Boska komedia, Piekło · Dante Alighieri

Pieśń XXI – Pieśń XXV

Pieśń XXI

2802

(Krąg VIII. Tłumok V. Przedajni.)

Tak na most z mostu, mówiąc rzeczy inne[313],
A których pieśń ta opiewać nie myśli,
2805
Przez skalne chrapy, progi niegościnne,
Piąty z kolei, kiedyśmy już przyszli:
Okręt, PracaWytchnąwszy trochę, ciekawością ginę,
Aby oglądać inną rozpadlinę
Tych złych tłumoków, inne łzy daremne;
2810
Dno jej, widziałem, szczególnie jest ciemne.
Jak w arsenale weneckim wśród zimy
W dymiących kotłach war smoły widzimy,
Aby nadpsute przez morskie odmęty,
Już nieżeglowne naprawiać okręty;
2815
Ci smołę leją, ci tkają pakuły
W szczel[314] łodzi, którą podróże nadpsuły;
Ci nowych statków budową zajęci,
Ten struga wiosło, drugi linę kręci:
Tak nie przez ogień, lecz przez bożą wolę
2820
Wrzały w tej jamie gęste wary smolne,
Jak klejem lepiąc jej ściany okolne.
Wydęte bąble na powierzchni waru,
Ciągle, widziałem, pękały od skwaru:
Podczas gdy oczy utkwiłem w tej smole,
2825
Wódz mówiąc: «Strzeż się! strzeż się!» — mnie z zapałem
Do siebie z miejsca przyciągnął, gdzie stałem.
Potwór, DiabełJam się odwrócił, jak ów nieroztropny,
Co bieży[315] widok oglądać okropny,
A patrząc, ledwie nie mdleje od trwogi.
2830
I diabeł czarny biegł mostem za nami,
O jakże jego była postać dzika!
Jak groźne gesta[316]! Ciężkimi skrzydłami
Szumiał, a lekko biegł na obie nogi:
Barki spiczaste, widzę, nowe cudo!
2835
Na ostrych barkach unosił grzesznika,
Jak hakiem szponą trzymając za udo.
Z naszego mostu wołał zaperzony[317]:
«Oto jest jeden z radców z Santa-Zita[318],
Rzucaj go w jamę, panie Ostroszpony!
2840
Wracam, gdzie strona w takich dość obfita:
Oprócz Bontura, tam każdy ladaco[319],
Nie w Tak przemieni, gdy mu za to płacą».
Rzucił go w jamę, a sam szybkostopy
Biegł jak pies dworny za złodziejem w tropy.
2845
Grzesznik dał nurka i cały zbrukany
Wypłynął na wierzch; ukryte szatany
Za skałą, krzycząc taką groźbę gwarzą:
«Tu cię nie zbawi obraz z świętą twarzą[320].
Tu pływacz lekko jak w Serchio nie pierzchnie[321],
2850
Jeśli mieć nie chcesz od naszych szpon znaków,
Nie marszcz daremnie tej smoły powierzchnie».
I weń wrazili więcej jak sto haków,
Mówiąc: «Tam na dnie tańcuj sobie w koło,
Gdy możesz skraść co, to chyba pod smołą».
2855
Tak kucharz swoim trójzębem w naczynie
Zatapia mięso, gdy na wierzch wypłynie.
A mistrz: «Oszukaj zgraję diabłów całą,
Chyłkiem pół zgięty skryj się za tą skałą.
Nie bój się o mnie, znam się z ich obrazą,
2860
Już ja w tym zgiełku byłem inną razą[322]».
I ledwo przeszedł przez mostu upusty,
Dochodząc śmiałym krokiem pod most szósty,
W krąg pogodnymi spoglądał oczyma.
Wtem jak huragan, jakby psiarnia jaka,
2865
Co się obcesem rzuca na żebraka,
Gdy żebrząc chleba u drzwi się zatrzyma,
Szatany biegły ze dna skałoziemu,
Wszystkie swe haki zwróciły ku niemu,
A wódz mój wołał: «Stój, rodzie obrzydły:
2870
Wpierw nim na wasze weźmiecie mię widły,
Przyjdź który do mnie, niechaj mnie wysłucha,
Może się gniew wasz nieco udobrucha».
Jakby zahuczał grom jeden i drugi,
Wszyscy krzyknęli straszliwymi wrzaski:
2875
«Idź sam do niego, Przeklęty Ogonie[323]
Jeden szedł, drudzy stali nieruchomie
Podchodząc: «Jestem» rzekł «na twe usługi».
— «Czyżbyś mnie widział na tej skały złomie
Zdrowym i całym, mimo wasze bronie,
2880
Bez woli bożej i niebieskiej łaski?
Puść mnie! Bo niebo chce na twoją trwogę,
Abym jednemu wskazywał tu drogę!»
I na te słowa mistrza rozdąsana
Tak silnie pycha zgięła się szatana,
2885
Że z rąk mu widły upadły pod nogi
I rzekł do swoich: «Nie brać go na rogi!»
A mój wódz do mnie: «Ty, co między skałą
Siedzisz w pół zgięty, nie chyłkiem, chodź śmiało!»
Jam biegł do wodza jak więzień z swej celi,
2890
A diabli wszyscy naprzód się pomknęli;
Widząc biegnących zdjął mnie przestrach nowy,
By nie złamali warunków umowy.
Tak drżąc Kaprony zdała się załoga[324]
Na łaskę stokroć liczniejszego wroga.
2895
Ja się tuliłem do wodza mojego,
Ich gesta, twarze wciąż mając na oku,
Którym patrzało z oczu nic dobrego.
Spuścili haki; wtem jeden z natłoku:
«Chcecie?» rzekł, «ja go zadrasnę tym hakiem».
2900
«Zgoda, idź!» całym krzyknęli orszakiem.
Szatan, co z mistrzem zagajał rozmowę,
Do razu zgłuszył ich pogróżki nowe,
Wołając: «Cicho! cicho, Sowizrzale!»
Potem rzekł do nas: «Dalej po tej skale
2905
Wam iść nie radzę, most szósty w ruinie;
Jednak gdy dalej tak pilno wam w drogę,
Tym stromym brzegiem zawróćcie swe kroki,
Tam jest do przejścia drugi most z opoki.
Później o godzin pięć jak w tej godzinie
2910
Wczora, o ile zapamiętać mogę,
Tysiąc dwusetny sześćdziesiąty szósty
Rok się zakończył, gdy mostu upusty
Runęły w gruzy i drogę przerwały[325].
Szlę[326] mych szatanów, ażeby patrzały,
2915
Czy kto nie wytknął głowy na powietrze;
Idźcie więc z nimi, was ich moc nie zetrze,
Przy nich was żadna nie spotka przygoda.
A wam ja karność zalecam w pochodzie:
Waszym naczelnym będzie Jeżobroda[327],
2920
Sam[328] Łapiduszo, Psiakrwi, Smoczypłodzie,
Chodź Ostrohaku, Łasy, Drapigraco,
Z wami Zęboknur, Gniewożar ladaco.
Figlarzu, bierz mi za pas kurzą nogę,
Ich przeprowadzić sforą, jak przystoi,
2925
Aż pod most, który jeszcze cało stoi».
«O mistrzu,» rzekłem, «cóż się stanie z nami?
Jeżeli tylko sam dobrze znasz drogę,
Bez tej piekielnej straży idźmy sami,
Gdy ciebie zwykły rozum nie opuszcza.
2930
Patrzaj, jak strasznie zgrzytają zębami,
Złem nam widocznie przegraża ta tłuszcza».
A mistrz: «Dlaczego trwożysz się i o co?
Niech, jak chcą, pozwól, zębami klekocą,
To ich grymasy zwykłe i swawole
2935
Z tymi, coś widział gorejących w smole».
I szli na lewo przez kamienne zęby
Na znak, że każdy ze swym wodzem zgodny,
A wódz ich tyłem trąbił marsz pochodny[329].

Pieśń XXII

2939

(Ciąg dalszy. Hulanka szatanów).

2940
Widziałem jezdne na przeglądach roty[330],
Szyk ich łamany, natarcie, odwroty,
Widziałem w mieście Arezzo przed laty,
Jako rabują podjazdowe czaty,
Widziałem turniej, gdy na ostre gonią,
2945
Gdy w kolej trąby, to dzwony gomonią[331],
Stosownie jakie hasła dają z wieży
Dla narodowych i obcych rycerzy.
Lecz nigdy trąba jazdę czy piechotę
Nie poruszała na tak dziką notę,
2950
Nigdy tak sprzeczne tony, tak nieczyste,
Nie brzmiały razem na morzu, na ziemi.
Dziesięć szatanów szło w krok nasz za krokiem,
O, towarzystwo okropne zaiste!
Ale w kościele jestem ze świętymi,
2955
W sądzie z jurystą, w garkuchni z żarłokiem.
Jednak badałem to smolne jezioro
Z całą uwagą i tych, co w nim gorą.
A jak grające delfiny przed burzą[332]
Skaczą nad wody i majtkom źle wróżą,
2960
Tak niejednego grzbiet nagi grzesznika
Dla ulgi w bólu nad smolne powierzchnie
Błyśnie, to na dno błyskawicą pierzchnie;
A jako w stawie, przy ścieku poników[333],
Trzoda żab z wody swe głowy wytyka,
2965
Podobnie głowy sterczały grzeszników.
Lecz Jeżobroda gdy przyszedł, wespoły
Szybko do wrzącej rzucali się smoły:
Widziałem, myśląc teraz, czuję dreszcze,
Jeden się spóźnił, nie dał nurka jeszcze,
2970
Jak widzim żabę na cichym wód łonie
Zostaje jedna, kiedy druga tonie.
A Drapigraca stojąc przy nim z bliska,
Zahaczył jego osmolone włosy,
Na brzeg jak wydrę dobył w okamgnieniu.
2975
Wiedziałem wszystkich szatanów nazwiska,
Bo wybór diabli szedł na żywe głosy,
I sami siebie zwali po imieniu.
Wtem zagrzmiał diabłów krzyk i wrzask straszliwy:
«Sam, Gniewożarze, twym hakiem grzesznika
2980
Ściągnij po grzbiecie i drzyj go na łyka!»
A ja: «Mów, mistrzu, kto ten nieszczęśliwy?
Mój wódz do niego zbliżył się i mówi:
«Skąd i kto jesteś?» On odrzekł wodzowi[334]:
«PrzekupstwoJam się urodził w królestwie Nawarry.
2985
Matka do dworskiej oddała mnie służby;
Ojciec mój strwonił fortunę i zdrowie,
Z niej ledwo został kęs na życie wdowie.
Wkrótce mnie dworskie oślepiły blaski,
A dumny z króla Teobalda drużby,
2990
Kryjomie[335] pańskie frymarczyłem łaski;
Za grzech ten w smolne wrzucono mnie żary».
Zęboknur, który jak dzik wkoło pyska
Dwa kły zakrzywia, stojąc tuż przed nami,
Dał jemu uczuć, jak kaleczy kłami.
2995
Lecz mysz trafiła na koty nieuki;
Już Jeżobroda potężnie go ściska
I mówi: «Odejdź, on nam nie uciecze».
A obrócony do wodza, tak rzecze:
«Pytaj go, jeśli co chcesz wiedzieć jeszcze,
3000
Ja między nogi wziąłem go jak w kleszcze.
Niech mówi, nim go rezerwą na sztuki».
A wódz: «Mów, duchu, czy tu, w waszym kole
Jaki Łacinnik warzy się w tej smole[336]
A on: «Niedawno rozstałem się z jednym,
3005
Gdybym z nim skrył się, zwyczajem powszednim
Od tych by haków zakryła mnie smoła».
— «Dość cierpliwości,» tu Ostrohak woła
I widłą[337] jego zahaczył o ramię,
Aż kość ramienną hak na druzgi łamie.
3010
Chciał Drapigraca schwycić go za nogę[338],
Lecz na spojrzenie srogie dekuriona
Orszak dziewięciu uderzył na trwogę.
Gdy ścichła trochę gawiedź rozjuszona,
Przekupstwo, KłamstwoMój wódz znów ducha kalekiego pyta:
3015
«Kto jest ten, który ciebie rzucił w chwili,
Gdyśmy przy brzegu twą postać zoczyli[339]
On odpowiedział: «Jest to mnich Gomita[340],
Rządca Gallury, urna zabrukana;
Mając w swym ręku wrogów swego pana,
3020
Tych puszcza, drugich do więzienia sadzi,
W sposób, że z niego wszyscy byli radzi;
Wielu dał wolność, ale brał ich złoto,
Jak sam powiadał, i różną niecnotą
W różnych urzędach brukał się wiek cały,
3025
Niemierny, był to szalbierz doskonały.
Z nim często gwarzy Zanke z Lagodoro[341];
O Sardyniji[342], choć im wargi gorą,
Dosyć się z sobą nagadać nie mogą.
Spojrzyj, ten drugi jak wytrzeszczył ślepie,
3030
Zgrzyta zębami i biciem wygraża,
Lękam się, czy mi skóry nie wytrzepie».
«Wara, zły ptaku!» Tak stukał Figlarza,
Iskrząc oczyma naczelnik szatanów[343].
«Jeśli chcesz widzieć Lombardów, Toskanów,»
3035
Przemówił znowu cień rażony trwogą:
«I ci, i owi przyjdą jak z rozkazu.
Lecz niech w bok zejdzie orszak Ostroszpony,
Strach mi ich zemsty; z miejsca niewzruszony
Gdy świsnę, siedmiu zjawi się do razu,
3040
To nasze zwykłe hasło i nienowe,
Gdy z warów smolnych wytykamy głowę».
I na te słowa Psiakrew warknął pyskiem:
«O! Czy słyszycie,» tak mówił z przyciskiem,
«Jaką wymyślił złość ten nicdobrego,
3045
Aby mógł wskoczyć do waru smolnego?»
Ale cień pełen figlów i wybiegów,
«Zaiste,» odrzekł, «złość knuję bezkarnie,
Chcę moich braci przywabić do brzegów,
By ich na większe narazić męczarnie».
3050
Tu Łapidusza nie stawił oporu
I rzekł doń, mimo towarzyszów sporu:
Ucieczka, Diabeł«Jeśli w tę smołę przedsięwzięciem śmiałem
Wskoczysz, za tobą nie pogonię cwałem,
Tylko nad tobą skrzydła me zawarczą;
3055
Brzeg i wysokość niech będzie twą tarczą,
Chcę tylko widzieć i przekonać siebie,
Czy od nas wszystkich chytrzejszy bies z ciebie».
Tu, czytelniku, poznasz figiel nowy:
Szatani na bok odwrócili głowy,
3060
Nawarczyk wnet się rzucił do wybiegu,
Skorzystał z chwili, już stanął na brzegu
I jednym skokiem skacząc w smolne wary,
Na nice diable wywrócił zamiary.
Szatani stali z zasmuconą miną;
3065
Lecz ilem dostrzegł, między ich drużyną
Stał najsmutniejszy sprawca ich kłopotu
I rączym skrzydłem, myśląc, że go złapie,
Poleciał krzycząc: «Już cię mam w swej łapie».
Daremnie, piętna wstydu już nie zetrze,
3070
Strach skorsze skrzydła miał od diabła lotu,
Ten skrył się w smołę, on wzleciał w powietrze;
Tak czatujący jastrząb na kaczora,
Gdy ten nurkuje przed nim dnem jeziora,
Precz leci cały wściekły i znużony.
3075
Łasy, gdy stali towarzysze smutni,
Gniewny pogonił skrzydłem rozdąsanem
I ciągle latał za drugim szatanem,
O cień, co zniknął, szukając z nim kłótni.
Podczas gdy oszust znikł wśród smolnej głębi,
3080
W grzbiet towarzysza zatopił swe szpony,
Lecz Łapidusza, z czystej krwi Jastrzębi,
Łasego wyzwał na oręż ten samy
I oba padli wśród kipiącej jamy.
Gorąca smoła rozjęła[344] walczących,
3085
Lecz tam ich większa spotkała przygoda,
Nie mogli podnieść piór do smoły lgnących.
Nierad z wypadku ich wódz Jeżobroda,
Śle czterech swoich, by krążąc brzegami
W skok im na pomoc śpieszyli z hakami
3090
Ci brzegiem jamę obiegłszy w półkole,
Na środek jamy haki wyciągnęli,
Ratując wpadłych do smolnej topieli;
Tak zostawiłem zagrzęzłych w tej smole.

Pieśń XXIII

3094

(Krąg VIII. Tłumok VI. Obłudnicy: Kajfasz i inni.)

3095
Szliśmy w milczeniu i bez towarzyszy,
Jeden za drugim, jak dwa mnichy z celi[345];
Diabli mi swoją kłótnią przypomnieli
Bajkę Ezopa o żabie i myszy[346].
Dwie części mowy, teraz i w tej chwili[347],
3100
Nie tyle z sobą podobne być mogą,
Jak z ową bajką diabla bijatyka,
Gdy zagajali bitwę i kończyli.
StrachJak z jednej myśli myśl druga wynika,
Strach pierwszy drugą przeraził mię trwogą;
3105
Myślałem sobie, ci diabli, zwiedzeni
Z przyczyny naszej i okaleczeni
Wzajem ranami i smolnym gorącem,
Gdy ze złą chęcią ich gniew się ożeni,
Polecą w trop nasz jak chart za zającem.
3110
Strach włos mój jeżył i ziębił mię mrowiem,
Patrzając za się rzekłem: «Ledwo dyszę,
I mnie, i siebie skryj, mistrzu, w zacisze,
Za ścianę skały, lękam się zawziętych
Szatanów na nas i ich szpon przeklętych:
3115
Już, już za nami szum ich skrzydeł słyszę».
UcieczkaMistrz: «Gdybym szkłem był podszytym ołowiem,
Prędzej bym twego nie odbił obrazu,
Jak w głąb twej duszy zajrzałem od razu:
W tej chwili myśli twoje nie spostrzegły,
3120
Jak jednolice przez moje przebiegły,
Tak że z nas obu jedną wziąłem radę.
Jeśli ta skała tak na dół się kłoni,
Że po niej zstąpim na drugą arkadę,
Umkniem rojonej przez ciebie pogoni».
3125
Ledwo swe zdanie wyrzekł mistrz kochany,
Biegły spragnione nas dognać szatany,
A grzmiał skrzydłami ich legijon czarny.
Mistrz mnie co prędzej w objęcia porywa;
Tak matka w nocy, kiedy blask pożarny
3130
Zaświeci w okna, z pościeli się zrywa,
Chwyta swe dziecko i w jednej koszuli
Wychodząc bosa, w swój rąbek je tuli.
Mistrz w dół ze skały, jak stoczona wstęga,
Śliznął się grzbietem do drugiego kręgu[348];
3135
Nie jest tak szybki prąd wody u młyna,
Gdy ją na koło pędzi wąska rynna,
Jak on się stoczył, tuląc mnie jak syna.
Ledwo dotknąłem stopą dna otchłani,
Nad nami stali na skale szatani;
3140
Lecz o nich mało dbała moja troska,
Bo dając w zarząd im Opatrzność boska
Krąg piąty, kres ich wskazała potęgi,
Aby nie śmieli w inne wkraczać kręgi.
Tam napotkałem nową trzodę ludu:
3145
Duchy barwione szły leniwym krokiem,
Płakały, mdlały z boleści i trudu;
Głęboki kaptur zwisał nad ich okiem.
Na wzór kolońskich skrojony kapturów
Kapice zewnątrz lśnią od złotych sznurów
3150
A poły ołów podszywa ciężący.
Za Fryderyka kapica znajoma[349]
Przy tych byłaby tak lekka jak słoma.
O, zbyt na wieczność płaszczu mordujący
Na lewo szliśmy z takimi duchami,
3155
Słuchając jęków, cierpiąc nad ich łzami.
Ci nieszczęśliwi ciężarem zgarbieni
Szli tak leniwo i ślimaczym ruchem,
Że wciąż się z nowym spotykałem duchem.
Rzekłem: «Mój wodzu, może wśród tych cieni
3160
Są jacy sławni czynem lub imieniem?
Idąc, nawiasem wskaż ich mi spojrzeniem».
Jeden, toskańskiej słysząc mowy brzmienie,
Zakrzyknął za mną: «Wstrzymajcie swe kroki
Wy, co tak szybko idziecie w tym ciemnie;
3165
Ty zaś, co pytasz, możesz sam ode mnie
Słyszeć odpowiedź». I wódz mój bez zwłoki
Stanął i mówił: «Zaczekajmy chwilę,
Krok z jego krokiem zgadzaj ile tyle».
Krok mój wstrzymałem i widzę dwa cienie,
3170
Chęć ich być ze mną zdradzało spojrzenie;
Poszedłszy ciężkim od ciężaru krokiem
Patrzyły na mnie zezowatym okiem,
Milcząc, a potem tak mówiły z sobą:
«On jest, zaiste, żyjącą osobą,
3175
O ile wnoszę z ruchów jego garła;
Gdyby szła tędy para cieniów zmarła,
Jakiż przywilej ich, w tym miejscu zwłaszcza,
Iść upoważnił bez ciężkiego płaszcza?»
A potem do mnie: «Ty, co z gór twych szczytów
3180
Zstąpiłeś w zbór nasz, smutnych hipokrytów,
Kto jesteś? Nie gardź, odpowiedz mi, proszę».
A ja: «Gdzie płyną pięknej Arny wody,
Tam życie wziąłem, spędziłem wiek młody,
Z całych Włoch może w najpiękniejszym mieście[350].
3185
Wchodzę tu z ciałem, jakie zawsze noszę.
Ale wy, którym odwilża jagody
Boleść tak wielka, mówcie, kto jesteście,
Skąd blask szat waszych, co tak lśni źrenice?»
Jeden z nich mówił: «Te żółte kapice
3190
Są ołowiane, ołów nas przywala,
Skrzypimy pod nim, jako skrzypi szala
Pod swym ciężarem; powiem prawdę całą:
W Bolonii bracią wesołą nas zwano[351],
On Loderyngo, jam jest Katalano.
3195
Miasto nas twoje na urząd wezwało,
Abyśmy byli pokoju stróżami
Ileśmy dbali o ten pokój sami,
Świadczy Gardingo dymem i gruzami».
A ja mówiłem: «O bracia, zła wasza[352]…».
3200
I zamilczałem, bom spostrzegł w tej skale,
Że człowiek leżał jak kloc suchej kłody,
Rozkrzyżowany pomiędzy trzy pale.
On gdy mnie zoczył[353], z pala zwiesił głowę,
Silnym westchnieniem dmuchnął w miotłę brody,
3205
A Katalano tak ciągnął rozmowę:
«Patrz, ten przybity, to duch Kaifasza[354],
Nad którym cięży świętej krwi przekleństwo:
Faryzeuszom wmówił, że należy
Za lud człowieka skazać na męczeństwo.
3210
On, jak tu widzisz, w poprzek drogi leży,
Aby czuł ciężar tych, co tędy idą:
Z nim teść Ananiasz, wszyscy co z tej rady
Dla żydów byli ich nieszczęść nasieniem,
Skarani jedną karą i ohydą,
3215
W jamie, pod jednym tym łukiem arkady».
Wtenczas Wirgili spojrzał z zadumieniem,
Gdzie leżał człowiek sromotnie deptany,
Na całą wieczność tak ukrzyżowany!
Potem w te słowa rzekł do Katalana:
3220
«Czy jaki otwór ma w prawo ta ściana,
Abyśmy mogli wyjść z tych ciemnych dołów,
Nie przyzywając tych czarnych aniołów?»
On odpowiedział: «Stąd jak na rzut oka,
Bliżej jak myślisz wznosi się opoka,
3225
Co od wielkiego kręgu nieprzerwanie
Idąc, przerzyna te ciemne otchłanie;
Lecz tu strzaskana, chyba wyłom tamy
Obejdziesz gruzem kryjącym dno jamy».
Mój wódz przez chwilę stał z spuszczoną głową
3230
I rzekł: «O, jakże zwiódł nas ten obrzydły,
Który grzeszników rad bierze na widły!»
«Często w Bolonii» mówił Katalano
«O figlach diabła wiele mi bajano,
Ojcem go kłamstwa i oszustem zwano».
3235
Natenczas wódz mój odszedł wielkim krokiem,
Z twarzą jak gniewu zaćmioną obłokiem:
Rzuciłem duchy zgięte ciężarami,
Idąc drogimi stóp wodza śladami.

Pieśń XXIV

3239

(Kręg VIII. Tłumok I. Złodzieje. Fuccio.)

3240
WiosnaGdy słońce w porze młodocianej roku
Promiennym włosem po Wodniku brodzi[355]
A noc już dniowi nie narzuca zmroku;
Jeśli ubieli ziemię zamróz ostry,
Udając barwy swojej białej siostry,
3245
Lecz trwa niedługo i chłód swój łagodzi:
Wieśniak, któremu braknie suchej paszy,
Widząc wokoło bielące się błonie,
Wraca do domu, załamuje dłonie,
Jak nieszczęśliwy, co widmem się straszy;
3250
Potem wychodzi i pełen nadziei,
Widząc weselszy świat po śnieżnej wiei,
Pochwyca laskę i na łąk zielenie
Z obór wesołe swoje trzody żenie[356]
Podobnie mistrz mnie przeląkł po niewoli,
3255
Gdym widział jego zachmurzone czoło,
Podobnie maść on przyłożył, gdzie boli.
Gdy nad strzaskaną przyszliśmy arkadę,
On patrzał na mnie słodko i wesoło
Jak u stóp góry; sam z sobą wszedł w radę
3260
i opatrzywszy skałę z każdej strony,
Mnie otwartymi pochwycił ramiony.
Jak ten, co pracę poczyna z baczeniem,
Wpierw, co ma zrobić, rozważa myśleniem,
Tak on, podnosząc mnie na wierzch opoki,
3265
Wskazywał palcem drugi głaz wysoki
I mówił: Trzymaj dłonie w pogotowiu,
Obejmij głaz ten, lecz wprzódy oczyma
Rozpatruj pilno, czy twój ciężar strzyma».
Jak się wpatrzyłem, nie była to droga
3270
Dla tych, co noszą kapice z ołowiu;
Bo ja i wódz mój, tak lekki Wirgili,
Ledwośmy z głazów na głazy kroczyli;
Gdyby nie krótsza ścieżka między skałą,
Sam nie wiem, co by z mym wodzem się stało,
3275
Mnie by pokonał trud, a w końcu trwoga.
Lecz jako skały zwane Złe Tłumoki
Pochyło schodzą w zrąb studni głębokiej,
Każda dolina, którą się przebiega,
Tu ma wyniosłość, tam spadzistość brzega.
3280
W końcuśmy doszli do progu opoki,
Gdzie głaz ostatni czołem prostopadłem
W dół się powalił i w otchłań się rzuca:
Lenistwo, SławaJuż mi zabrakło oddechu na płuca,
Już iść nie mogłem dalej i usiadłem.
3285
«Z wady lenistwa wyzuj się w tej dobie!»
Mistrz mówił, «w puchu lub w pierzu kto lega,
Temu do sławy za daleka droga;
A kto na ziemi po krótkim przechodzie
Bez wieńca sławy położy się w grobie,
3290
Ten tyle śladu zostawi po sobie,
Co dym w powietrzu, co bańka na wodzie.
Wstań, wolą ducha trud pokonasz snadnie[357],
Duch w każdej walce tryumfator wroga,
Gdy pod ciężarem ciała nie upadnie.
3295
Mamy do przejścia jeszcze dłuższe wschody[358],
Nie dosyć przebyć skał tych wysep nagi,
Niech ta uwaga doda ci odwagi».
Wstałem z uczuciem rzeźwiącej ochłody,
A piersi moje swobodniej dyszały,
3300
Mówiąc: «Idź dalej, jam krzepki i śmiały!»
Szliśmy, a głazy przed nami, pod nami,
Coraz wyższymi sterczały garbami,
Szedłem bez przerwy gwarząc to i owo,
Mocując wolę z słabymi siłami,
3305
Gdy z drugiej fosy głos przemówił słowo.
Co mówił, nie wiem, choć byłem na szczycie
Arkady mostu, co w poprzek otchłani
Sklepiać swe łuki zawisła tam na niej.
Głos mówiącego zdradzał gniew nieskrycie,
3310
Jam wzrok w dół spuścił, ale żywe oko
Dna nie dościgło przez ciemność głęboką.
«Mistrzu!» tak rzekłem po chwili niedługiej,
«Przechodźmy most ten, zstępujmy w krąg drugi.
Bo stąd ja słyszę, a nic nie rozumiem,
3315
Widzę, nic jednak rozpoznać nie umiem».
A mistrz: «Zadosyć słusznemu życzeniu,
Jako przystoi, odpowiem w milczeniu».
I wnet przeszliśmy łuk mostu ten samy,
Który przytyka aż do ósmej tamy;
3320
Wąż, PotwórWtenczas ujrzałem cały otwór jamy[359]
Dno jej zapełnia żmija, wąż, gadzina,
Gdy wspomnę, jeszcze krew się we mnie ścina!
Libijskie piaski nad brzegiem swych stoków
Nie rodzą tyle płazów, hyder, smoków,
3325
Kraj ponad Morzem Czerwonym nie roni
Tyle zabójczych pomorów i jadów.
Przez te obrzydłe mnóstwa wężów, gadów
Wylękły, nagi oddział potępieńców
Biegł bez nadziei ujścia ich pogoni.
3330
Ręce ich na tył związane wężami,
Wijąc się, węże w kształt ruchomych wieńców
Bodły ich nerki ogonem, głowami.
Z tych nieszczęśliwych jeden przerwał ciszę
Przeciągłym krzykiem, kąsany od żmii
3335
W miejscu, gdzie ramię przytyka do szyi:
I nikt tak szybko O lub J nie pisze,
Jak on się ogniem zajął w okamgnieniu,
I w proch się cały rozsypał w płomieniu.
Lecz proch, co płomię[360] zgryzło i rozwiało,
3340
Zebrał się w siebie i spoił się w ciało;
Tak Feniks kona, jak bają po świecie,
Tak się odradza co piąte stulecie,
Karmi się w życiu nie ziarnem, rośliną,
Lecz wonią, łzami, co z kadzideł płyną;
3345
Z mirry i nardu na palmie wysokiej
Stos pogrzebowy przed zgonem układa,
I w ogniu z dymem wzlatuje w obłoki.
Jak człowiek, który sam nie wie, jak pada,
Przez kurcz chorobny, czy przez moc szatana,
3350
Gdy wstaje, wodzi wokoło oczami,
Dziwi go boleść, mdłość tak niespodziana:
Podobnie grzesznik wstał z prochu przed nami.
O, jak surowa sprawiedliwość Boga,
Gdy zemsta jego tak straszna i sroga!
3355
Mój wódz, kto on jest, zapytał grzesznika.
On odpowiedział: «Widzisz Toskańczyka,
Wpadłem w tę jamę, jeszcze nie ma roku.
W życiu zwierzęcym całą rozkosz czułem
I nie człowiekiem, byłem istnym mułem.
3360
Imię jest moje Fucci, a Pistoja
Była to godna mnie jaskinia moja[361].
Kradzież, Grzech, KaraA ja do wodza: «Niech nie rusza kroku!
Spytaj, w tę jamę wtrącono go za co?
Znałem go, był on krewki i ladaco».
3365
Grzesznik to słysząc, nie unikał wzroku,
Zwrócił się do mnie z twarzą obojętną,
Na której smutne wstyd wycisnął piętno.
«W takiej mię nędzy» duch przemówił potem
«Widząc, o! większym nabawiasz kłopotem
3370
Niż gdym się z moim rozstawał żywotem.
Zadość uczynić twojej chęci muszę,
Skradłem kościelne sprzęty i ozdobę,
Winę zwalając na drugą osobę;
Lecz wprzód nim wyjdziesz z tych piekielnych cieni,
3375
Gdybyś nie patrzał rad na me katusze,
Daj ucho na głos nowej wieści mojej.
Czarnych jak miotłą wymiotą z Pistoi[362],
Lud i obyczaj Florencyja zmieni;
Dolinę Magry Mars dymem zachmurza,
3380
Z jego obłoków zstąpi silna burza,
I szał swój wywrze na piceńskie błonie:
Z chmur błyskawicą zamigocą bronie,
Walczący muszą broń na ziemię rzucić,
I wszystkich białych huragan pochłonie.
3385
Taką nowiną chciałem się zasmucić[363]».

Pieśń XXV

3386

(Krąg VIII. Tłumok VII. Ciąg dalszy: Przemiana.)

To rzekłszy, złodziej podniósł pięści obie,
W każdej sterczała figa[364] jak gwint w śrubie,
A krzyczał bluźniąc: «Boże, przyjm to sobie!»
3390
Wtem wąż, i za to odtąd wężów lubię[365],
Ścisnął za szyję bluźniercę, oszusta,
Jakby rzekł: «Więcej nie zbluźnią twe usta».
Drugi ramiona w węzły i pierścienie
Tak jemu związał i gryzł jego ręce,
3395
Że stał, jak gdyby skamieniały w męce.
Pistojo! Zatlij żagwie w oka mgnieniu,
Spal sama siebie i zniknij w płomieniu,
Gdy w złym tak lubi płużyć[366] twe nasienie.
Pomiędzy piekła czarnymi kręgami
3400
Duch takiej pychy nie był wobec Boga,
Nawet bluźnierca, co legł pod Tebami[367].
Złodziej zmykając, nie przemówił słowa.
Biegł za złodziejem Centaur, pogoń nowa,
Krzycząc: «Gdzie pyszny? Krótka jego droga!»
3405
PotwórWątpię, czy tyle jest gadów w Maremmie[368],
Ile tam wężów krzyż dźwigał Centaura,
Skąd się poczyna człowiecza figura.
Na jego barkach z rozpiętymi skrzydły,
Buchając ogniem, siedział smok obrzydły,
3410
Kto się doń zbliżał, trząsł żary na ziemię.
Mistrz rzekł: «To Kakus w Centaura postaci,
Z jego przyczyny awentyńskie skały
Często się krwawą posoką zbrukały;
On się oddzielił od reszty swej braci,
3415
Bo jak wilk chytrze pasterzy napadał,
Sąsiednie trzody rad po nocach kradał[369],
Lecz dożył końca, złe broił niedługo.
Sto razy ciął go Herkules maczugą[370],
Choć tych cięć nie czuł i dziesiątej części[371]».
3420
Już Centaur zniknął, gdy mistrz ciągnął mowę.
Wtenczas pod nami jakieś duchy nowe
Biegły samotrzeć, a każdy był nagi;
Wodza i mojej uszliby uwagi,
Gdy krzyk ich dziko w uszach nam zachrzęści:
3425
«Kto wy jesteście?» Mistrz z zapałem żywym
Mówiący, mowę przerwał w oka mgnieniu.
Ja ich nie znałem, lecz trafem szczęśliwym
Jeden drugiego nazwał po imieniu,
Gdy rzekł: «Cianfa[372], gdzieżeś? Ja tu jestem».
3430
Uwagę mistrza chcąc zaostrzyć gestem,
Pod nos od brody przytknąłem mój palec.
Jeśli z pół wiarą będziesz, czytelniku,
Słuchał, co powiem, tych dziwów bez liku,
Nic w tym dziwnego, bo wyznam ci szczerze,
3435
Ja, com to widział, sam zaledwo wierzę.
Przemiana, Potwór, WążGdym na te duchy oczy me obrócił,
Wąż sześcionożny, potworny padalec[373],
Z przodu jednemu aż na piersi wskoczył
I na nim cały sam sobą zawisnął.
3440
Wnet mu średnimi łapami brzuch ścisnął,
Przednie jak uścisk na barki zarzucił,
Gryzł mu policzki i we krwi pysk broczył.
Potem, gdy tylne łapy uda gniotły,
Pomiędzy nogi wśliznął się ogonem,
3445
Którym wzdłuż krzyża wodził przez pacierze[374];
Nigdy bluszcz silniej ramieniem zielonem
Nie splótł się z drzewem, jak z nim ten gad-zwierze.
Dwie te istoty tak razem się splotły,
Tak się stopiły z sobą dwa stworzenia,
3450
Jak wosk przygrzany gorącem płomienia,
I barwy swoje pospołu zmieszały:
Tak papier, upał gdy czuje pożarny,
Skręca się w zwoje, jeszcze nie jest czarny,
Więcej brunatny, ale już nie biały.
3455
Dwaj drudzy patrząc, z podziwu krzyknęli:
«Jak ty zmieniony, spojrzyj, o Agneli!
Ni w dwóch, ni jeden!» Już ich obie głowy
Stały się jedną, patrzącym się zdało,
Że gad i człowiek tworzył jedno ciało:
3460
Ze czterech ramion dwa tylko zostało;
Brzuch, tułów cały, lędźwie i golenie,
Tworzyły widok cudacki i nowy,
Takie potworne było przemienienie!
I kształt przyrodny tak przeobrażony,
3465
Chwiejąc się krokiem w te i owe strony,
Odszedł leniwo, niestety, po czasie[375]!
A jak jaszczurka, w skwarny dzień lipcowy
Gdy krzak przemienia, pełna zwinnych ruchów,
Skacząc przez drogę błyskawicą zda się;
3470
Tak mała żmija jednemu z dwóch duchów,
Na brzuch skoczyła, świecąc na pół czarną,
Pół modrą skórą, jakby pieprzu ziarno.
I w tę część ciała żądłem go ujadła,
Kędy w żywocie człowiek swej macierze[376],
3475
Nim wyjdzie na świat, pierwszy pokarm bierze,
Potem jak długa pod nogi mu padła.
Raniony żądłem żmii niżej żebra,
W milczeniu na nią spoglądał i ziewał,
Jakby go senność dręczyła lub febra.
3480
Patrzyli na się, dymem na przemiany
Buchając ciągle, ta z pyska, ten z rany.Poeta, Poezja
Niech milczy Lukan z pieśnią, gdzie opiewał
Zgon pośród gadów Sabella, Nazyda[377],
Potwór, Wąż, PrzemianaJa nie zazdroszczę przemianie Owida[378]
3485
Kadmusa w smoka, Aretuzy w strumień;
Przemiano moja, te obie zarumień,
Dwóch natur wobec siebie, których ciało
Gotowe było zmienić treść swą całą.
Tak z człekiem gad się przeobrażał srogi,
3490
Gad szczepał[379] ogon swój na dwie odnogi,
A duch potężnie ścisnął obie nogi,
Że ich złączenia nie dojrzałbyś śladu.
I w kolej ogon rozszczepiony gadu
Przybierał kształty wzięte od człowieka,
3495
Ten z siebie ciało, a ten łuskę zwleka:
Ręce człowieka kryły się w podpasze,
Gad krótkie nogi nad zdziwienie nasze
Z przodu przedłużał, w miarę jak skrócona
Ręka grzesznika wchodziła w ramiona.
3500
Plotąc się razem tylne nogi żmije
Tworzyły członek, jaki człowiek kryje,
Ten u grzesznika przyjął kształt dwunożny.
Podczas gdy z ran ich dym buchając różny,
Na przemian kształty ich krył barwą nową,
3505
Tu puszczał włosy, tam łuskę wężową;
Ten padł, ów powstał z podniesioną głową,
I dziko na się patrzący zbrodniarze,
W oczach swych swoje zamieniali twarze:
Stojący twarz swą zaokrąglał z pyska,
3510
Nawlekał ciałem, dwoje uszu tryska
Z płaskich policzków, z zbytniej reszty ciała,
Co w tył nie schodząc tam się zatrzymała,
Nos ostry lepił i wargi wydymał.
Ten, co się czołgał, pysk naprzód wysunął,
3515
Jak ślimak rogi, skrył uszy do głowy,
Język człowieka skory do rozmowy
Rozpadł się w widły z jednego kawała;
Wąż skrył swój język i dym się zatrzymał.
Pobiegła sycząc dusza w gad zmieniona,
3520
Drugi coś mówił i z góry nań plunął,
Do gadu nowe wyciągnął ramiona
I rzekł: «Buoso[380], teraz gadu ciałem
Czołgaj się tutaj, jak się ja czołgałem».
Tak w siódmej jamie natura z naturą
3525
Mieniały kształt swój; kto to czytać raczy,
Przez wzgląd na nowość niechaj mi wybaczy,
Jeśli kreśliło niemistrzowskie pióro.
Choć z trwogi w oczach było mi aż ciemno,
Żaden z tych duchów nie skrył się przede mną;
3530
Z trzech jeden tylko, Pucio Sciancato,
Był niezmienionym: ten, co zbiegł przed chwilą;
To Kawalkante[381], nad którego stratą
Pomimo woli płaczesz, o Gawillo!

Tekst: Wolne Lektury, domena publiczna lub wolna licencja. Spis treści i audiobook.