- Literum
- Lektury szkolne
- Matura podstawowa
- Boska komedia, Czyściec
- Pieśń I – Pieśń V
Boska komedia, Czyściec · Dante Alighieri
Pieśń I – Pieśń V
Pieśń I
1(Wstęp. Katon. Przygotowania. Wejście.)
Do żeglowania przez weselsze wody
Zwraca ster łódka mego genijusza[1],
Straszne za sobą zostawiając brody.
5
Chcę śpiewać drugie królestwo, gdzie dusza
Czyści się z grzechu przed swym wniebowzięciem.
Zmartwychwstań, pełna poezyjo życia[2]!
O święte Muzy! gorącym zaklęciem
Tu was przyzywam, ja, wasz od powicia!
10
Niech Kalijope[3] wtóruje mej pieśni,
Głosem, co w rozpacz biedne wpędził sroki[4].
Jasne wschodniego szafiru obłoki,
Zlane z błękitem powietrznej przezroczy,
Aż do najpierwszej sfery sięgającej[5],
15
Oswobodzone z martwej piekieł cieśni,
Rozweseliły moją pierś i oczy.
Już piękna gwiazda, co w nas miłość budzi[6],
Ryb w jej orszaku blask chłodno świecący
Gasi; wschód cały w jej uśmiechu płonie.
20
Ku drugiej osi gdy spojrzę na prawo,
Samoczwart gwiazdy świeciły jaskrawo[7],
Jakie widziała pierwsza para ludzi.
W ich blasku niebios rozedniało błonie:
Prawdziwieś wdowi, o septentryjonie[8],
25
Boś pozbawiony widoku gwiazd takich!
Gdym wzrok odrywał od tych gwiazd czworakich
Ku innej osi, gdzie wóz gwiazdy zniknął,
Patrzę, aż przy mnie starzec jeden stoi[9].
Powagą ruchów, sędziwością lica
30
Poszanowaniem dziwnym mnie przeniknął;
Więcej by nie mógł czuć syn dla rodzica.
Broda mu długa, jak włos głowy biała
Dwoistą miotłą na piersi spadała,
Blask, co od czterech świętych gwiazd się roi,
35
Tak mi oświecił jego postać całą,
Jakby już przed nim samo słońce stało.
Starzec tak mówił, trzęsąc brodą białą:
«Kto wy? i jak wy z wiecznego więzienia
Uszliście ślepym korytem strumienia[10]?
40
Kto wam prostował, kto oświecał drogi?
Jakeście śmieli przez wieczne ciemnoty
Przestąpić piekieł zakazane progi?
Czy już otchłani prawo jest złamanem[11],
Że potępieni wchodzicie w me groty?»
45
Wódz mi zalecał i gestem, i słowy,
Abym go uczcił pochyleniem głowy,
Spuszczonym wzrokiem i niższym kolanem.
I mówił: «Ja tu nie jestem sam z siebie,
Na prośbę pani mieszkającej w niebie
50
Stałem się jego przewodnikiem, sługą.
Chcesz, jam twej woli posłuszny poddany.
Skąd i jak idziem? mówić o tym długo.
Jeszcze nie dogasł jego dzień ostatni;
Lecz tak w swych błędów zawikłał się matni,
55
Że mu niewiele chwil życia zostało.
Jak wyżej rzekłem, byłem doń posłany,
Aby go zbawić; odtąd wciąż z nim chodzę:
Już potępionych widział tłuszczę całą,
Teraz chcę jemu pokazać po drodze
60
Tych, co się czyszczą tu pod twoją strażą.
Jak tu on zaszedł, słowa nie wyrażą;
Moc z góry wiodła nas przez to rozdroże,
Dość, że cię widzieć tu i słyszeć może.
Ułomna jego dusza, lecz szlachetna,
65
Szuka wolności, która jak jest miła,
Ty wiesz, boć dla niej śmierć gorzką nie była.
Świadczy Utyka twą oponą krwawą,
Która w dzień wielki zabłyśnie tak świetna[12]!
Nieodwołane dla nas wieczne prawo,
70
On żyw, mnie Minos w swe kręgi nie tłoczy,
Ja jestem z kręgu, gdzie lśnią skromne oczy
Twej wiernej Marcji, której miłość cicha,
O święte serce! wciąż do ciebie wzdycha[13].
O! przez jej miłość błagamy z pokorą,
75
Pozwól nam zwiedzić twych królestw siedmioro,
Za co jej moje dziękczynienie zrobię,
Jeśli pozwolisz tam mówić o tobie».
On odpowiedział: „Tak oczyma memi
Marcję kochałem, pókim był na ziemi,
80
Że wszystkie łaski, ledwo pomyślała,
Co mieć pragnęła, już ode mnie miała.
Teraz gdy mieszka za rzeką jej dusza,
Za krańcem piekła, jej los mię nie wzrusza
Z powodu, który jest prawem dla cieni[14],
85
Odkąd wyszedłem z piekielnej przedsieni.
Jeśli szle ciebie Niebieska Królowa,
Po co te słodkie i pochlebne słowa?
Dość rzec jej rozkaz, a ja ci odpowiem.
Idź więc i wiotkim opasz go sitowiem[15],
90
Brud mu zmyj z twarzy, aby jak przystoi
Wszedł za aniołem do rajskich podwoi[16].
Jest mała wyspa, tam, tam, nieco w dali,
O której brzegi wciąż bije prąd fali,
Gdzie tylko rośnie sitowie i trzcina,
95
A grunt jej cały jest miękki i grząski.
Bo jakaż z twardą łodygą roślina
Ubrana w kruche liście i gałązki,
Przed szturmem wodnym gnie się i odgina?
Nie powracajcie, radzę wam, tą stroną,
100
W tej chwili oto, podnosząc się, słońce
Wskaże pod górę ścieżki mniej nużące,
Jej pochyłością łagodniej skłonioną».
Tak rzekł i zniknął: nic nie mówiąc wstałem
I w oczy wodza mojego spojrzałem.
105
Wódz rzekł: «Mój synu, posłuchaj mej rady,
Wracajmy nazad, a idź w moje ślady,
Bo tam, uważam, pochyłość tej błoni
Aż do swych krańców wyraźnie się kłoni».
Ranną godzinę już goniła zorza,
110
Z dala widziałem blask i drżenie morza.
Płaszczyzną pustą szliśmy nie bez trwogi,
Jako podróżny szukający drogi.
Widziałem rosę walczącą ze słońcem,
Ta w cieniu góry skryta przed gorącem
115
Parą nie mogła wznieść się ponad błonie.
Mistrz mój na trawach złożył obie dłonie,
Łzy, DuszaOdgadłem zamysł i łzą, co przecieka
Z duszy skruszonej przez oczy człowieka,
Spłukane lic mych daję mu jagody.
120
W ten czas mistrz krytą pod piekła zasłoną
Ujrzał mej twarzy barwę przyrodzoną.
I wnet przyszliśmy nad brzeg pusty wody,
Co nie widziała snadź nigdy żeglarzy,
Którym powrócić na ziemię się marzy.
125
Tam on stosownie do starca rozkazu
Dla mnie ze trzciny pas zrobił do razu:
O dziwo! trzcina znów rosła pozioma,
Tam nawet, gdzie ją wyrywał rękoma.
Pieśń II
129(Oddział I. Przedczyściec. Przewoźnicy. Kassela[17].)
130
Słońce w pół drogi do swojego kresu[18],
Już na sam zenit weszło południka,
Pod którym święta Jeruzalem leży.
Przeciwległymi noc idąca tory,
Trzymając Wagę wychodzi z Gangesu,
135
Lecz ta ku słońcu z jej rąk się wymyka:
Przeto gdzie byłem, gdzie dzień błysnął biały,
Ze zbytku wieku pięknej Aurory
Biało-różowe jagody zżółkniały.
Jeszcześmy stali wśród morskich wybrzeży,
140
Jak ten, co myśląc o podróży swojej,
Myślą już idzie, ciałem w miejscu stoi.
Oto, jak ranna przybliża się zorza,
Mars sczerwieniały zapada do morza
Owiany mgłami, tak przez mgłę rozwisłą
145
Nigdy tak szybko cień się nie prześliźnie
Od skrzydeł ptaka po wodnej płaszczyźnie.
I nim zwróciłem oczy pytające
Na mego mistrza, to światło wschodzące
150
Ponad wodami rosło coraz wyżej;
Naprzód zbielały oba światła końce,
Skąd potem inna białość błysła niżej.
Mistrz stał w milczeniu z pochylonym czołem:
Z pierwszej białości gdy skrzydła wybłysły,
155
Z drugiej gdy szata mignęła rozwiana,
Poznał żeglarza po białej sukience
I woła: «Klękaj, padaj na kolana,
Patrz, boży anioł! składaj obie ręce,
Odtąd z niejednym spotkasz się aniołem.
160
Patrz, jak ludzkimi on gardzi przemysły,
Bez żaglu, wiosła, tylko skrzydeł dwoje,
A do tych brzegów płynie z tak daleka!
Prosto ku niebu wzniósł skrzydeł oboje,
Patrz, jakim piórem świeci przeźroczystym,
165
Krając powietrze pierzem wiekuistym,
Co się nie zmienia jako włos człowieka».
Już ptak niebieski, widzę, skrzydłem błyska,
Migoce ku nam piórami jasnemi,
Aż moje oczy, znieść nie mogąc z bliska
170
Takiego blasku, opadły ku ziemi.
On lekką łódką, co zdało się, chodzi
Po fal wierzchołkach, do brzegu się zbliża:
Niebieski sternik stał pełen wesela,
Na twarzy jego była wypisana
175
Zdaje się cała szczęśliwość niebiana!
Więcej sta duchów siedziało w tej łodzi.
Kiedy z Egiptu szedł lud Izraela[20]:
Wszyscy społecznie, z zachwytu wyrazem
Ten psalm tak wzniosły śpiewali zarazem.
180
Anioł ich żegnał świętym znakiem krzyża,
Każdy co żywo do brzegu się kinął,
On jak przypłynął, tak, lekki, odpłynął:
Tłum wysadzony na brzeg przez anioła,
W przerwach ciekawie poglądał dokoła,
185
Jak ten, co widzi rzecz obcą wzrokowi.
Już słońce siało dzień po bożym świecie,
Słoneczna strzała trafnie celująca
Ze środka nieba Koziorożca strąca[21].
Z przybyłych duchów nas i ci, i owi
190
Podnosząc czoła zagadli rozmową:
«Drogę do góry wskażcie nam, gdy wiecie[22]».
I odpowiedział Wirgili w te słowo:
«Może myślicie, że to miejsce znamy
Jak wy, my obcy tutaj przybywamy,
195
Na chwil niewiele przyszliśmy przed wami,
Tak nużącymi i złymi drogami,
Że tędy lubo znużeni bezdrożem,
Jakby igraszką dojść pod górę możem».
Duchy spostrzegłszy po moim oddechu,
200
Że jak żyjący oddycham piersiami,
Zbladły zarazem, widząc rzecz tak dziwną!
Jak posła, gałąź gdy niesie oliwną[23],
Ciekawe tłumy jak wałem otoczą,
On co tchu śpieszy, lecz zamiast pospiechu
205
W nacisku zgrai nieraz krok zatrzyma;
Tak ciekawymi mierząc mnie oczyma,
Duchy wkoło mnie cisną się i tłoczą,
Zapominając drogi oczyszczenia.
Wystąpił jeden i ku mnie uprzejmie
210
Wyciąga ręce, zda się, że obejmie,
Chcę z nim zamienić moje uściśnienia.
O cienie! kształt wasz to mara znikoma[24],
Trzy razy chciałem go objąć rękoma,
Trzy razy próżne opadły na piersi.
215
Podziw snadź w mojej twarzy się malował,
Bo się uśmiechnął cień i cofnął kroku;
Widząc, że jeszcze jam za nim szlakował,
Abym stał w miejscu, ze słodyczą w oku
Rzekł do mnie — wtenczas, kto on był, poznałem[25],
220
By ze mną mówił, prosiłem z zapałem
I odpowiedział: «Gdzież są od nas szczersi?
Ja kocham ciebie, tak jak niegdyś w ciele,
Niemniej i teraz wyzwolony z ciała,
Lecz gdzie i po co wędrujesz tą drogą?»
225
— «Ja, mój Kasselo, tu tylko przychodzę,
Abym, gdzie mieszkam, wypoczął po drodze;
Lecz ty gdzieś czasu zmarnował tak wiele[26]?»
A on: «Stąd żadna krzywda się nie stała;
Ten, co w łódź bierze kiedy chce i kogo,
230
Długo spóźniając tu moją wędrówkę,
W sprawiedliwości miał woli wskazówkę.
Od trzech miesięcy on zbierał, zaiste,
Duchy tych, którzy przez modły strzeliste
Zstąpić tu chcieli z miłosierdziem bożem[27].
235
I mnie podobnież, gdy stałem nad morzem
W miejscu, gdzie z jego wodami się spotka,
Staje się słona fala Tybru słodka[28],
Jak najuprzejmiej zaprosił do łodzi.
Jeszcze on lata nad ujściem tybrowym,
240
Bo tam codziennie tłum się duchów schodzi,
Co nie zstępują na dno Acheronu».
A ja: «Jeśli tu rządzon prawem nowym,
Nie zapomniałeś miłosnej piosenki,
Jaką koiłeś mego serca męki
245
Po tyle razy, o pociesz jej nutą
Duszę w swym ciele troskami zatrutą!»
Cień jął pieśń śpiewać słowiczego tonu:
«Miłość, co mówi do mojego ducha[29]»
Z taką słodyczą dla serca i ucha,
250
Jeszcze mi w duszy drży to jego pienie!
Mój wódz, ja, wszystkie obecne tam cienie,
Otoczyliśmy śpiewaka dokoła,
W stan zachwycenia pogrążeni błogi,
Zapominając celu naszej drogi.
255
Wtem stanął starzec szlachetny i woła[30]:
«Leniwe duchy! jak wasz chód niespory,
Czy licha pieśni wstrzymuje was władza[31]?
Śpieszcie pod górę, by pozbyć się kory,
Co Bogu wniknąć w rdzeń waszą przeszkadza!»
260
A jak gołębie w porze zbożobrania,
Zapominając zwykłego gruchania,
Spokojnie żer swój biorą podle wioski;
Lecz gdy coś nagle ich w polu wystraszy,
Na trwogę w skrzydła uderzą od paszy,
265
Bo już ich kole bodziec większej troski:
W takim popłochu zatopione w śpiewie
Ku brzegom duchów śpieszyły gromady,
Jak ten, co bieży, ale gdzie? sam nie wie.
My niemniej spiesznie biegliśmy w ich ślady.
Pieśń III
270(Tacy, co umarli w klątwie kościelnej. Manfred.)
Gdy uciekając w rozsypce przez pole,
Znowu ku górze zwracały się cienie,
Tam gdzie pociąga rozum naszą wolę[32];
Ja się zbliżyłem do wodza wiernego,
275
Czyżbym tę podróż mógł odbyć bez niego?
On zda się czegoś żałował jak grzechu[33];
O czysta duszo! jak lada zboczenie
Goryczą bodzie twe czułe sumienie!
Gdy zwolnił pochód nagłego pośpiechu,
280
Co odejmuje ruchom ich powagę,
Myśl moja śmielej zwróciła uwagę
I oczy moje w stronę owej góry,
Co szczytem w niebo wznosi się nad chmury.
W czerwonym ogniu za mną słońce stało,
285
Przede mną tylko swój promień łamało,
Bo mu na wstręcie było[34] moje ciało.
Gdy tam mój jeden cień na ziemię padał,
Myśląc, że byłem rzucony w pół drogi.
Oczyma za się obracałem z trwogi[35].
290
Mój pocieszyciel, co mój przestrach zbadał,
Przemówił do mnie: «Co roisz w tej dobie?
Myślisz, że, wódz twój, nie jestem przy tobie.
Ciało me, którym cień słałem po polu,
Gdzie teraz wieczór, leży w Neapolu[36].
295
Jeśli przede mną cień teraz nie pada,
Cóż za dziw, spojrzyj na niebios sklepienia,
Gdzie jedno światło drugie nie zacienia.
Jak ciała wasze, my treścią czującą
Czujem podobnie ból, chłód i gorąco:
300
Jak to się robi, Bóg nam odkryć nie chce.
Głupi, którego rozum pycha łechce,
Że nieskończoność tajemnicy zbada,
Jak się treść jedna ze trzech osób składa.
Rodzaju ludzki, przestań na twym Quia[37],
305
Gdybyś mógł zbadać tajnie wszystkie nieba,
O! czyżby była konieczna potrzeba,
Aby przeczysta rodziła Maryja?
Tak wielu żądza niezaspokojona[38]
Jest wiekuistą karą ich żywota
310
Wiekuistego! To mówiąc, Platona
Stoi mi w myśli duch i Arystota[39],
I wielu innych». Mistrz zamilkł i czoło
Schyliwszy w ziemię, patrzał niewesoło.
Przyszliśmy w końcu pod góry podnoże,
315
Widzim, że idąc przez jej skał bezdroże,
Najszybsza stopa nic nam nie pomoże.
Znane z dróg ciasnych genueńskie skały[40]
Przy nich jak schody szerokie się zdały:
Wstrzymując krok swój, mistrz ozwał się: «Kto tu
320
Zgadnie, gdzie głaz ten swą pochyłość stoczy?
Któż by śmiał iść tam bez skrzydeł do lotu?»
Gdy mistrz, spuściwszy oczy w ziemię, stoi,
Z troską szukając drogi w myśli swojej,
A ja wzrok w głazy utkwiłem sterczące:
325
Na lewo duchy spostrzegłem idące,
Schodziły ku nam, a jednak, o dziwo!
Zdało się, stały, snadź tak szły leniwo.
Mówię do mistrza: «Podnieś twoje oczy,
Patrz, oto rada schodzi nam w potrzebie,
330
Jeśli nie możesz jej wysnuć sam z siebie».
A mistrz spojrzawszy weselszą powieką,
Rzekł: «Z wolna idą, zachodźmy z ich strony,
Lepsza nadzieja błyska ci w tej chwili».
Duchy te były od nas tak daleko,
335
Choć z tysiąc kroków jużeśmy zrobili,
Jak kamień ręką procnika rzucony.
Nad brzeg spadzisty tłum się duchów cisnął,
Stanął, jak gdyby na skale zawisnął.
«Wybrane duchy» przemówił Wirgili:
340
«Na słodki pokój zaklinam wezwaniem,
Które was wszystkich jest oczekiwaniem,
Mówcie, na górę kędy się dostaniem?
Gdzie spad pochylszy głazów i kamieni?
Smutno czas tracić temu, kto go ceni».
345
A jak gdy owce wychodzą z zagrody[41],
Jedna, dwie i trzy, a trzoda w tej chwili
Stoi nieśmiała, na dół głowy chyli,
Gdy pierwsza bieży, drugie lecą pędem,
Z przodu stojące naczekują rzędem,
350
Cierpliwie znosząc nacisk całej trzody:
Tak z tej gromady szczęśliwej biegł żwawo
Ku nam duch pierwszy, dość skromny postawą.
Lecz gdy spostrzegli, że ode mnie w prawo,
Jak od żyjącej w swym ciele istoty,
355
Łamiący światło cień wpadał do groty,
Za pierwszym ciżbą wstrzymali się całą,
Sami nie wiedząc, co się przed nim stało.
— «Choć niepytany, całe wasze grono
Ręczę mym słowem, cień, co się powleka
360
Po ziemi, to cień żywego człowieka.
Zamiast podziwu uwierzcie mi lepiej,
Snadź go w tej drodze moc niebieska krzepi»
Wódz rzekł; a duchów szlachetna gromada:
«Przodem przed nami idźcie!» odpowiada,
365
Dając nam znaki dłonią odwróconą[42].
Jeden duch do mnie rzekł słowami temi:
«Spojrzyj, przypomnij, znałeś mię na ziemi».
Spojrzałem, świecił włosami jasnemi[43],
W ruchach, w postawie zacność niepowszedna,
370
A kresą na wpół rozcięta brew jedna.
«Nie znam cię, panie!» odrzekłem z pokorą.
«Patrz!» tu na piersi wskazał ranę sporą,
Potem z uśmiechem mówił: «Od Manfreda
Pozdrów mą córkę, jak wrócisz na ziemię,
375
Matkę dwóch króli, jej królewskie plemię
Zna Sycylija, zna i Aragonia.
Prawda z ust twoich wieści skłamać nie da.
Gdy pierś mi przebił dwa razy miecz wroga,
Skonałem z wiarą w miłosierdzie Boga.
380
Grzech mój był wielki, lecz bożej dobroci
Nieogarnione, tak wielkie ramiona
Wszystkich obejmą, kto się do nich zwróci.
Gdyby z Konsency pasterz przez papieża
Wysłany proch mój polować jak zwierza,
385
Chciał widzieć w Bogu twarz jego miłości,
Dziś Benewentu szaniec przedmostowy
Jeszcze by dźwigał mój pomnik grobowy.
Teraz deszcz bieli, wiatr suszy me kości
W dolinie Werdy, gdzie mnie najniegodniej
390
Rzucił pod klątwą zgaszonych pochodni[44].
Modlitwa, Przekleństwo, Zaświaty, Dusza, CzyściecWygnane klątwą miłosierdzie boże
Powraca czasem, gdy nadzieja w duszy
Jeszcze zielona i kwiat wydać może.
Wprawdzie, kto w klątwie świętego kościoła
395
Umiera, choć go żal na końcu skruszy,
Dojść na wierzchołek tej skały nie zdoła:
Odkąd go kościół od siebie odrzuci,
Trzydzieści razy iść będzie i wróci,
Jeśli modlitwa drogi mu nie skróci.
400
Jeśli chcesz radość przywrócić mej twarzy,
Objaśń mą córkę na wiarę pielgrzyma[45],
Jak mię widziałeś i co mię tu trzyma.
Bo tu modlitwa wasza wiele waży».
Pieśń IV
404(Tacy, co dopiero na łożu śmiertelnym pokutę czynili. Belakwa[46].)
405
Kiedy rozkoszy skutkiem czy boleści
Jedna z władz naszych żywo się porusza,
W tej władzy cała zatapia się dusza,
Na inne zda się nie zwraca uwagi:
Stan ten wewnętrzny wykrywa błąd nagi,
410
Co w nas dusz tyle, ile władz jest, mieści[47].
Gdy wzrok lub ucho łechcące przedmioty
Pochłoną całą treść naszej istoty,
Dla tej przyczyny czas, co nam ucieka,
Niepostrzeżony mija dla człowieka.
415
Bo z nich jest jedna władzą, która słucha,
A druga trzyma całego nam ducha;
Pierwsza jest jakby związana, ta wolna.
Co rad sprawdziłem własnym doświadczeniem,
Słuchając rozmów duchów z zachwyceniem.
420
Już słońce stopni pięćdziesiąt ubiegło[48],
A moje oko tego nie postrzegło,
Aż gdy doszliśmy punktu, idąc z wolna,
Gdzie duchy gronem całej swojej trzody
Do nas wołały: «Oto wasze schody!»
425
Wieśniak, gdy winne grona ściemni lato[49],
Często nie szersze, ciernią rosochatą
Przejście zamyka, jak między skałami
Ścieżka, po której z mistrzem szliśmy sami,
Gdy duchy w tyle zostały za nami.
430
Skałę pod Noli, górę Bismantowa[50],
Przejść dla podróżnych pieszo rzecz nienowa
Ale tam lecieć trzeba było górą,
Mieć wielkiej żądzy i skrzydło, i pióro,
By zdążyć za tym, co kojąc mą trwogę,
435
Budził nadzieję, torował mi drogę.
Wiódł nas jar wąski w skali rozszczepany[51],
Nas z każdej strony ściskały jej ściany.
Ścieżka dla stopy zbyt śliska i stroma
Radziła nogom pomagać rękoma.
440
Gdyśmy już byli na błoniu odkrytem,
«Mistrzu mój,» rzekłem, «gdzie jest twoja droga?»
A on: «Niech kroku nie cofa twa noga;
Idź ciągle za mną, pod tej skały szczytem
Jak iść i kędy, dostaniem języka».
445
A tam szczyt skały obłoków dotyka,
Wierzchu jej oko nie doścignie, zda się:
Bok jej był prostszy niż narysowana
Od pół do środka linia na kompasie.
Mdlejąc od trudu krzyknąłem w zapale:
450
«Zwróć się, mój ojcze! patrz, drżą mi kolana!
Jeden zostanę, gdy nie wstrzymasz kroku».
— «Gdy iść nie możesz, czołgaj się po skale!»
Rzekł, głaz wskazując sterczący z jej boku[52].
Mistrz tak mię słowa połechtał ostrogą,
455
Że śladem za nim pod głaz przypełznąłem,
Głaz, co tę górę opasywał kołem.
Tam razem oba siedliśmy znużeni,
Skąd najpierw szliśmy na wschód obróceni,
Bo szlak przebyty mierzyć okiem błogo!
460
Naprzód w dół, potem spojrzałem na słońce,
Blask z lewej strony na nas rzucające.
Wirgili widząc, żem się mocno zdziwił,
Że wóz słoneczny od nas tor swój skrzywił,
Schylony więcej pod biegun północy[53],
465
Rzekł: «Gdyby Kastor i Polluks był bliżej
I gdyby oba szli razem w orszaku
Tego zwierciadła wiekuistej mocy,
Co rzuca blask swój i wyżej, i niżej;
Widziałbyś cały okrąg zodyjaku
470
Zarumieniony blisko Niedźwiedzicy,
Gdyby nie zbaczał z swojej starej drogi.
Wyobraź sobie, chcąc pojąć te słowa,
Że święty Syjon i góra czyśćcowa,
Graniczą wspólną widnokręgu miedzą,
475
Choć na półkulach różnych obie siedzą.
Tor Faetona, jak przez nieb rozłogi
Błądził wóz jego, mógłbyś w okolicy
Widzieć zarazem tej i drugiej góry,
Gdyby go oczom nie zakryły chmury,
480
Jeśli rzecz zgłębisz rozwagą nieciasną».
— «Mistrzu, twój wykład jasności jest wzorem,
Czegom nie widział, widzę teraz jasno,
Że ten wyższego ruchu krąg środkowy,
Przez astronomów zwany ekwatorem[54],
485
Pomiędzy zimą wciąż krąży a słońcem.
I z tej przyczyny, co wiem z twojej mowy,
Krąży na północ od góry czyśćcowej,
Gdy od Hebreów ten krąg jest widziany
W stronie południa, co zieje gorącem.
490
Lecz jeśli łaska, wodzu mój kochany,
Mów, droga nasza jak idzie wysoko?
Wierzchu tej góry nie dościga oko».
A on: «Ma taką własność jej wyżyna[55]:
Wstęp pierwszy po niej z trudem się poczyna,
495
Lecz idąc dalej w miarę trud ci zmniejszy.
Gdy krok twój rzeźwy poczujesz i lżejszy,
Gdy ci jej stromość zda się tak łagodną,
Że jako łódka pochyłością wodną,
Będziesz tak szybko śliznął się jej ścianą,
500
Natenczas staniesz u kresu twej drogi:
Tam ciebie czeka wypoczynek błogi,
A miej, co mówię, za rzecz niekłamaną».
Mistrz kończył mówić, a wtem głos od razu
Od skał odbity te słowa wyrzucił:
505
«Siądźcie, znużonym odpocząć przystoi».
Widzę, na lewo sterczał kawał głazu,
Co zszedł z uwagi i mistrza, i mojej.
Gdyśmy tam przyszli, o, któż mi uwierzy,
Widziałem duchy, które w cieniu skały,
510
Wzdłuż wyciągnięte na głazie leżały,
Jak stać niechcący przez lenistwo leży.
Z nich jeden zgięty jak trzcina złamana[56],
Rękoma oba objąwszy kolana,
Siedział, trzymając na nich twarz schyloną.
515
«Mistrzu mój!» rzekłem: «daj jeden krok wsteczny
Patrz, ten duch więcej zda się być niedbały,
Niżby w lenistwie miał siostrę rodzoną».
Duch spojrzał na nas, wzrok ukosem toczy,
Niżej swych kolan podniósł na nas oczy
520
I rzekł: «Idź wyżej, jeśliś tak waleczny!»
Poznałem ducha, choć brakło oddechu
W znużonej piersi, podszedłem do niego;
Wtedy od kolan podniosła się głowa,
Leniwiec ledwo wyjąkał te słowa:
525
«Czy uważałeś, dlaczego tu łamie
Słońce swój promień o twe lewe ramię?»
Na gest, na słowa ducha leniwego
Przygryzłem usta skłonione do śmiechu.
«Belakwa!» rzekłem, «czy tu czekasz kogo?
530
Czy moc dawnego trzyma cię nałogu,
Że i tu tobie próżnować tak błogo?»
On: «Iść pod górę nie braknie mi woli,
Lecz do pokuty dojść mi nie pozwoli
Tam boży anioł siedzący na progu.
535
Za niebem tyle tu mi lat żyć trzeba,
Ile tam w życiu przeżyłem bez nieba[57].
Bo odłożyłem, lenistwem zatruty,
Na kres ostatni żal mojej pokuty.
Chyba, że serce tam w łasce żyjące,
540
Przyszle[58] tu za mną modlitwy gorące;
Bo tu daremny pacierz mego ducha
Lub jaki inny, gdy niebo nie słucha».
Wirgili pnąc się po skałach wysoko,
Wołał: «Chodź za mną, widzisz jak dotyka
545
Idące słońce łuku południka.
A noc swym płaszczem nakrywa Maroko[59]».
Pieśń V
547(Tacy, co w ostatniej chwili pragnęli łaski bożej, za późno. Kassero. Buonkonte[60].)
«Śpiesząc za wodzem rzuciłem te cienie,
Gdy oto jeden palcem mnie wytyka,
550
Wołając za mną, tak przerwał milczenie.
«Patrzcie, na lewo od tego grzesznika
Słońce się łamie i cień przed nim ściele[61],
Jakby tu chodził jeszcze w żywym ciele».
Na głos ten zwracam oczy i widziałem,
555
Jak wszyscy na mnie patrzali w tej chwili
I na złamane światło moim ciałem.
«Co tak się troskasz?» rzekł do mnie Wirgili,
«Czy tyle szepty ich u ciebie ważą?
Idź prędzej za mną, zostaw ich, niech gwarzą.
560
Bądź jak ta wieża, którą nie zachwieje
Wiatr, co wciąż po niej ślizgając się wieje:
Bliski ujęcia cel wymyka z dłoni,
Gdy w nas bezładnie myśl za myślą goni,
Gwałtowność jednej osłabia myśl drugą».
565
«Idę!» odrzekłem, nie myśląc zbyt długo[62],
Twarz mi rumieniec lekki zapłomienia,
Co robi wstyd nasz godnym przebaczenia.
Wtem pochyłością góry nowe duchy
Sunąc się rzędem, leniwymi ruchy,
570
Wiersz w wiersz śpiewały idąc Miserere.
Lecz gdy postrzegły żywą twarzy cerę,
Promień o moje łamiący się ciało,
Nie psalm, lecz jedno przeciągłe O brzmiało.
Od nich jak posły dwaj ku nam bieżeli,
575
Z dala wołając: «Mówcie, kto jesteście?»
A mistrz: «Tym, co was posłali, odnieście,
Że ciało jego jest prawdziwym ciałem.
Jeśli, by jego cień widzieć, stanęli,
Ja myślę, na to już odpowiedziałem.
580
Lepiej niech cześć mu oddadzą w pokorze,
Bo on dość drogim dla nich stać się może[63]».
Nigdy tak szybko w sierpniową noc jasną
Z chmur meteory spadają i gasną,
Jak te dwa duchy do swoich wrócili
585
I do nas z swoją gromadą gonili,
Jak jeźdźców rota, gdy naciera cwałem.
Wirgili mówił: «Duchy całą rzeszą
Snadź z jakąś prośbą do ciebie tak spieszą.
Ty idź, a na głos mówiącego ducha
590
Przechodząc tylko nadstawuj mu ucha.
— «O! wstępujący na górę zbawienia,
Z ciałem tym samym, coś wziął z urodzenia[64]!»
Wołali idąc, «zahamuj tu kroku,
Może znajomych znajdziesz w tym natłoku,
595
Od nich żyjącym chciej zanieść nowiny.
Gdzie to? o postój, nasz gościu jedyny!
Wszyscyśmy śmiercią gwałtowną pomarli,
Przy śmierci padła na grzeszników trwoga
I w blasku wiary oczyśmy zawarli[65].
600
I żałujący w przebaczeniu błogiem,
Wyszliśmy z życia już w pokoju z Bogiem,
I płoniem żądzą oglądania Boga!
— «Nie przypominam» rzekłem «was w tej dobie,
Szlachetne duchy! ale w waszym gronie
605
Kto chce, niech prosi, co mogę, ja zrobię.
W imię pokoju, co i mnie grzesznika
Ciągnie iść śladem tego przewodnika,
Za tym pokojem z świata w świat ja gonię!
— «O! bez zaklęcia my ufamy tobie» —
610
Mówił z nich jeden, «jeśli ci pozwoli
Możność wykonać czyn twej dobrej woli.
Gdy kiedy zwiedzisz me rodzinne strony,
Kraj położony w pobliżu Ankony,
Zechciej tam za mnie pomodlić się w Fano,
615
Abym zmył duszę grzechami zmazaną.
Jam się urodził w tym mieście, lecz rana,
Z której krew, co mnie żywiła, wylana,
W Antenorydzie była mi zadana[66].
Tam Este, w którym złość przeciw mnie wrzała
620
Więcej niżeli sprawiedliwość chciała,
W skok w pogoń za mną płatne wysłał zbiry.
O, gdybym uciekł w okolice Miry[67],
Byłbym tam jeszcze, gdzie pierś dysze sporo.
Przy Oryjako zagrzęziony w bagno
625
Padłem i z żył mych trysło krwi jezioro».
Drugi duch mówił: «Jak twe chęci pragną
Dojść co najprędzej na szczyt tej opoki,
Tak skróć modlitwą mój ucisk głęboki.
Jam Buonkonte, starszy syn Gwidona[68].
630
Lecz w Montefeltro ni Joanna żona,
Nikt się nie modli tam za mnie na ziemi,
Dlatego dotąd przebywam tu z niemi».
«Jakaż przygoda» rzekłem «niezgadniona
Z pól Kampaldino przeniosła twe łoże,
635
Że nikt twych kości wyszukać nie może?»
Duch mówił dalej: «U stóp Kasentinu,
Gdzie Archiano z śniegów Apeninu
Żywą krynicą spada przy klasztorze
I w falach Arna bezimienny ginie,
640
Przyszedłem z grotem uwięzłym w mej szyi
I tam, krwią z rany brocząc po dolinie,
Skonałem w ustach z imieniem Maryi.
Co powiem, odnieś ludziom prawdę całą;
Gdy ducha mego przyjął anioł boży,
645
»Ty mi go bierzesz?« tak szatan się sroży.
»Gdy duszę jedną odkupił łzą małą,
Do mnie należy jego trupie ciało«.
Wiesz, gdy wilgotna mgła pierzchnie ku słońcu,
Owiana chłodem w podobłocznej sferze,
650
Na ziemię deszczem opada na końcu[69].
Ten, co obmyśla zło stale i szczerze,
Z pojętną wolą i na cudze szkody
W chmurach pobudza wichry, niepogody[70],
Ledwo dzień zagasł, był tam i ćmy czarne
655
Na Protomagno narzucił dolinę.
Z gór Apeninu ciemność się stoczyła,
Opadły chmury powodzią ciężarne,
To, czego sucha ziemia nie wypiła,
Spłynęło w jary lub w jezior kotlinę.
660
Jak wielka rzeka strumień Archiano
Do rzek królowej biegł falą wezbraną[71],
Głazy i drzewa unosząc w swym biegu.
I skrzepły trup mój leżący przy brzegu,
Porwany leciał z powodzią w przegony:
665
Krzyż na mej piersi pobożnie złożony
W chwili, gdy boleść skonania uczułem,
Rozbiła fala; do Arna wrzucony,
Trup do dziś leży zasuty jej mułem».
— «Znużony trudem twej pielgrzymki długim,
670
Kiedy wypoczniesz wróciwszy na ziemię,»
Mówił duch trzeci z kolei po drugim,
«Chciej mię przypomnieć, jam Pia; w Sijenie[72]
Jam urodzona, zginęłam w Maremie[73];
O czym wie dobrze, lat przedtem niewiele,
675
Ten, co ślubując mi wiarę w kościele,
Sam ze mną ślubne zamienił pierścienie».
Strona 1 z 1 · 14% utworu
Tekst: Wolne Lektury, domena publiczna lub wolna licencja. Spis treści i audiobook.