- Literum
- Lektury szkolne
- Matura podstawowa
- Potop, tom drugi
- Rozdział XXXIX
Potop, tom drugi · Henryk Sienkiewicz
Tom drugi: Rozdział XXXIX
Rozdział XXXIX
5569Była blisko północ, gdy pan Andrzej opowiedział się pierwszym strażom książęcym, ale w całym obozie Bogusława nikt nie spał. Bitwa mogła nastąpić lada chwila, więc przygotowywano się do niej gorliwie. Wojska książęce zajmowały sam Janów, panowały nad gościńcem z Sokółki, którego pilnowała artyleria, przez biegłych elektorskich obsługiwana. Armat tam było trzy tylko, ale prochów i kul dostatek. Z obu stron Janowa, między brzeźniakami, kazał Bogusław usypać szańczyki, na nich zaś ustawić organki[1048] i piechotę. Jazda zajmowała sam Janów, gościniec za armatami oraz przerwy między szańcami. Pozycja dość była obronna i ze świeżym ludem można się było długo i krwawo w niej bronić, lecz nowego żołnierza było tylko ośmset piechoty pod Kyritzem, reszta tak znużona, iż ledwie na nogach stała. Prócz tego wycie tatarskie słyszano w Suchowolu na północ, zatem z tyłu Bogusławowych szyków, skutkiem czego szerzył się pewien postrach między żołnierstwem. Bogusław musiał wysłać w tę stronę wszystką lekką jazdę, która uszedłszy pół mili, nie śmiała ani wracać nazad, ani iść dalej, z obawy jakowej zasadzki w lasach.
5570Bogusław, jakkolwiek febra w połączeniu z silną gorączką dokuczała mu więcej niż kiedykolwiek, sam wszystkim zawiadywał, że zaś na koniu z trudnością mógł usiedzieć, kazał się więc czterem drabantom[1049] nosić w otwartej lektyce. Tak zwiedził gościniec, brzeźniaki i wracał właśnie do Janowa, gdy dano mu znać, iż wysłaniec książęcy się zbliża.
5571Było to już w ulicy. Bogusław nie mógł poznać Kmicica z powodu ciemnej nocy i dlatego że pan Andrzej, przez zbytek ostrożności ze strony oficerów przedniej straży, miał głowę zasłoniętą workiem, w którym tylko otwór na usta był przecięty.
5572Jednakże dostrzegł książę worek, gdyż Kmicic, zlazłszy z konia, stał tuż obok, więc kazał go zdjąć natychmiast.
5573— Tu już Janów — rzekł — i nie ma z czego czynić tajemnicy…
5574Po czym zwrócił się w ciemności do pana Andrzeja:.
5575— Od pana Sapiehy?
5576— Tak jest.
5577— A co tam pan Sakowicz porabia?
5578— Pan Oskierko go podejmuje.
5579— Czemużeście glejtu zażądali, skoro Sakowicza macie? Zbyt ostrożny pan Sapieha, i niech patrzy, aby nie przemądrował.
5580— To nie moja rzecz! — odparł Kmicic.
5581— Ale widzę, że pan poseł niezbyt mowny.
5582— Pismo przywiozłem, a w mojej prywatnej sprawie w kwaterze przemówię.
5583— To jest i prywatka?
5584— Znajdzie się prośba do waszej książęcej mości.
5585— Rad będę nie odmówić. Teraz proszę za sobą. Siadaj waść na koń. Prosiłbym do lektyki, ale za ciasno.
5586Ruszyli. Książę w lektyce, a Kmicic obok konno. I w ciemnościach spoglądali jeden na drugiego, nie mogąc twarzy swych wzajemnie dojrzeć. ChorobaPo chwili książę, mimo futer, trząść się zaczął tak, że aż zębami kłapał. Wreszcie rzekł:
5587— Licho mnie napadło… żeby nie to… brr!… inne bym kondycje[1050] postawił…
5588Pokusa, Honor, Diabeł, ZemstaKmicic nie odrzekł nic i tylko oczami chciał przebić ciemność, wśród której głowa i twarz książęca rysowały się w niewyraźnych, szarych i białawych zarysach. Na dźwięk Bogusławowego głosu i na widok jego postaci wszystkie dawne urazy, stara nienawiść i paląca chęć zemsty wezbrały tak w jego sercu, iż zmieniły się prawie w szał… Ręka mimo woli szukała miecza, który mu odjęto, ale za pasem miał buławę o żelaznej głowie, swój znak pułkownikowski, więc diabeł począł mu zaraz wichrzyć w mózgu i szeptać:
5589— Krzyknij mu w ucho, ktoś jest, i rozbij łeb w drzazgi… Noc ciemna… wydostaniesz się… Kiemlicze z tobą. Zdrajcę zgładzisz… za krzywdy zapłacisz… Uratujesz Oleńkę, Sorokę… Bij! bij!…
5590Kmicic zbliżył się jeszcze bliżej do lektyki i drżącą ręką począł wyciągać zza pasa buzdygan[1051].
5591— Bij!… — szeptał diabeł. — Ojczyźnie się przysłużysz…
5592Kmicic wyciągnął już buławę i ścisnął za rękojeść, jakby ją chciał rozgnieść w dłoni.
5593— Raz, dwa, trzy!… — szepnął diabeł.
5594Lecz w tej chwili koń jego, czy to że uderzył nozdrzami w hełm drabanta, czy przestraszył się, dość, że zarył nagle kopytami w ziemię, potem potknął się silnie; Kmicic poderwał go cuglami. Przez ten czas lektyka oddaliła się o kilkanaście kroków.
5595A junakowi włos stanął dębem na głowie.
5596— Matko Najświętsza, trzymaj mi rękę! — szepnął przez zaciśnięte zęby. — Matko Najświętsza, ratuj! Jam tu poseł, ja od hetmana przyjeżdżam, a chcę jako zbój nocny mordować… Jam szlachcic, jam sługa Twój… Nie wódźże na pokuszenie!
5597— A czego to waść marudzisz? — ozwał się przerywany przez febrę głos Bogusława.
5598— Jestem już!
5599— Słyszysz waść… kury po zapłociach pieją… Trzeba się spieszyć, bom też chory i odpocznienia potrzebuję.
5600Gniew, Konflikt wewnętrznyKmicic zasadził buzdygan za pas i jechał dalej w pobliżu lektyki. Jednakże nie mógł odzyskać spokoju. Rozumiał, że tylko zimną krwią i panowaniem nad sobą zdoła uwolnić Sorokę; dlatego układał sobie z góry, jakimi słowy[1052] ma przemówić do księcia, aby go skłonić i przekonać. Przysięgał więc sobie, że tylko Sorokę mieć będzie na uwadze, że o niczym innym ani wspomni, a zwłaszcza o Oleńce.
5601I czuł, jak w ciemności gorące rumieńce oblewają mu twarz na myśl, że może sam książę wspomni o niej, a może wspomni coś takiego, czego nie będzie mógł pan Andrzej przetrzymać ani wysłuchać.
5602— Niechże jej nie tyka — mówił sobie w duszy — niech jej nie tyka, bo w tym jego śmierć i moja… Niech nad sobą samym ma miłosierdzie, jeżeli mu sromu[1053] nie starczy…
5603I cierpiał okrutnie pan Andrzej; w piersiach nie stawało mu powietrza, a gardło tak miał ściśnięte, iż bał się, że gdy przyjdzie mówić, słowa nie zdoła z siebie wydobyć. W tym ucisku dusznym począł litanię odmawiać.
5604Po chwili przyszła nań ulga, uspokoił się znacznie i owa niby obręcz żelazna, która gniotła mu krtań, sfolżała[1054].
5605Tymczasem przyjechali do książęcej kwatery. Drabanci postawili lektykę; dwóch rękodajnych[1055] dworzan wzięło księcia pod ramiona; on zaś zwrócił się do Kmicica i szczękając ciągle zębami, rzekł:
5606— Proszę za sobą… Paroksyzm[1056] zaraz minie… Będziem się mogli rozmówić.
5607Jakoż po chwili znaleźli się obaj w osobnej komnacie, w której na kominie żarzyły się kupy węgli i gorąco było nieznośnie. Tam ułożono księcia Bogusława na długim polowym krześle, okryto futrami i przyniesiono światło. Za czym dworzanie oddalili się, książę zaś przechylił w tył głowę, przymknął oczy i tak pozostał czas jakiś nieruchomy.
5608Wreszcie rzekł:
5609— Zaraz… niech odpocznę…
5610Duch, Choroba, WrógKmicic patrzył na niego. Książę nie zmienił się wiele, jeno febra ściągnęła mu twarz. Ubielony był jak zwykle i na jagodach pomalowany barwiczką, ale właśnie dlatego, gdy leżał tak z zamkniętymi oczyma i z głową przechyloną, podobny był trochę do trupa albo woskowej figury.
5611Pan Andrzej stał przed nim w świetle świecznika. Książęce powieki poczęły się otwierać leniwie, nagle otworzyły się zupełnie i jakoby płomień przeleciał mu przez twarz. Lecz trwało to przez oka mgnienie, po czym znów zamknął oczy.
5612– Jeśliś jest duch, nie boję się ciebie — rzekł — ale przepadnij!
5613— Przyjechałem z pismem od hetmana — odpowiedział Kmicic.
5614Bogusław wzdrygnął się nieznacznie, jakoby się chciał z mar otrząsnąć; następnie popatrzył na Kmicica i ozwał się:
5615— Chybiłem waćpana?
5616— Nie ze wszystkim — odpowiedział ponuro pan Andrzej, ukazując palcem na bliznę.
5617— To już drugi!… — mruknął na wpół do siebie książę.
5618I głośno dodał:
5619— Gdzie jest pismo?
5620— Jest — odrzekł Kmicic, podając list.
5621Bogusław począł czytać, a gdy skończył, dziwne światła błysnęły mu w oczach.
5622— Dobrze! — wyrzekł — dość marudztwa!… Jutro bitwa… I rad jestem, bo jutro febry nie mam[1057].
5623— I u nas po równo radzi — odparł Kmicic.
5624Nastała chwila milczenia, w czasie której dwóch tych nieubłaganych, wrogów mierzyło się oczyma z pewną straszliwą ciekawością.
5625Książę pierwszy począł rozmowę:
5626— Zgaduję, że to waść mnie tak dojeżdżał z Tatary[1058]?…
5627— Ja…
5628— A żeś to nie bał się tu przyjechać?…
5629Kmicic nie odrzekł nic.
5630— Chybaś na pokrewieństwo przez Kiszków liczył… Bo to my mamy ze sobą rachunki… Mogę panie kawalerze kazać ze skóry obedrzeć.
5631— Możesz, wasza książęca mość.
5632— Przyjechałeś z glejtem, prawda… Rozumiem teraz, dlaczego pan Sapieha go żądał… Aleś na życie moje nastawał… Tam Sakowicz zatrzymany; wszelako… pan wojewoda nie ma prawa do Sakowicza, a ja do ciebie mam… kuzynie…
5633— Przyjechałem z prośbą do waszej książęcej mości…
5634— Proszę! Możesz liczyć, że dla ciebie wszystką uczynię… Jakaż to prośba?
5635— Jest tu schwytany żołnierz, jeden z tych, którzy mi pomagali waszą książęcą mość porwać. Ja dawałem rozkazy, on działał jako ślepe instrumentum. Tego żołnierza zechciej wasza książęca mość na wolność wypuścić.
5636Bogusław pomyślał chwilę.
5637— Panie kawalerze — rzekł — namyślam się, czyś lepszy żołnierz, czy też bezczelniejszy suplikant[1059]…
5638— Ja tego człowieka darmo od waszej książęcej mości nię chcę.
5639— A co mi za niego dajesz?
5640— Samego siebie.
5641— Proszę, takiż to miles praeciosus[1060]… Hojnie płacisz, ale bacz, by ci starczyło, boć jeszcze pewnie kogoś chciałbyś ode mnie wykupić…
5642Kmicic posunął się o krok bliżej i pobladł tak straszliwie, iż książę mimo woli spojrzał na drzwi i mimo całej swej odwagi, zmienił przedmiot rozmowy.
5643— Pan Sapieha na takowy układ nie przystanie — rzekł. — Rad bym cię miał, alem słowem książęcym za bezpieczeństwo twoje zaręczył.
5644— Przez tego żołnierza odpiszę panu hetmanowi, żem dobrowolnie został.
5645— A on zażąda, bym cię wbrew twej woli odesłał. Zbyt znaczne oddałeś mu posługi… I Sakowicza mi nie puści, a Sakowicza więcej cenię niż ciebie…
5646— To uwolnij wasza książęca mość i tak tego żołnierza, a ja się na parol[1061] stawię, gdzie rozkażesz.
5647— Jutro może mi legnąć przyjdzie. Nic mi po układach na pojutrze…
5648— Błagam waszą książęcą mość! Za tego człowieka ja…
5649— Co ty?
5650Zemsta, Polowanie— Zemsty poniecham.
5651— Widzisz, panie Kmicic, siła razy chodziłem na niedźwiedzia z oszczepem, nie dlatego, żem musiał, ale z ochoty. Lubię, gdy mi jakowe niebezpieczeństwo grozi, bo mi się życie mniej kuczy[1062]. Owóż i twoją zemstę jako uciechę sobie zostawuję, ile że ci przyznać muszę, żeś z takowych niedźwiedzi, co to same strzelca szukają.
5652— Wasza książęca mość — rzekł Kmicic — za małe miłosierdzie często Bóg wielkie grzechy odpuszcza. Nikt z nas nie wie, kiedy mu przed sądem Chrystusowym stanąć przyjdzie.
5653— Dosyć! — przerwał książę. — Ja też sobie psalmy mimo febry komponuję, żeby jakowąś zasługę mieć przed Panem, a potrzebowałbymli predykanta[1063], to bym swego zawołał… Waść nie umiesz prosić dość pokornie i na manowce leziesz… Ja ci sam podam sposób: uderz jutro w bitwie na pana Sapiehę, a ja pojutrze tego gemajna[1064] wypuszczę i tobie winy przebaczę… Zdradziłeś Radziwiłłów, zdradźże Sapiehę…
5654— Ostatnieli to słowo waszej książęcej mości?… Na wszystko święte zaklinam waszą książęcą mość…
5655— Nie! Diabli cię biorą, dobrze!… I na twarzy się mienisz… Nie przychodź jeno za blisko, bo chociaż ludzi mi wstyd wołać… ale patrz tu! Zbytniś rezolut!
5656To rzekłszy, Bogusław ukazał spod futra, którym był okryty, lufę pistoletu i począł patrzeć iskrzącymi oczyma w oczy Kmicica.
5657— Wasza książęca mość! — zakrzyknął Kmicic, składając wprawdzie ręce jak do prośby, ale z twarzą przez gniew zmienioną.
5658Pokora, Pycha, Honor, Rycerz, Wierność, Gniew, Zemsta— To prosisz, a grozisz?… — rzekł Bogusław — kark zginasz, a diabeł ci zza kołnierza zęby do mnie szczerzy?… To pycha ci z ócz błyska, a w gębie grzmi jak w chmurze? Czołem do radziwiłłowskich nóg przy prośbie, mopanku!… Łbem o podłogę bić! wówczas ci odpowiem!…
5659Twarz pana Andrzeja blada była jak chusta, ręką pociągnął po mokrym czole, po oczach, po twarzy i odrzekł tak przerywanym głosem, jak gdyby febra, na którą cierpiał książę, nagle rzuciła się na niego.
5660— Jeżeli wasza książęca mość tego starego żołnierza mi wypuści… to… ja… waszej książęcej mości… paść do… nóg… gotów…
5661Zadowolenie błysnęło w Bogusławowych oczach. Wroga upokorzył, dumny kark zgiął. Lepszego pokarmu nie mógł dać zemście i nienawiści.
5662Kmicic stał zaś przed nim z włosem zjeżonym w czuprynie, dygocący na całym ciele. Twarz jego, nawet w spokoju do głowy jastrzębiej podobna, przypominała tym bardziej drapieżnego i rozwścieczonego ptaka. Nie zgadłeś, czy za chwilę rzuci się do nóg, czy do piersi książęcej…
5663A Bogusław, nie spuszczając go z oka, rzekł:
5664— Przy świadkach! przy ludziach!
5665I zwrócił się ku drzwiom:
5666— Bywaj!
5667Przez otwarte drzwi weszło kilkunastu dworzan, Polaków i cudzoziemców. Za nimi poczęli wchodzić oficerowie.
5668— Mości panowie! — rzekł książę — oto pan Kmicic, chorąży orszański i poseł od pana Sapiehy, ma mnie o łaskę prosić i chce wszystkich waszmościów mieć za świadków!…
5669Kmicic zatoczył się jak pijany, jęknął i padł do nóg Bogusławowych.
5670A książę wyciągnął je umyślnie tak, że koniec jego rajtarskiego buta dotykał czoła rycerza.
5671Wszyscy patrzyli w milczeniu, zdumieni słynnym nazwiskiem, jak i tym, że ów, który je nosił, był teraz posłem od pana Sapiehy. Wszyscy rozumieli też, że dzieje się coś nadzwyczajnego.
5672Tymczasem książę wstał i nie rzekłszy ni słowa, przeszedł do przyległej komnaty, kiwnął tylko na dwóch dworzan, żeby szli za nim.
5673Kmicic podniósł się. W twarzy jego nie było już gniewu ni drapieżności, tylko nieczułość i obojętność. Zdawało się, iż nie rozeznaje wcale, co się z nim dzieje, i że energia jego złamała się zupełnie.
5674Upłynęło pół godziny, godzina. Za oknem słychać było tętent kopyt końskich i miarowe kroki żołnierzy, on siedział ciągle, jakby kamienny.
5675Nagle otworzyły się drzwi do przysionka. Wszedł oficer, dawny znajomy Kmicica z Birż, i ośmiu żołnierzy, czterech z muszkietami, czterech bez strzelb, tylko przy szablach.
5676— Mości pułkowniku, powstań waszmość! — rzekł grzecznie oficer.
5677Kmicic popatrzył na niego błędnie.
5678— Głowbicz… — rzekł, poznając oficera.
5679— Mam rozkaz — odparł Głowbicz — związać waszej mości ręce i wyprowadzić za Janów. Na czas to wiązanie, później odjedziesz wasza mość wolno… Dlatego proszę waszej mości nie stawiać oporu…
5680— Wiąż! — odrzekł Kmicic.
5681I pozwolił się bez oporu skrępować. Ale nóg mu nie wiązano. Oficer wyprowadził go z komnaty i wiódł piechotą przez Janów. Za czym szli jeszcze z godzinę. Po drodze przyłączyło się kilku jezdnych. Kmicic słyszał, że rozmawiają po polsku, Polacy bowiem, którzy jeszcze służyli u Bogusława, znali wszyscy nazwisko Kmicica i dlatego najciekawsi byli, co się z nim stanie. Orszak minął brzeźniak i znalazł się w pustym polu, na którym ujrzał pan Andrzej oddział lekkiej polskiej chorągwi Bogusławowej.
5682Żołnierze stali szeregiem w kwadrat, w środku był majdan, na nim dwóch tylko piechurów trzymających konie, ubrane w szleje, i kilkunastu ludzi z pochodniami.
5683Przy ich blasku ujrzał pan Andrzej pal świeżo zaostrzony, leżący poziomo i przymocowany drugim końcem do grubego pnia drzewa.
5684Kmicica mimo woli dreszcze przeszły.
5685„To dla mnie — pomyślał — końmi mnie każe na pal nawlec… Dla zemsty Sakowicza poświęca!”
5686Lecz mylił się, pal przeznaczony był przede wszystkim dla Soroki.
5687Przy migocących płomykach dojrzał pan Andrzej samego Sorokę; stary żołnierz siedział tuż obok pnia na zydlu, bez czapki i ze skrępowanymi rękoma, pilnowany przez czterech żołnierzy. Jakiś człek, ubrany w półkożuszek bez rękawów, podawał mu w tej chwili gorzałkę w płaskim kubku, którą Soroka pił dość chciwie. Wypiwszy, splunął, a że w tej właśnie chwili postawiono Kmicica między dwoma konnymi w pierwszym szeregu, więc żołnierzysko dojrzał go, zerwał się z zydla i wyprostował się jakby na paradzie wojskowej.
5688Przez chwilę patrzyli na się obaj. Soroka twarz miał dość spokojną i zrezygnowaną, poruszał tylko szczękami, jak gdyby żuł.
5689— Soroka… — jęknął wreszcie Kmicic.
5690— Wedle rozkazu! — odpowiedział żołnierz.
5691I znowu nastało milczenie. Cóż mieli mówić w takiej chwili! Wtem oprawca, który podawał poprzednio Soroce wódkę, zbliżył się do niego.
5692— No, stary — rzekł — czas na cię.
5693— A prosto nawłóczcie!
5694— Nie bój się.
5695Soroka nie bał się, ale gdy uczuł na sobie ramię oprawcy, począł sapać szybko i głośno, nareszcie rzekł:
5696— Gorzałki jeszcze…
5697— Nie ma!
5698Nagle jeden z żołnierzy wysunął się z szeregu i podał blaszankę.
5699— Jest. Dajcie mu!
5700— Do ordynku! — zakomenderował Głowbicz.
5701Jednakże człek w kożuszku przechylił manierkę do ust Soroki, on zaś pił obficie, a wypiwszy, odetchnął głęboko.
5702— Ot! — rzekł — żołnierski los, za trzydzieści lat służby… Nu, czas to czas!
5703Drugi oprawca zbliżył się i poczęto go rozbierać.
5704Nastała chwila ciszy.
5705Pochodnie drżały w rękach trzymających je ludzi. Wszystkim uczyniło się straszno.
5706Wtem pomruk zerwał się wśród otaczających majdan szeregów i stawał się coraz głośniejszy. Żołnierz nie kat. Sam zadaje śmierć, lecz widoku męki nie lubi.
5707— Milczeć! — krzyknął Głowbicz.
5708Pomruk zmienił się w gwar głośny, w którym brzmiały pojedyncze słowa: „diabli!”, „pioruny!”, „pogańska służba!…”
5709Nagle Kmicic krzyknął tak, jakby jego samego na pal nawłóczono:
5710— Stój!!
5711Oprawcy wstrzymali się mimo woli. Wszystkie oczy zwróciły się na Kmicica.
5712— Żołnierze! — krzyknął pan Andrzej. — Książę Bogusław zdrajca przeciw królowi i Rzeczypospolitej! Was otoczono i jutro w pień wycięci będziecie! Zdrajcy służycie! Przeciw ojczyźnie służycie! Ale kto służbę porzuci, zdrajcę porzuci, temu przebaczenie królewskie, przebaczenie hetmańskie!… Wybierajcie! Śmierć i hańba albo nagroda jutro! Lafę wypłacę i dukat na głowę, dwa na głowę!… Wybierajcie!! Nie wam, godnym żołnierzom, zdrajcy służyć! Niech żyje król! Niech żyje hetman wielki litewski!
5713Gwar przeszedł w huk. Szeregi złamały się.
5714Kilkanaście głosów krzyknęło:
5715— Niech żyje król!
5716— Dość służby!
5717— Na pohybel zdrajcy!
5718— Stać! stać! — wrzeszczały inne głosy.
5719— Jutro wam w hańbie umierać! — ryczał Kmicic.
5720— Tatarzy w Suchowolu!
5721— Książę zdrajca!
5722— Przeciw królowi wojujem!
5723— Bij!
5724— Do księcia!
5725— Stój!
5726W zamieszaniu jakaś szabla przecięła powrozy krępujące ręce Kmicica. Ten zaś skoczył w tej chwili na jednego z owych koni, które Sorokę na pal naciągnąć miały, i krzyknął już z konia:
5727— Za mną do hetmana!
5728— Idę! — wrzasnął Głowbicz. — Niech żyje król! — Niech żyje! — odpowiedziało pięćdziesiąt głosów i pięćdziesiąt szabel błysnęło jednocześnie
5729— Na koń Sorokę! — zakomenderował znowu Kmicic.
5730Byli tacy, którzy opierać się chcieli, lecz na widok gołych szabel umilkli. Jeden wszelako zawrócił konia i znikł po chwili z oczu. Pochodnie zgasły. Ciemność ogarnęła wszystkich.
5731— Za mną! — rozległ się głos Kmicica.
5732I kłąb ludzi bezładny ruszył z miejsca; potem wyciągnął się w długiego węża.
5733Ujechawszy dwie lub trzy staje, trafili na straże piechurów, których większe masy zajmowały brzeźniak leżący z lewej strony.
5734— Kto idzie? — ozwały się głosy.
5735— Głowbicz z podjazdem!
5736— Hasło?
5737— Trąby[1065]!
5738— Przechodź!
5739I przejechali, nie spiesząc się zbytnio; następnie puścili się rysią.
5740— Soroka! — rzekł Kmicic.
5741— Wedle rozkazu! — ozwał się obok głos wachmistrza.
5742Kmicic nie mówił nic więcej, tylko wyciągnąwszy rękę, wsparł dłoń na głowie wachmistrza — jakby się chciał przekonać, czy jedzie obok.
5743Żołnierz przycisnął w milczeniu tę dłoń do ust.
5744Wtem ozwał się Głowbicz z drugiego boku:
5745— Wasza miłość! dawnom to chciał uczynić, co teraz czynię.
5746— Nie pożałujecie!
5747— Całe życie będę waszej miłości wdzięczny!
5748— Słuchaj, Głowbicz, czemu to książę was wysłał, nie cudzoziemski regiment, na egzekucję?
5749— Bo chciał waszą miłość przy Polakach pohańbić. Obcy żołnierz nie zna waszej miłości.
5750— A mnie nic nie miało się stać?
5751— Waszej miłości miałem rozkaz powrozy rozciąć. Gdyby zaś wasza miłość porwała się do obrony Soroki, mieliśmy ją przed księcia dostawić po ukaranie.
5752— Więc i Sakowicza chciał poświęcić — mruknął Kmicic.
5753Tymczasem w Janowie książę Bogusław, zmożon febrą i dziennym trudem, spać już poszedł. Ze snu głębokiego rozbudził go rejwach przed kwaterą i pukanie do drzwi.
5754— Wasza książęca mość! wasza książęca mość! — wołało kilka głosów.
5755— Śpi! nie budzić — odpowiadali paziowie.
5756Lecz książę siadł na łożu i krzyknął:
5757— Światła!
5758Wniesiono światło, jednocześnie z nim wszedł oficer służbowy.
5759— Wasza książęca mość! — rzekł — poseł sapieżyński pobuntował Głowbiczową chorągiew i odprowadził ją do hetmana.
5760Nastała chwila ciszy.
5761— Bić w kotły i w bębny — ozwał się wreszcie Bogusław — niech wojsko w szyku staje!
5762Oficer wyszedł, książę pozostał sam.
5763— To straszny człek! — rzekł sam do siebie.
5764I uczuł, że chwyta go nowy paroksyzm febry.
Strona 1 z 1 · 99% utworu
Tekst: Wolne Lektury, domena publiczna lub wolna licencja. Spis treści i audiobook.