miał.
1245Zdawało mu się, że sto ramion i sto rąk ma do karczunku[615], do orki, do wszelkiej ciężkiej pracy, i roztajało mu serce w ogromnym kochaniu do tej opuszczonej schedy[616] swojej i do ubogiego dziedzictwa swojego.
1246Wstał z progu, spojrzał na świat przenikliwym, mocnym wzrokiem, wyciągnął ręce przed siebie, ścisnął pięście i zaszeptał:
1247— Hej, ziemio, ziemio! Hej, praco, praco! Wezmę ja się z tobą za bary. Albo ty mnie zmożesz, albo też ja ciebie!… Tak mi dopomóż Bóg!
Strona 1 z 1 · 63% utworu
Tekst: Wolne Lektury, domena publiczna lub wolna licencja. Spis treści i audiobook.