Potop, tom drugi · Henryk Sienkiewicz
Tom drugi: Rozdział XL
Rozdział XL
5765Łatwo sobie wyobrazić zdziwienie pana Sapiehy, gdy Kmicic nie tylko wrócił sam bezpiecznie, lecz przywiódł ze sobą kilkadziesiąt koni i starego sługę. Kmicic po dwakroć musiał opowiadać hetmanowi i panu Oskierce, jak i co się stało, oni zaś słuchali z ciekawością, bijąc często w dłonie i za głowę się biorąc.
5766Zemsta— Uważ z tego — rzekł hetman — że kto w zemście przesadzi, temu się ona częstokroć jako ptak z palców wychynie. Książę Bogusław Polaków jako świadków twej hańby i męki mieć chciał, aby cię gorzej sponiewierać, i przesadził. Ale się z tego nie chełp, bo to zrządzenie boskie dało ci wiktorię, chociaż, swoją drogą, to jedno ci powiem: on diabeł, aleś i ty diabeł! Źle książę uczynił, że cię spostponował[1066].
5767— Ja go nie spostponuję i w zemście, da Bóg, nie przesadzę!
5768— Niechaj jej całkiem, jako Chrystus niechał, chociaż Bogiem będąc, mógł jednym słowem Żydowinów pogrążyć.
5769Sen, Obowiązek, WojnaKmicic nie odrzekł nic, bo też i nie było czasu na rozprawy; nie było nawet i na wypoczynek. Rycerz był znużon śmiertelnie, a jednak tej nocy jeszcze postanowił jechać do swoich Tatarów, którzy za Janowem stali w lasach i na gościńcach z tyłu wojsk Bogusławowych. Ale ówcześni ludzie dobrze sypiali na kulbakach. Kazał więc tylko pan Andrzej konia świeżego siodłać, obiecując sobie, że się przez drogę smaczno wydrzemie.
5770Na samym wsiadanym przyszedł do niego Soroka i wyprostował się po służbie.
5771— Wasza miłość! — rzekł.
5772— A co powiesz, stary?
5773— Przyszedłem spytać, kiedy mi jechać?
5774— Dokąd?
5775— Do Taurogów.
5776Kmicic rozśmiał się.
5777— Nie pojedziesz wcale do Taurogów, pojedziesz ze mną.
5778— Wedle rozkazu! — odpowiedział wachmistrz, starając się nie pokazać po sobie ukontentowania[1067].
5779Jakoż pojechali razem. Droga była długa, bo należało okładać lasami, aby nie wpaść na Bogusława, za to Kmicic i Soroka wyspali się setnie i bez żadnej przygody przybyli do Tatarów.
5780Akbah-Ułan stawił się zaraz przed Babiniczem i zdał mu relację ze swych czynności. Pan Andrzej kontent z nich był: wszystkie mosty zostały popalone, groble poniszczone; nie dość na tym: wody z wiosną rozlały, zmieniwszy pola, łąki i niższe drogi w grząskie błoto.
5781Bogusław nie miał innego wyboru, jak bić się, zwyciężyć lub zginąć. O odwrocie niepodobna mu było myśleć.
5782Wojna, Wróg, Pieniądz, Interes— Dobrze — rzekł Kmicic — zacną ma rajtarię, ale ciężką. Nie będzie z niej na dzisiejsze błota użytku.
5783Po czym zwrócił się do Akbah-Ułana.
5784— Schudłeś! — rzekł, uderzając go w brzuch pięścią — ale po bitwie dukatami książęcymi sobie kałdun[1068] napełnisz.
5785— Bóg stworzył nieprzyjaciół, aby mężowie wojenni łup z kogo brać mieli — odrzekł poważnie Tatar.
5786— A jazda Bogusławowa stoi przeciw wam?
5787— Jest ich kilkaset koni dobrych, a wczoraj nadesłano im regiment piechoty i okopali się.
5788— Zaśby ich nie można w pole wywabić?
5789— Nie wychodzą.
5790— A obejść i zostawić, aby się do Janowa dostać?
5791— Na drodze leżą.
5792— Trzeba będzie coś obmyślić!
5793To rzekłszy, Kmicic począł się ręką gładzić po czuprynie.
5794— Próbowaliście podchodzić? Jak daleko wypadają za wami?
5795— Na staje[1069], dwa… dalej nie chcą.
5796— Trzeba będzie coś obmyślić! — powtórzył Kmicic.
5797Lecz tej nocy nic już nie obmyślił. Za to nazajutrz podjechał z Tatary[1070] pod obóz, leżący między Suchowolem a Janowem, i rozpoznał, że Akbah-Ułan przesadzał, mówiąc, że piechota okopała się z tej strony, były tam bowiem tylko szańczyki, nic więcej. Można się było z nich długo bronić, zwłaszcza przeciw Tatarom, którzy nieskoro szli wprost na ogień do ataku, ale nie można było myśleć o wytrzymaniu jakiegokolwiek oblężenia.
5798„Gdybym miał piechotę — pomyślał Kmicic — poszedłbym na dym…”
5799Lecz o sprowadzeniu piechoty trudno było i marzyć, bo naprzód, pan Sapieha sam nie miał jej do zbytku, po wtóre, czasu na ściągnięcie jej brakło.
5800Kmicic podjechał tak blisko, iż piechurowie Bogusławowi poczęli do niego ognia dawać, lecz on nie zważał na to, jeździł między kulami, rozpatrywał się, oglądał, a Tatarowie, choć na ogień mniej wytrzymali, musieli mu dotrzymywać kroku. Potem zasię wypadła jazda i zajechała go z boku. On umknął się, poszedł trzy tysiące kroków i wraz ku nim zawrócił.
5801Lecz oni zwrócili także z miejsca ku szańczykom. Na próżno Tatarowie wypuścili za nimi chmurę strzał. Spadł tylko jeden człek z konia, a i to zabrali go i ponieśli.
5802Kmicic w powrocie, zamiast jechać wprost do Suchowola, rzucił się ku zachodowi i dotarł do Kamionki.
5803Bagnista rzeka rozlała szeroko, bo wiosna była nad podziw w wody obfita. Kmicic popatrzył na rzekę, rzucił w wodę kilkanaście pokruszonych gałązek, aby bystrość prądu wymiarkować, i rzekł do Ułana:
5804— Tędy ich bokiem obejdziemy i z tyłu na nich uderzym.
5805— Pod wodę konie nie popłyną.
5806— Leniwo idzie. Popłyną! Ta woda prawie stoi.
5807— Konie skostnieją i ludzi nie utrzymają. Zimno jeszcze.
5808— Ludzie popłyną za ogonami. To wasz tatarski proceder.
5809— Ludzie skostnieją.
5810— Rozgrzeją się w ogniu.
5811— Kiszmet[1071]!
5812Nim zmroczyło się na świecie, Kmicic kazał naciąć pęki łoziny, zwiędłego sitowia, trzcin i poprzywiązywać koniom do boków.
5813Przy pierwszej gwieździe rzucił w wodę około ośmiuset koni i poczęli płynąć. On sam płynął na czele, lecz wkrótce zmiarkował, że tak wolno posuwają się naprzód, iż za dwa dni nie przepłyną poza szańce.
5814Wówczas kazał się przeprawić na drugi brzeg.
5815Niebezpieczne to było przedsięwzięcie. Drugi brzeg był prosty i bagnisty. Konie, choć lekkie, lgnęły po brzuchy. Lecz posuwali się naprzód, lubo[1072] wolno i ratując jeden drugiego.
5816Tak szli parę stai.
5817Gwiazdy pokazywały północ. Wtem od południa doszły ich echa dalekiej palby.
5818— Bitwa poczęta! — krzyknął Kmicic.
5819— Potoniem! — odpowiedział Akbah-Ułan.
5820— Za mną!
5821Tatarzy nie wiedzieli, co czynić, gdy nagle spostrzegli, iż koń Kmicicowy wynurzył się z błota, trafiwszy widocznie na twardy grunt.
5822Jakoż poczęła się ława piasku. Po wierzchu było wody do piersi końskich, lecz grunt pod spodem twardy. Szli zatem żwawiej. Na lewo mignęły im dalekie ognie!
5823— To szańce! — rzekł cicho Kmicic. — Mijamy! obejdziemy!
5824Po chwili minęli szańce istotnie. Wówczas zwrócili na lewo i wparli znów bachmaty w rzekę, aby wylądować za szańcami.
5825Przeszło sto koni ulgnęło tuż przy brzegu. Lecz ludzie wydostali się na brzeg prawie wszyscy. Kmicic kazał spieszonym[1073] siadać za jezdnymi i ruszył ku szańcom. Poprzednio zostawił był dwustu wolentarzy[1074] z rozkazem, by niepokoili szańce z przodu przez ten czas, gdy im będzie tył zachodził. Jakoż zbliżywszy się, usłyszał strzały zrazu rzadkie, potem coraz gęstsze.
5826— Dobrze! — rzekł — tamci atakują!
5827I ruszyli.
5828W ciemności widać było tylko gromadę głów podskakujących pod miarę końskiego chodu; szabla nie zabrzękła, zbroja nie zadzwoniła, Tatarzy i wolentarze umieli iść tak cicho jak wilcy.
5829Od strony Janowa palba stawała się coraz potężniejsza, widoczne było, że pan Sapieha nastąpił na całej linii.
5830Lecz na szańczykach, ku którym dążył Kmicic, brzmiały także okrzyki. Kilka stosów drzewa paliło się na nich, rozrzucając blask silny. Przy onym blasku dojrzał pan Andrzej piechurów strzelających z rzadka, więcej patrzących przed się w pole, na którym jazda ucierała się z wolentarzami.
5831Dojrzano i jego ze szańców, lecz zamiast strzałami, przywitano nadciągający oddział gromkim okrzykiem. Żołnierze sądzili, że to książę Bogusław przysyła im pomoc.
5832Lecz gdy zaledwie sto kroków dzieliło nadjeżdżającą gromadę od szańców, piechota poczęła ruszać się w nich niespokojnie; coraz więcej żołnierzy, przykrywając rękoma czoła, patrzyło, co za lud nadjeżdża.
5833Wtem na kroków pięćdziesiąt straszliwe wycie targnęło powietrzem i oddział rzucił się jak burza, ogarnął piechotę, otoczył ją pierścieniem i cała ta masa ludzi poczęła się poruszać konwulsyjnie. Rzekłbyś: olbrzymi wąż dusi upatrzoną ofiarę.
5834W kupie owej brzmiały rozdzierające wrzaski: — Ałła[1075]! Herr Jesus! Mein Gott![1076]
5835Za szańcami brzmiały nowe okrzyki, bo wolentarze, choć w słabszej liczbie, poznawszy, iż pan Babinicz już w szańcach, natarli z wściekłością na jazdę. Tymczasem niebo, które chmurzyło się już od niejakiego czasu, jako zwyczajnie na wiosnę, lunęło gęstym, niespodzianym dżdżem. Stosy płonące zagasły i walka trwała w ciemnościach.
5836Lecz nie trwała już długo. Napadnięci znienacka Bogusławowi piechurowie poszli pod nóż. Jazda, w której dużo było swoich ludzi, złożyła broń. Obcych, mianowicie sto dragonii, w pień wycięto.
5837Gdy księżyc wychynął się znów zza chmur, oświecił tylko gromady Tatarów docinających rannych i biorących łup.
5838Lecz nie trwało to długo. Rozległ się przeraźliwy głos piszczałki: Tatarzy i wolentarze jak jeden człowiek skoczyli na koń.
5839— Za mną! — krzyknął Kmicic.
5840I poprowadził ich jak wicher do Janowa.
5841W kwadrans później podpalono nieszczęsną osadę w czterech rogach, a w godzinę jedno morze płomieni rozlało się tak szeroko, jak starczyło Janowa. Nad pożogą wylatywały ku czerwonemu niebu słupy skier ognistych.
5842Tak pan Kmicic dawał znać hetmanowi, iż wziął tył Bogusławowemu wojsku.
5843Walka, Wojna, WrógSam zaś, jak kat od krwi ludzkiej czerwony, szykował wśród płomieni swych Tatarów, aby powieść ich dalej.
5844Już stanęli w ordynku i wyciągnęli się w ławę, gdy nagle, na polu oświeconym jak w dzień pożarem, ujrzeli przed sobą oddział olbrzymiej rajtarii elektorskiej.
5845Wiódł ją rycerz, widny z daleka, bo w srebrne blachy ubrany i siedzący na białym koniu.
5846— Bogusław! — ryknął nieludzkim głosem Kmicic i runął z całą tatarską ławą naprzód.
5847Szli więc ku sobie jako dwie fale dwoma wichrami gnane. Przestrzeń dzieliła ich znaczna, więc konie po obu stronach wzięły pęd największy i szły ze stulonymi uszami wyciągnięte jak charty, ziemię niemal brzuchami szorując. Z jednej strony lud olbrzymi, w błyszczących kirysach[1077], z prostymi szablami wyniesionymi w prawicach ku górze, z drugiej szara ćma tatarska.
5848Wreszcie zderzyli się długą ławą na widnym polu, lecz wówczas stało się coś strasznego. Tatarska ćma padła jak łan położony wichrem; olbrzymi lud przejechał po niej i leciał dalej, jakoby ludzie i konie mieli siłę gromów, a skrzydła burzy.
5849Po niejakim czasie zerwało się kilkudziesięciu Tatarów i poczęło ich ścigać. Po dziczy można przejechać, lecz zgnieść jej jednym przejazdem niepodobna. Toteż coraz więcej ludzi dążyło za uciekającą rajtarią. Arkany[1078] poczęły świstać w powietrzu.
5850Lecz na czele uciekających jeździec na białym koniu biegł ciągle w pierwszym szeregu, a między ścigającymi nie było Kmicica.
5851Szarym rankiem poczęli dopiero powracać Tatarowie i każdy niemal wiódł na arkanie rajtara. Wnet znaleźli Kmicica i bezprztomnego odwieźli do pana Sapiehy.
5852Hetman sam siedział nad jego łożem. O południu otworzył pan Andrzej oczy.
5853— Gdzie Bogusław? — były jego pierwsze słowa.
5854— Zniesion ze szczętem… Bóg pofortunił mu z początku, więc wyszedł z brzeźniaków i w gołym polu wpadł na piechoty pana Oskierki, tam utracił ludzi i wiktorię… Nie wiem, czy pięćset ludzi nawet uszło, bo siła[1079] jeszcze twoi Tatarzy wyłapali..
5855— A onże sam?
5856— Uszedł.
5857Kmicic pomilczał chwilę i rzekł:
5858— Jeszcze mi się z nim nie mierzyć. Ciął mnie koncerzem[1080] w głowę i obalił razem z koniem… Szczęściem misiurka[1081] z cnotliwej stali nie puściła, alem zemdlał.
5859— Tę misiurkę powinieneś w kościele powiesić.
5860— Będziem go ścigali choćby na kraj świata! — rzekł Kmicic.
5861Na to hetman:
5862— Patrzaj, jaką wiadomość dziś odebrałem po bitwie.
5863I podał mu list.
5864List, Patriota, Obowiązek, OjczyznaKmicic przeczytał w głos następujące słowa:
5865„Król szwedzki ruszył z Elbląga, idzie na Zamość, stamtąd na Lwów, na króla. Przybywaj, Wasza Dostojność, z wszystką potęgą na ratunek Panu i Ojczyźnie, bo sam nie wytrzymam. — Czarniecki.”
5866Nastała chwila milczenia.
5867— A ty ruszysz z nami czy pójdziesz z Tatary[1082] do Taurogów? — spytał hetman.
5868Kmicic zamknął oczy. Wspomniał na słowa księdza Kordeckiego, na to, co mu Wołodyjowski o Skrzetuskim powiadał, i odrzekł:
5869— Na potem prywaty! Przy ojczyźnie chcę się nieprzyjacielowi oponować!
5870Hetman ścisnął go za głowę.
5871— Toś mi brat! — rzekł — a żem stary, przyjm moje błogosławieństwo…
Strona 1 z 1 · 100% utworu
Tekst: Wolne Lektury, domena publiczna lub wolna licencja. Spis treści i audiobook.