Boska komedia, Czyściec · Dante Alighieri

Pieśń VI – Pieśń X

ok. 22 min czytaniaPaństwoPrawoPrzemiana

Pieśń VI

677

(Sordello. Poeta biada nad losem Italii.)

Gdy od gry w kości grono graczy wstaje,
Przegrani długo jeszcze poza stołem
680
Próbują rzutów, z nachmurzonym czołem
Złorzecząc w myśli doświadczonej doli;
Lecz szczęśliwego tłum wkoło otacza[74]:
Ten go spotyka, ten staje przy boku,
Ten się pamięci i łasce poleca;
685
On wszystkich słucha — temu dłoń podaje,
Na tego spojrzy, temu coś obieca,
Ale jak może, umyka powoli:
Tak i ja byłem na kształt tego gracza,
I chcąc się z duchów wydostać natłoku,
690
Obietnicami ich prośby zbywałem.
Tam Beninkasa z Arezzo widziałem[75],
Co poległ z Dżina zuchwałego dłoni:
Tam był Cione[76], co sam śród pogoni
Wroga spadł z konia i utonął w rzece.
695
Frydryk Novello[77] błagał tak dalece,
Że mi z litości łzy musiały pociec.
Toż ów Pizańczyk, co go płacząc ojciec,
Pokorą wiary tak przemógł swe serce,
Że syna swego uściskał mordercę[78].
700
Tam hrabia Orso[79], który jak się skarży,
Zniósł kaźń nie z winy swojej, lecz z potwarzy,
Za co dziś ciężkie sumienia wyrzuty
Pani Brabantu koi w łzach pokuty.
Gdym się uwolnił od tych wszystkich, którzy
705
Prosili tylko, aby za nich prosić,
Iżby w tych miejscach nie cierpieli dłużej
I mogli wieczne osiągnąć wesele,
Rzekłem do mistrza: «Ucz mię, co mam wnosić?
Ile pamiętam, rzekłeś w twoim dziele,
710
Że prośba niebios wyroków nie wzrusza[80],
A tu mię o to każda prosi dusza.
Czyż więc nadzieja ich ma być daremna,
Czy tylko dla mnie myśl twa była ciemna?»
A mistrz mi na to: «I myśl moja jasna,
715
I ich nadzieja bynajmniej nie myli.
Rzecz tylko zdrowo rozważyć potrzeba.
Iści się bowiem, nie zmienia sąd nieba,
Gdy miłość za nich spełni w jednej chwili,
Co spełnić miała ich tu męka własna,
720
W owych zaś czasach, gdym ja myśl mą głosił,
Grzech nie mógł cudzym gładzić się pacierzem.
Bo i proszący, i ten, za kim prosił,
Nie byli z Bogiem złączeni przymierzem.
Lecz przestań zgłębiać myśli tajemnicze,
725
Aż ci to powie ta, której oblicze
I twój ci umysł, i prawdę rozjaśni,
Chcę mówić — aż cię spotka Beatrycze.
Ujrzysz ją wkrótce na szczycie tej góry,
Gdzie jako słońce wiosenne bez chmury,
730
Wieczną pogodą i weselem świeci».
—«O! wodzu!» rzekłem, «idźmy tam co skorzej[81],
Nic już nie czuję trudu, com czuł pierwej[82],
A cień, jak widzę, dłużeje od wzgórzy».
A mistrz: «Ujdziemy dziś, ile ujść możem,
735
Bo chcąc czy nie chcąc iść musim bez przerwy,
Lecz snadź wprzód słońce zgaśnie za tym wzgórzem
I z drugiej strony znów wejdzie na nowo,
Nim dojść zdołamy na sam szczyt tej góry.
Lecz oto patrzaj! duch jakiś ponury,
740
Samotny, ku nam spogląda surowo.
On nam najbliższą wskazać może drogę[83]».
— «Duchu lombardzki!» rzekłem — «ile mogę
Wnosić z twej twarzy i dumy w spojrzeniu,
Gdyś patrzał ku nam». — On na to ni słowa
745
Nie odrzekł wzajem i tylko w milczeniu
Spoglądał na mnie jak lew, gdy spoczywa.
Mistrz się też k'niemu[84] zbliżył i odzywa
Pytając drogi, jeśliby ją wiedział.
Lecz on i na to nic nie odpowiedział
750
I twarz wciąż była dumna i surowa.
Aż sam nas w końcu spytał, ktośmy byli,
Z jakiego kraju i miasta. Wirgili
Zaczął: «Mantua…[85]», lecz zaledwo zdołał
Wyrzec to słowo; ów duch nieznajomy
755
Porwał się z miejsca, gdzie stał nieruchomy,
Skoczył ku niemu: — «Mantua twym krajem?
Jam jest Sordello, twój ziomek!» zawołał
I obaj czule ściskali się wzajem.
O! Italio! kraju nieszczęśliwy!
760
Łodzi bez steru śród burzy straszliwej!
Z królowej morza i ozdoby lądu,
Dziś niewolnico, gospodo nierządu!
Na samo imię kraju piękna dusza
Ściska się ziomka, współczuciem się wzrusza.
765
A żywi twoi synowie, choć siedzą
W społecznych murach lub granicząc miedzą
Chleb swój powszedni z jednej niwy jedzą,
Gryzą się wzajem obyczajem zwierza!
Rzuć tylko okiem w krąg twego nadbrzeża
770
A potem zajrzyj w głąb twojego łona!
Jest li w nim cząstka, co krwią niezbroczona?
I cóż ci nada, że dla cię wędzidło
Z mądrych praw swoich Justynian ukował,
Z praw, co świat bierze za wzór i prawidło[86],
775
Gdy nie masz jeźdźca, co by nim kierował[87]?
O! gdybyś dobrze czuła i pojęła,
Co ci potrzeba i co Bóg ci mówi,
Sama cezara za pana byś wzięła!
A teraz, patrzaj, jako się narowi
780
Motłoch, nie czując lejca ni ostrogi.
Lecz ty Albrechcie, germański cezarze[88]!
Ty, coś opuścił ten lud, co dziś z drogi
Zbacza bez ciebie: niebo cię ukarze
W następcach twoich, żeś wespół z twym ojcem
785
Łupem się tylko chcąc indziej spanoszyć,
Dozwolił wrogom piękny kraj spustoszyć,
Kraj, co był rajskim waszych państw ogrojcem.
Przyjdź i spójrz teraz, człowieku bez serca,
Spójrz na Montekich i na Kapuletów,
790
Na ród Monaldich i na Pilipisków,
Przyjdź twych przyjaciół bronić od sztyletów
I od publicznych ich krzywd i ucisków.
Patrz! jak bezpieczny rząd w Santafiorze!
Słuchaj! jak Roma we wdowiej żałobie
795
Dzień i noc płacze i woła ku tobie!
Jak wszędzie wszyscy kochają się z duszy[89]!
A gdy już litość wzruszyć cię nie może,
Niech cię przynajmniej wstyd twej chwały wzruszy!
O! Zbawicielu świata! coś na ziemi
800
Umarł na krzyżu za nas! gdzież w tej porze
Snadź[90] od nas oczy odwróciłeś boskie,
Dla grzechów naszych? Czy też tylko może
W przeznaczeń twoich głębi tajemniczej,
Której nie przejrzeć oczyma ludzkiemi,
805
Dobro ze złego wywieść jest twym celem?
Że tak dopuszczasz, aby kraje włoskie
Gnietli tyrani! a lada stronniczy
Przewódca tłumu już był zwan Marcellem!
Państwo, Prawo, PrzemianaO! Florencyjo! tyś zapewne rada
810
Z tej mowy mojej! bo czyż ona tyczy
Ludu twojego — co tak pięknie gada!
Gdzie indziej czują sprawiedliwość w duszy,
Lecz w czynach tylko lub w radzie ją głoszą;
U ciebie wszyscy na ustach ją noszą,
815
Jeden drugiemu wciąż nią trąbi w uszy.
Gdzie indziej stronią urzędów publicznych,
Niepewni swoich czy sił, czy przymiotów:
U ciebie każdy na najwyższe gotów;
Wszystko wie, umie, wszystkiego dokaże!
820
Byle miał głosy wyborców ulicznych!
Ciesz się więc, ciesz się, chełp się sama sobą,
Ty tak cnotliwa, wierna i bogata!
Czy prawdę mówię — skutek to okaże.
Ateny, Sparta, te starego świata
825
Prawodawczynie, cóż są obok z tobą,
Co tyle nowych praw tworzysz bez liku
I tak je cienko przędziesz w twojej radzie,
Że coś zaledwo sprzędła w październiku,
Jak nić pajęcza rwie się w listopadzie!
830
Przypomnij tylko, na twoją zaletę,
Ileś to razy zmieniła w tym czasie
Prawa, zwyczaje, ubiór i monetę;
Sam twój rząd nowym wciąż jest — lub być zda się
I jeśli jasno widzisz sama w sobie,
835
Zaprawdę jesteś jak ów bliski śmierci,
Co ulgi znaleźć nie może w chorobie,
W łożu swym tylko miota się i wierci.

Pieśń VII

838

(Tacy, którzy zajęci sprawami politycznymi zaniedbali pokuty. Łąka kwiecista. Rudolf i inni monarchowie.)

Gdy witające uściski, objęcia,
840
Czule trzy, cztery razy powtórzyli,
Sordello jednym w tył cofnął się krokiem,
«Kto jesteś?» spytał z wzruszeniem głębokiem.
— «Wprzódy nim dusze godne wniebowzięcia
Na wierzch tej góry zaczęły wędrować[91],
845
Oktawian Cezar kazał mnie pochować
W uczciwym grobie; ja jestem Wirgili,»
Mówił, «dla nieba umarłem na wieki,
Nie z winy grzechu, lecz żem nie miał wiary».
Jak ten, którego rzecz dziwna uderzy,
850
Widzi i patrzy jak na widmo mary,
Woła: jest, nie jest! na końcu uwierzy,
Takim Sordello był w ciągu rozmowy;
Podszedł, pokornie w dół spuścił powieki
I Wirgiliusza objął za kolana,
855
Jak gdy uściska sługa swego pana[92].
— «Chlubo Latynów!» mówił, «skarbie nowy
Siły, bogactwa, wdzięku naszej mowy,
Mojej ojczyzny celu wiecznej cześci,
Jakaż zasługa czy łaska sprawiła,
860
Że oto witam poetę wielkiego!
O! jeślim godnym słyszeć cię w tej chwili,
Mów, z piekła idziesz, i z kręgu jakiego?»
«Przeszedłem tutaj,» tak mówił Wirgili:
«A wciąż niebieska prowadzi mię siła;
865
Nie, żem co zdziałał, że nic nie zdziałałem,
Straciłem widok ogniska słońc Słońca[93],
Za którym tęsknisz ty z takim zapałem,
A które z wieści za późno poznałem.
Jest miejsce smutne, nie męki bez końca,
870
Tylko ciemności, gdzie skargi, cierpienia
Nie brzmią jak jęki, lecz tchną jak westchnienia
Tam z niewinnymi mieszkam niemowlęty,
Którym zmaz ciała nie obmył chrzest święty:
Tam społem mieszkam z takimi istoty,
875
Co się w trzy święte nie ubrały cnoty[94],
Choć w innych cnotach ćwiczyły się pilnie.
Wskaż, jeśli możesz, błagam cię usilnie,
Kędy dojść prościej do czyśćcowej bramy?»
A on: «My stałych tutaj miejsc nie mamy[95].
880
A wolno tylko posuwać nam nogę,
Tu w krąg i wyżej; wszędzie, gdzie iść mogę,
Jako przewodnik rad wskażę ci drogę.
Lecz patrz, dzień w swoim nachyla się biegu,
Iść tam wysoko i nocą nie radzę[96],
885
Lepiej pomyśleć o dobrym noclegu.
Tu od nas w prawo zebrane są duchy
W pustym ustroniu, kąt cichy i głuchy;
Jeśli się zgadzasz, do nich zaprowadzę,
A będziesz rad z ich uprzejmej gościny.
890
— «Jak to?» mistrz mówił, «czy w nocne godziny,
Nie wolno wchodzić na skał tych wyżynę?
Czy siłę traci w noc stopa idąca?»
Sordello wodząc swój palec po ziemi,
Rzekł: «Tu nie przejdziesz stopami twojemi
895
Tej jednej kreski po zachodzie słońca.
Tutaj gdy ciemność tę górę okoli,
Niemożność iścia[97] hamuje chęć woli.
Trudno iść nocą na same jej szczyty,
Póki widnokrąg dzień trzyma ukryty».
900
Natenczas mistrz mój jakby zadziwiony:
«Prowadź nas» mówił «do owej zachrony,
Gdzie nas ma spotkać uprzejma gościna».
I szliśmy; blisko leżała dolina,
Wklęsłością swoją w bok skały werznięta.
905
«Tam krok wstrzymamy naszego pochodu,»
Duch rzekł, «tam będziem czekać słońca wschodu».
Wiodła nas ścieżka pochyła i kręta,
Schodząc w dolinę krańcem jej wybrzeży,
Złoto i srebro, rubinu czerwieni,
910
Szafiru barwa, blask szmaragdu świeży,
Zgasły wszech kruszców połysk i kamieni
Przy tej doliny kwiatach i zieleni[98];
Jak wszelka małość przy wielkości znika.
Nie tylko pędzel natury bogaty
915
Tę grotę w zioła malował i kwiaty;
Ziejąc tysiącem zapachów dolina
Nieznanych woni lubością przenika.
Widziałem duchy, pomiędzy kwiatami
Siedząc nuciły pieśń: Salve Regina.
920
«Wprzódy nim słońce zapadnie przed nami,»
Rzekł Mantuańczyk, który nas prowadził,
«Zstąpić tam do nich ja bym wam nie radził.
Tu z brzegu stojąc na tych skał urwisku,
Widzieć będziecie ich gesta i twarze
925
Lepiej niż w grocie, w ich tłumnym nacisku.
Ten duch, co patrzeć sam na siebie każe,
Siedząc najwyżej, troską sfrasowany,
Co ust do chóru pieśni nie otwiera,
Był cesarz Rudolf; Italiji[99] rany
930
Mógł jeszcze leczyć, z których dziś umiera[100]:
A teraz długi czas upłynie, długi,
Nim ją do życia powróci kto drugi.
Duch, którym Rudolf rad wzrok swój napawa,
To był Ottokar, królewski wielmoża!
935
A rządził krajem, skąd płynąc Mołdawa
Wpada do Elby, a Elba do morza.
On był od pieluch większym wojownikiem
Niźli syn jego Wencesław brodaty,
Co płodził nierząd ze swymi gamraty.
940
Ten płaskonosy[101], co z dobrym Henrykiem[102]
Jakieś poufne prowadzi rozmowy,
Umarł zmykając przed swym przeciwnikiem,
Na wstyd i skazę liliji herbowej;
Patrz, jak pierś tłucze z zgryzoty i bólu!
945
Patrz, drugi wzdycha, i na pięść swej dłoni
Jak na wezgłowie skroń poważnie kłoni;
Widząc wcielone zło w Filipie królu,
Nad każdym jego bolejąc złym czynem,
Smucą się oba, ów zięciem, ten synem.
950
Patrz, to Piotr mężny, Karol Orlonosy[103],
Słuchaj, jak nucą pieśń zgodnymi głosy!
Pierwszy był sławnym królem za żywota;
Gdyby ten drugi młodzieniec od młodu[104]
Tron odziedziczył ojca, jeszcze cnota
955
Szłaby bez przerwy od rodu do rodu.
Jakub z Frydrykiem, drudzy spółdziedzice,
Posiedli tylko ojcowskie stolice,
Lecz przykład z ojca ich do cnót nie budzi:
Tak chce sąd boży, rzadko prawość ludzi
960
Ze szczepu nową latoroślą strzela,
Bóg prawość tylko proszącym udziela.
Choć Orlonosy, jak Piotr, co z nim śpiewa,
Cześć otrzymali dobrego wspomnienia,
Jednak Prowensal skarży, że z nasienia
965
Jego tak wiele złych kłosów dojrzewa;
Bo mąż Konstancji miał więcej zalety[105]
Niż Beatrycy mąż i Margarety[106].
Patrz, skromny w życiu, a wielki na tronie,
Angielski Henryk siedzi sam na stronie[107]:
970
Uradowany, że Anglicy wzrośli
Pod cieniem godnej szczepu latorośli.
A ten, co rzuca spojrzenie ponure,
I siedząc niżej wznosi oczy w górę[108],
To markgraf Wilhelm, po którego stracie,
975
Spokojnych rządów płaczą w Montferracie.

Pieśń VIII

976

(Wieczór w dolinie książęcej. Trzy gwiazdy. Wąż. Malaspina.)

Była godzina, w której żeglarzowi
Tęsknota serca pamięć dnia odnowi[109],
Gdy do przyjaciół mówi: Bądźcie zdrowi!
980
Godzina, w której oko łzy nie wstrzyma,
Płynącej z duszy nowego pielgrzyma,
Gdy dzwon wieczorny słyszy niespodzianie
Smutnie dzwoniący jak na dnia skonanie:
Gdy ja na śpiewy mało dając ucha,
985
Spostrzegłem w tłumie stojącego ducha,
Co dłonią błagał tłum o posłuchanie.
Duch złożył, podniósł w górę ręce obie,
Patrzając na wschód, jak gdyby w tej dobie
Mówił do Boga: Tyś mój Pan na niebie!
990
Te lucis ante, z jego ust pieśń brzmiała[110]
Pobożnie, taką słodką nutą wiała,
Że myślą, duszą wyszedłem sam z siebie.
Za nim tłum duchów całym chórem nucił
Ten hymn i oczy na gwiazdy wywrócił.
995
Tu, czytelniku, utkwij w prawdę oczy,
Zasłona lekka, przejrzysz w jej przeźroczy[111].
Widziałem potem, ta duchów gromada,
Myślą w pobożnym tonąc rozmyślaniu,
Patrzała w niebo; jak w oczekiwaniu
1000
Stała milcząca, pokorna i blada.
A potem z góry do skalnych rozdołów,
Dwóch zstępujących widziałem aniołów,
Z dwoma mieczami, jak z ognia kowane,
Tak płomieniste, lecz ostrza złamane.
1005
Jak liście w pączkach ich szaty zielone,
Zielonym pierzem ich skrzydeł wzruszone
Spływając z tyłu igrały z wiatrami.
Jeden z nich stanął blisko ponad nami,
A drugi zstąpił na brzeg przeciwległy.
1010
Tak stał tłum duchów między aniołami.
Oczy włos jasny ich łatwo postrzegły,
Lecz po ich twarzy zbłądziło spojrzenie,
Jak siła słabnie przez swe natężenie.
«Z Maryi kręgu,» rzekł Sordello, «oni
1015
Przychodzą trzymać straż wkoło tej błoni
Od węża, który ma przyjść w okamgnieniu».
Ja nic nie wiedząc, jaką przyjdzie drogą,
Spojrzałem za się i skolały[112] trwogą
Na mistrza wiernym wsparłem się ramieniu.
1020
Znów rzekł Sordello: «Gdzie są duchy owe,
Zejdźmy i z nimi zawiążem rozmowę;
Tu ciebie widzieć będzie im przyjemnie».
Zstąpiłem na dół trzy kroki, zda mi się,
Gdy wtem duch jeden wpatrywał się we mnie,
1025
Snadź[113] chciał mię poznać po twarzy zarysie.
Już tam powietrze tonęło w swym ciemnie,
Lecz jeszcze między jego a mym okiem,
Dość przyświecało wątpliwym półzmrokiem.
I cień szedł do mnie, ja szedłem do cienia:
1030
«Miło mi, Nino[114]! nie w grzeszników rzędzie,
Witać tu ciebie, tak zacnego sędzię!»
Gdyśmy skończyli czułe pozdrowienia,
On pytał: «Czy już czas upłynął długi,
Jak tu przybyłeś przez dalekie wody?»
1035
— «Zaiste, szedłem przez smutne przechody,
Nim pod tą górą stanąłem o świcie.
Choć w sobie noszę jeszcze pierwsze życie,
Nabywam drugie wędrując tą drogą».
On i Sordello, ledwom odpowiedział,
1040
W tył się cofnęli jak rażeni trwogą.
Jeden do mistrza zwrócił się, a drugi
Do ducha, który w głębi groty siedział.
«Chodź, patrz, Konradzie!» wołał, «co za dziwo!
Patrz, co Bóg zdziałał przez łaskę prawdziwą».
1045
Potem rzekł do mnie: «Przez wdzięczność szczególną,
Coś winien Temu, który w tajemnicę
Tak dobrze ukrył swą arcykrynicę,
Że nam wprost do niej dojść samym nie wolno!
Gdy nazad morze przepłyniesz olbrzymie,
1050
Powiedz mej córce, Joannie na imię,
Niechaj w tym miejscu za mną się przyczyni,
Gdzie wysłuchani są wszyscy niewinni[115].
Wątpię, jej matka czy jeszcze mnie kocha,
Wdowią zasłonę już zrzuciła płocha[116].
1055
Przez nią wiem, ile kobiece kochanie
Trwać może, jeśli wzrok i dotykanie
Żaru jej uczuć często nie poddyma.
Znany herbowy wąż w Medyjolanie[117]
Czy jej nagrobne okrasi marmury
1060
Świetniej niżeli mój kogut z Gallury?»
Kiedy to mówił, czytałem oczyma
Prawą żarliwość z całej jego twarzy,
Co na dnie serca, miarkując się, żarzy.
Gdy wzrok mych oczu pod gwiazdy się wznosi.
1065
Tam gdzie leniwiej po niebie się wloką,
Jak części koła najbliższe od osi.
Wódz mówił: «Co ty widzisz tam wysoko?»
A ja: «Poglądam na trzy światła spore,
Od których w ogniu cały biegun gore[118]».
1070
Mistrz: «Cztery gwiazdy, coś widział dziś rano,
Zstąpiły niżej, jak idzie ich droga,
A te trzy weszły w kolej im wskazaną».
Sordello mistrza za rękę pociągnął,
Mówiąc: «Czy widzisz tam naszego wroga?»
1075
I wskazujący doń palec wyciągnął.
W ujściu doliny jest małe wydroże,
Jak otwór w starym i nadgniłym drzewie
Na skroś otwarty, tam leżał wąż, może
Ten sam, co podał gorzki owoc Ewie.
1080
I zły gad pełznął trawami, kwiatami,
Czasem na grzbiet swój błyszczący łuskami
Zawracał głowę, liżąc się jak zwierze,
Gdy chce językiem lizać swe pacierze.
Stojąc wylękły i prawie bez duchu,
1085
Nie mogłem widzieć, a dziś nie wyrażę,
Jak się ruszyły te niebieskie straże.
Lot ich odgadłszy po powietrza ruchu,
Gdy w nim szumiało ich zielone pierze,
Wąż uciekł w jamę, aniołowie potem
1090
Na miejsce równym spuścili się lotem.
Cień, co się zbliżył do sędziego Nina[119],
Wciąż patrząc na mnie, tak mówić zaczyna:
«Pochodnia, co tu przyświeca twej doli[120],
Niech tyle wosku znajdzie w twojej woli,
1095
Ile go tobie do światła potrzeba,
Wejść na tę górę, z tej góry do nieba.
Udziel mi, jeśli masz jakie nowiny
Znad Magry, byłem panem tej krainy,
Nazwisko moje Konrad Malaspina.
1100
Kochałem krewnych bez ziemskiej zawiści,
Czułą miłością, która się tu czyści».
— «Kraj twój,» odrzekłem, «obcy dla mej stopy,
Lecz któż nie słyszał o nim śród Europy?
Sława, przez którą dom się twój podnosi,
1105
Rozgłasza panów i ziemię ich głosi,
Że kto tam nie był, już ją poznał z wieści:
Klnę się, jak pragnę wejść na wierzch tej góry,
Ród twój nie zbacza od dziedzicznej cześci[121],
Tej sławy, jaką winni twe naddziady
1110
Hojnej kieszeni, hartowi swej szpady.
Taką moc nałóg ma dobrej natury,
Kiedy wódz świata złe daje przykłady,
Którymi ludzie obłąkać się mogą,
On idzie prosto i gardzi złą drogą».
1115
A on: «Idź teraz, wprzód nim słońce z drogi
Siedm razy zejdzie pod Barana rogi,
To grzeczne zdanie z cukrowymi słowy
Większym ci ćwiekiem wbije się do głowy,
Jakie bądź kiedy z drugich ust wyjść może,
1120
Jeśli się sądy nie zawieszą boże».

Pieśń IX

1121

(Dante we śnie przeniesiony przed bramę właściwego czyśćca. Otrzymuje absolucję i wchodzi. Łucja. Siedem P.)

Starożytnego kochanka Tytona[122],
Uchodząc z objęć swego nałożnika,
Już białym rąbkiem w wschodniej wiała bramie:
1125
Dyjamentami swe czoło natyka,
Na podobieństwo kształtu skorpiona,
Który ogonem jako żądłem bodzie.
Tam, gdzieśmy byli, już noc w swym pochodzie
Dała dwa kroki, a za trzecim krokiem
1130
Z obwisłych skrzydeł potrząsała mrokiem.
Włócząc proch z sobą wzięty po Adamie,
Snem zwyciężony przyległem na trawie,
Gdzie nas samopięć[123] siedziała drużyna.
Była to bliska przedświtu godzina,
1135
Gdy smutnie kwilić jaskółka zaczyna[124],
Godzina, w której wyzwolony prawie
Duch nasz od ziemskich myśli, dziennej troski,
W swoich widzeniach jest nieledwo boski.
Widziałem we śnie, orzeł złotopióry
1140
Wisiał pod niebem i skrzydła otwierał,
Jakby się spuścić na ziemię zabierał.
Zda się, tam byłem, skąd on niespodzianie
Wzniósł Ganimeda w niebieskie zebranie[125].
Myśliłem sobie: może ten król ptaszy
1145
W tym miejscu tylko rój lataczów straszy?
Wkrótce z łoskotem spadł jak piorun z chmury
I w sferę ognia uniósł mię zarazem:
Żar piekł mię jakby gorącym żelazem,
Aż sen mój cały znikł z swoim widziadłem.
1150
Nie mniej Achilles drżał, gdy przebudzone
Oczy obracał w tę i ową stronę,
Kiedy śpiącego skradłszy od Chirona,
Na Scyros matki zaniosły ramiona,
Gdzie jego bystre wyśledziły Greki[126]:
1155
Jak ja zbudzony tam drżałem i zbladłem,
Gdy sen w popłochu pierzchnął z mej powieki.
Mój wódz ode mnie stał tam niedaleki.
Słońce już weszło od dwóch godzin może,
Zwrócony twarzą patrzałem na morze.
1160
Mistrz mówił: «Hamuj próżne niepokoje,
Jużeśmy przyszli w bezpieczną ostoję[127].
Tu zbierz, wytężaj wszystkie siły twoje.
Patrz, oto czyściec! wał, co go zamyka,
W skale otwiera drzwi dla podróżnika.
1165
W chwili, gdy przedświt brzask dzienny spotyka,
Gdy w śnie na kwiatach twa dusza marzyła,
Przyszła niewiasta do mnie i mówiła:
»Jestem Łucyja[128], pozwól mi wziąć jego,
Ulżę mu drogi, zaniosę sennego«.
1170
Sordello został wśród duchów gromady,
Ona szła wyżej, ja za nią w jej ślady.
Gdy dzień zaświtał, oto pod tym głazem
Złożyła ciebie niebieska istota,
Piękne jej oczy wskazały te wrota,
1175
Ona i sen twój zniknęły zarazem».
Jak człowiek walką znużony wątpienia,
Gdy widzi prawdę, strach w pokój zamienia,
Tak się zmieniłem; gdym ochłonął z trwogi,
Wódz mię prowadził na wyższe skał progi.
1180
Mój czytelniku, zwróć uwagę wcześniej,
Niech cię nie dziwi, że treść mojej pieśni
Podnosząc, do niej dostrajam jej nutę.
Podszedłszy bliżej, ciekawością ginę,
Zrazu widziałem jak w murze szczelinę,
1185
Był to wprost otwór, drzwi w skale wykute[129]:
Gdy mi wyraźniej odnosił wzrok wierny
Bliższe przedmioty, widziałem trzy stopnie,
Nad nimi siedział milczący odźwierny.
Patrzeć mu w oczy nie miałem odwagi,
1190
A w jego ręku połyskał miecz nagi[130],
Odbitym blaskiem wzrok raził okropnie.
Niemy odźwierny przemówił nareszcie:
«Stąd gdzie stoicie, mówcie, kto jesteście?»
A mistrz: «Niewiasta, niebieska istota,
1195
Nam powiedziała: idźcie, oto wrota!»
Odźwierny mówił łagodnymi słowy:
«Oby krzepiła ona wasze kroki,
Idźcie po stopniach tej mojej opoki!»
Szliśmy przez stopień pierwszy marmurowy,
1200
Biały i gładki, patrząc prostopadle,
W nim się przejrzałem cały jak w zwierciadle[131].
Drugi był z głazu ciemniejszego kuty,
Jakby pożarem wzdłuż i w szerz rozkłuty.
Trzeci był, zda się, z porfirowej bryły,
1205
Jak krew czerwony, gdy wytryska z żyły.
Ten odźwiernemu służył za podnóże,
Sam zaś na progu siedział z dyjamentu.
Promienny wieniec skroń jego okola,
Przez stopnie wiodła moja dobra wola.
1210
Mistrz mówił: «Proś go, korzystaj z momentu,
Drzwi te otworzyć pokora ci może.
I do stóp świętych upadłem w pokorze.
Trzy razy w piersi uderzywszy moje,
Mówiąc «Przez litość otwórz te podwoje!»
1215
On ostrzem miecza śmignąwszy w półkole,
Siedem P krwią mi wypisał na czole
I rzekł: «Tam idąc, zmaż wszystkie litery».
Jak popiół lub jak ziemia upalona
Podobnej barwy kryła go opona
1220
I wnet dwa klucze dobył spod jej poły,
Jeden był złoty, drugi srebro-szczery[132].
Wprzód białym, w kolej żółtym wiercił zamek,
Aż drzwi wzruszone zaszczękły od klamek.
Czułem się w sobie rzeźwy i wesoły.
1225
— «Jeden z tych kluczów gdy źle wierci piorem,»
On mówił, «drzwi te nie staną otworem:
Jeden z tych kluczów jest droższy, lecz drugi
Wymaga sztuki i nauki długiej,
Albowiem zamku sprężynę odgina.
1230
Piotr mi je dając, tak mnie upomina:
»Lepiej z pomyłką otwieraj drzwi święte[133],
Niż gdybyś trzymał drzwi te wciąż zamknięte,
Niech tylko grzesznik do stóp mych upada«».
I pchnąc do środka drzwi święte, powiada:
1235
«Idźcie! niech w posłuch pójdzie rada szczera,
Ten już wstecz idzie, kto się w tył obziera[134]».
Drzwi kute z twardych i dźwięcznych metali
Na swych wrzeciądzach skrzypnęły z łoskotem[135]
Jak drzwi tarpejskie pod Cezara młotem,
1240
Kiedy Metella od nich odegnali,
Aby wypróżnić skarb ładowny złotem.
Wchodząc, słyszałem, zda się, słodkie psalmy,
W kolej śpiewano: Ciebie, Boże, chwalmy[136]!
Lecz psalm chór pieniem zagłuszał zmieszanem
1245
Jak gdy w kościelnej uroczystej ciszy
Grzmi pieśń swą nutę żeniąca z organem,
Raz ucho słyszy, to znów słów nie słyszy.

Pieśń X

1248

(Oddział II. Krąg I. Dumni.)

Kiedyśmy za próg już przeszli drzwi święte,
1250
Których tak rzadko próg otworem stoi[137],
Z powodu ludzi złej woli, co roi,
Że najprostszymi widzi drogi kręte,
W ich dźwięku czułem, że były zamknięte.
Gdybym tam do nich obrócił me oczy,
1255
Gdzież jest wymówka takiej winy godna[138]?
I szliśmy środkiem rozkłutej opoki,
Co nam z obu stron zwężała swe boki,
To roztaczała jako fala wodna,
Gdy o brzeg trąci, a potem odskoczy.
1260
«Tu» wódz rzekł «trzeba nieco użyć sztuki,
Tam i sam szersze stopą kreśląc łuki,
Idźmy, gdzie głębsze ma skała wydroże».
Ta troska nasze tak spóźniła kroki,
Że zachodzący księżyc o tej porze
1265
Już do snu głowę skłonił na swe łoże,
Wprzód nim wyszliśmy z wąskiej rozpadliny.
Lecz gdyśmy przyszli na plac otworzysty,
Tam, gdzie ma góra bok więcej spłaszczony,
Oba niepewni drogi, ja znużony,
1270
Staliśmy chwilę na jej płaskim sklepie,
Pustym i dzikim jak droga na stepie.
Z brzegu otchłani do wyższej drożyny,
Która po skałach pięła się wysoko,
Był plac jak na wzrost człowieka troisty;
1275
W lewo, na prawo, ile mogło oko
Sięgać, widziałem, płaski głazu kawał
Równoodlegle od skały wystawał.
Wnętrzna[139] z białego marmuru jej ściana
Prosta, pod samo jej ostrze ściosana,
1280
Płaskorzeźbami wciąż była rzezana,
Na wstyd arcydzieł natury i dłuta[140].
Anioł, co zstąpił na ziemskie padoły[141]
Z wieścią pokoju, którego wespoły
Świat we łzach wzywał przez tak długie lata,
1285
A który niebo otworzył dla świata;
Tam postać tego anioła wykuta
Taką dyszała prawdą i naturą,
Że się nie zdawał być niemą figurą,
Każdy by przysiągł, że on mówił: Ave[142].
1290
Bo i Tej snycerz tam wyrył postawę,
Co wymodliła klucze, aby niemi
Wszechmocną miłość otworzyć na ziemi,
Tam wyraziły jej postać, jej lica,
Odpowiedź: Otom Pańska służebnica!
1295
Wiernie jak pieczęć woskowa tablica.
«Niech w jednym punkcie twoja myśl nie tonie,»
Słodki mistrz mówił, mając mię na stronie,
Tuż blisko siebie, gdzie nam serce bije.
Podszedłem patrzeć, widziałem Maryję;
1300
Potem zachodząc z drugiej mistrza strony
Widziałem w rzeźbie drugą historyję,
Z bliska w niej topiąc wzrok mój zachwycony.
Tam rydwan byków sprzężajem ciągniony
Wiózł arkę świętą; śmierć tego uderza,
1305
Komu jej straży sam Bóg nie powierza[143].
Lud bieżał tłumem przed arką przymierza,
Siedmiu chórami dwa mi zmysły kłóci,
Między Tak, nuci, i Nie, on nie nuci.
I dym kadzideł w podobne złudzenie
1310
Wtrącił dwa zmysły, wzrok i powonienie,
Taka w nim prawda była rzeczywista!
Od długiej sukni z połą zachyloną,
Wodząc rej tańca pokorny Psalmista[144]
Przed ową urną biegł błogosławioną,
1315
A był tam wyższym i niższym od kroli.
Z okien pałacu szydna twarz Micholi
Nań poglądała wzdłuż ulicy miasta,
Jak pełna wzgardy i smutku niewiasta.
Z miejsca, gdzie stałem, stopy oderwałem,
1320
By bliżej widzieć historyję nową,
W której utkwiłem me oczy z zapałem.
Tam uwieczniony rzeźbą marmurową
Był ten, którego cnotami ujęty,
Z piekła wymodlił duszę Grzegorz święty
1325
Imperatora rzymskiego Trajana[145].
Przy tręzlu jego rumaka w żałobie
Stała tam wdowa łzami upłakana;
Cezar tłum wielki jeźdźców miał przy sobie,
A złote orły nad cezara głową
1330
Grały z wiatrami. Wdowa nieszczęśliwa
Wśród tłumu zda się w te słowa odzywa:
— «Zemścij się, panie, syna mi zabito,
Serce mi pęka». A cezar: «Kobieto,
Czekaj, nim z wojny powrócę». A ona,
1335
Jak ten, którego bodzie boleść żywa,
— «Jeśli nie wrócisz? umrę niezemszczona».
A on: «Namiestnik mój w imię cezara
Ukoić twoją zemstę się postara».
A ona: «Dobro bez twojej zasługi
1340
Spełni się, jeśli spełni je kto drugi».
On w końcu: «Biorę w posłuch twoją radę;
Abym powinność spełnił, nim odjadę,
Chce sprawiedliwość, wstrzymuje mię litość».
Ten, co przenika wszystkich rzeczy skrytość,
1345
W usta ich wkładał te nam nowe słowa,
Bo gdzież na ziemi dziś jest taka mowa?
Podczas gdym wzrok mój nasycał łakomy
Wizerunkami tak wielkiej pokory.
Tym chętniej, gdy ich sztukmistrz nam znajomy,
1350
Poeta szepnął: «Duchów korowody
Ciągną tu z dala, lecz ich krok niespory[146];
Oni na wyższe nas wprowadzą schody».
Wzrok mój nowości oglądania chciwy,
Oczy ku niemu zwrócił nieleniwy.
1355
Zważ czytelniku raz jeden i drugi,
Jak z bożej woli tu płacą się długi.
Nie uważając na formę męczeństwa,
Myśl, jaka palma czeka ich zwycięstwa;
Że czas ich kary słusznej a koniecznej
1360
Nie przejdzie kresu za sąd ostateczny.
Począłem: «Mistrzu, widzę cieniów ruchy,
Lecz wątpię, czy to rzeczywiste duchy,
Tak mi ich w oczach mgli się wizerunek[147]».
Mistrz do mnie: «Ciężki ich kary warunek
1365
Tak ich do ziemi nagina i tłoczy,
Że zrazu o nich zwątpiły me oczy.
Lecz patrzaj bystro, własnymi oczami
Poznasz te zgięte duchy pod głazami,
A sąd twój zgadnie mąk ich tajemnicę.
1370
O dumni, nędzni, słabi chrześcijanie!
W których pojęcia tak mdły ognik świeci,
Jak błahe wasze w swój postęp ufanie.
Czyż nie widzicie, żeśmy gąsienice,
Poczwarki, z których lęgnie się i tworzy
1375
Anielski motyl, motyl, który leci
Bezbronny na sąd, przed majestat boży.
Waszych rozumów na cóż ślepa buta
Zadziera głowę na obraz koguta,
Kiedy z was każdy jest płaz urodzony,
1380
Robactwo, jego płód niedonoszony!
Jak zamiast gzymsów widzimy figury[148]
Dach dźwigające wystały nad mury,
Gdy w skurczu z piersią stykając kolano,
Budzą w nas litość boleścią udaną,
1385
Tak wykrzywione w postaci szkaradne,
Szły duchy, twarze ku ziemi zwiesiwszy:
Wprawdzie nierówno głaz ich barki gniecie,
Podług ciężaru, co kto niósł na grzbiecie;
Jeden w swej męce bodaj najcierpliwszy,
1390
Skarżąc, zdało się, mówił: «Ja upadnę!».

Tekst: Wolne Lektury, domena publiczna lub wolna licencja. Spis treści i audiobook.