O krasnoludkach i sierotce Marysi · Maria Konopnicka

Wyprawa Podziomka

Wyprawa Podziomka

I

293

GłódU Krasnoludków tymczasem zapasy pożywienia tak się wyczerpały w Kryształowej Grocie, że na jednego Krasnoludka dawano na dzień całe trzy ziarnka grochu. Przychodziło stąd oczywiście do różnych kłótni i do bójek nawet, jak zwykle bywa tam, gdzie jest i głodno, i chłodno.

294

Nie było dnia, żeby w grocie nie zrobiła się jakaś awantura.

295

To Biedronek z Żagiewką się poczubił, to Pietrzyk z Kozubkiem, to Słomiaczek z Purchawką, to znów wszyscy razem, póki Mikuła i Pakuła, co w grocie strażnikami byli, nie zabrali całej kompanii do kozy[187].

296

Ale najbardziej hałasował i przykrzył sobie te ciężkie czasy Podziomek. Jadł za czterech, a ciągle narzekał, że głodny.

297

Ten Podziomek miał niegdyś osobliwy przypadek.

298

Trzeba wiedzieć, że Krasnoludki nie zawsze pod ziemią siedzą. Chętnie mieszkają we wsi, to pod zapieckiem[188], to pod progiem chaty, a gdzie gospodyni niedbała, gdzie garnki nienakryte, łupiny niewymiecione, przędza[189] byle gdzie leży, ser niewyciśnięty w porę, pomyje niewylane, drób niepoliczony — to figlarze Krasnoludki much natopią w barszczu, śmiecie z kątów na środek izby wymiotą, twarogu ujedzą, nici na motowidle[190] splączą, kury z kojca wypuszczą, cebrzyk[191] przewrócą — co mogą, to napsocą, i dalej pod zapiecek!

299

Kiedy gospodyni dzieciątko w kolebce zostawi, a sama na plotki do sąsiadek bieży[192], zaraz Krasnoludki dziecko takie zamienią, swoje podrzucą, a to chwycą, u siebie wychowają i służyć sobie każą.

300

Taki podrzucony Krasnoludek nie rośnie, tylko mu głowa coraz większa i cięższa się robi, a tak jest łakomy, że go niczym nasycić nie można.

301

Miała raz jedna baba we wsi małego Jaśka. Śliczny był chłopaczek.

302

Włoski jak lenek[193], oczęta jak chabry, ustka jak poziomka. A zdrów był i wesoły niby rybka w wodzie. Już to musiało mu coś bardzo dolegać, jeśli zapłakał czasem; a choć dopiero pół roku żył na świecie, uśmiechał się do matki, wyciągał rączyny i tak się trzepotał jak ptaszek.

303

Ale matka rzadko kiedy przy nim posiedziała, tylko raz w raz do sąsiadek na gawędy biegła. Tu stanie, tam siądzie, a jak się zagada, to i o garnkach niepomytych, i o chustach niepopranych, o wszystkim przy owym gadaniu zapomni, nawet o Jaśku.

304

PodstępWpadły raz Krasnoludki do izby, patrzą: drzwi otwarte, gospodyni nie ma, prosięta po kątach ryją, a dziecko w kołysce płacze.

305

Zaraz je chwycili, do swego podziemia zanieśli, a swego Podziomka, brodę mu pięknie zgoliwszy, w kolebkę włożyli.

306

Przychodzi matka, patrzy, co za dziecko takie? Głowa jak dynia, twarz pomarszczona, oczy na wierzchu, a nogi krótkie jakby u kaczęcia.

307

Przelękła się baba.

308

— Tfu! Na psa urok! — mówi i oczy przeciera, bo myśli, że jej się tak tylko wydaje.

309

A ten jak nie wrzaśnie:

310

— Jeść!

311

— Jaśku! — mówi matka — Jaśku! — a on patrzy tylko na nią spode łba i krzyczy: „jeść i jeść!”. Nakarmiła go, ukołysała, myśli: spać będzie. Ale gdzie tam! Ledwie baba na krok od kołyski, ten w krzyk: „jeść i jeść!”.

312

Było tego do wieczora jeszcze z dziesięć razy. Zachodzi baba w głowę, co się dziecku stało, że taki nienajadek[194] z niego, ale się domyśleć nie może. Włożyła mu w jedną rękę kawał chleba, w drugą marchew — no, usnął jakoś.

313

Ale nazajutrz, skoro świt, to samo: jeść i jeść!

314

„A czy cię wilk ślepiami obświecił, że się też najeść nie możesz!” — myśli baba, karmiąc go, a precz się dziwuje, co za odmiana taka! Toć ten Jaśko dotąd jadł tyle, że i za wróbelka nie pojadł, a teraz głodny ciągle.

315

Nic, tylko przy kołysce stój i do gąbki[195] mu podawaj. Łyka jak stary, wytrzeszcza oczy jak żaba, ze wszystkim inszy[196], jakby nie ten sam.

316

Przeszło tak kilka dni, przeszedł tydzień. Aż tu widzi baba, że co w garnku zostawi, czy klusków, czy grochu, a wyjdzie z izby, to zaraz jej wszystko ktoś pozjada.

317

— Co takiego się tu dzieje? — mówi baba i aż w głowę od dziwu zachodzi.

318

Krzywda, PrzemocMyślała, że kot. Obiła kota, do komory go zamknęła — poszła. Wraca, a tu garnki puste, rynka[197] wylizana, z okrasy[198] nic nie zostało.

319

Idzie do komory, patrzy: kot siedzi, jak siedział, a miauczy okrutnie, bo mu aż boki wpadły, taki głodny. Widzi baba, że nie kot, więc Kruczek chyba!

320

A miała przy chałupie czarnego psiaka, co się Kruczek wabił. Nuż go okładać kijem. Psiak skomli, bo mu się krzywda dzieje: ból w kościach nieznośny, sień zamknięta, uciec nie ma kędy[199], a baba co go grzmotnie, to krzyczy: „A nie rusz! A wara!”. Kręci się Kruczek, piszczy, rad by się w ziemię schować, aż się baba zmachała i kij cisnęła. Tak dopieroż Kruczek niebożę ogon pod siebie, a skomląc okrutnie, do obórki się powlókł — i tam obite boki lizał do wieczora.

321

Nazajutrz baba i kota, i Kruczka w komorze zamyka, garnki w piec wstawia i do sąsiadki idzie.

322

Posiedziała trochę u sąsiadki, pogadała, wraca, a tu sądny dzień w chałupie!

323

Kot z psem drą się w komorze tak, że aż sierść pod pułapem lata, a w izbie piec otwarty, garnki próżne[200], rynka wylizana z omasty, jakby ją kto umył, a dzieciak w kołysce krzyczy, aż się rozlega!

324

Chwyciła się baba za głowę z wielkiego frasunku[201], ale ją zaraz potem złość wzięła, więc tylko pięść o pięść trzasnąwszy, mówi:

325

— Czekajże, zła psoto! Już ja cię upatrzę!

326

I cała w myślach do kołyski podeszła, bo ów podrzutek darł się wniebogłosy.

327

Karmi go biedne matczysko, a łzy jej kapią z oczu, gdy na dziecko spojrzy: tak jej się Jaśko odmienił! Dawniej z nim przed chatą siadała na progu, a kto przeszedł, to chwalił, jako że takiego dziecka daleko było szukać.

328

Teraz go ludziom pokazać nie śmie, takie się zrobiło poczwarne straszydło.

329

Nie uśmiechnie się, nie zagwarzy, rączek do matczynych korali nie wyciągnie, tylko leży odęte, namarszczone, łyse, jakby co starego.

330

Rość też nie rośnie, tylko ta głowa wielka i ciężka sterczy mu jak dynia.

331

Istna pokraka!

332

ZabobonyJuż mu i urok odczyniała[202], trzy węgielki żarzące, trzy kruszyny chleba na wodę rzucając; już go i w hebdzie[203] kąpała, które to ziele od złych oczu bardzo jest pomocne; już go i baźkami z kwietniowej palmy okadzała, i wiórzyskiem z wypróchniałej wierzby, co na rozstaju rosła — nic nie pomogło.

333

A tu teraz w dodatku taka utrata[204]! Nagotuje jadła, jakby na dwóch chłopów, a wychyli się z izby, to i na nią jedną w garnku nie zostanie.

334

— Dzieciak jak dzieciak — mówiła rozżalona kobieta. — Wola i dopust Boży! Ale co tego wyjadania, to nie daruję! Żeby nie wiedzieć co — nie daruję!

II

335

Nazajutrz nagotowała baba garnek kapusty, nagotowała garnek grochu, zasmażyła godny kęs słoniny, wstawiła to wszystko w piec, zamknęła, kota i Kruczka wzięła z sobą, nakarmiła dziecko i poszła.

336

Nie poszła jednak daleko, tylko za węgłem[205] stanęła i przez szybkę patrzy.

337

Patrzy, aż tu się podnosi z pościółki[206] ów odmieniec i w kołysce siadłszy, rozgląda się po izbie, czy w niej kogo nie ma. Patrzy baba dalej, a ów się z kołyski gramoli i — prosto do pieca!Obżarstwo Przyszedł, drzwiczki otworzył, pociągnął mile nosem, bo mu zapachniały skwarki w rynce[207], i dalej łyżki szukać. A łyżki były zatknięte w łyżniku[208].

338

Źle mu było sięgać, wlazł na skrzynkę i dopiero co największą wybrawszy, nuż do garnków owych. Wyciągnął z pieca kapustę, słoniną okrasił, grochu dokłada, a je — aż mu się uszy trzęsą.

339

Struchlała baba na to widowisko, klasnęła w ręce i nuż do sąsiadki po radę.

340

Przybieżały[209] obie pędem, patrzą, w garnkach już mało co, a ów aż sapie, a jeść nie ustaje.

341

Wyjadł kapustę, wyjadł groch do czysta, łyżką w puste dno stuknął, przechylił rynkę, wylizał co zbyło[210] okrasy, w piec garnki wstawił, chodzi po izbie jak stary i po kątach patrzy.

342

Baba tylko zęby ściska, ale nic.

343

Chodzi ów, patrzy, znalazł jaje, co je kokoszka[211] pod kobiałką[212] zniosła.

344

Nuż oną wielką głową kręcić, a dziwować się owemu jaju.

345

— Siedemdziesiąt i siedem lat żyję — powiada — a jeszczem też takiej beczki bez obręczy nie widział!

346

Zaraz sąsiadka poznała po tych słowach, że to jest Krasnoludek.

347

— Nie ma co — mówi — tylko Boga na pomoc wezwać, tęgą wić brzozową wyciąć, tego odmieńca na leśne jabłko zbić i na śmietnisko cisnąć. Jak będzie na śmietnisku wrzeszczał, to Krasnoludki dziecko prawe[213] odniosą, a tego nietwora zabiorą sobie!

348

KrzywdaTrafiło to babie do serca. Jakże nie skoczy do brzeziny[214], jak nie wyłamie jedną witkę[215], jak nie wpadnie do izby, jak nie chwyci podrzutka, jak go nie zacznie bić!

349

— Za moje jadło… za mego Jaśka… za moją szkodę… masz… masz… masz!…

350

Krzyczy ów, aż go w niebie słychać, a baba nie ustaje, tylko ćwiczy[216].

351

A mieszkała w trzeciej chacie Kukulina, wdowa, z małą córuchną Marysią.

352

Trzeba, że na tę chwilę wzięła owa wdowa dziewuszkę swoją na ręce i szła pleć[217] na dworskie pole.

353

Słyszy wrzask nieludzki u sąsiadki, więc stanęła i myśli:

354

— Jużci nie co, tylko biją kogoś. Trzeba iść bronić.

355

A tuż i jej dziecina, co jeszcze mówić nie umiała, kwilić zaczęła z żalu, że się to komuś krzywda i ból taki dzieje.

356

Spojrzała Kukulina ku drodze, spojrzała ku słońcu, że już podbiegło w górę, żal jej było czas tracić, jako że robotna[218] była bardzo, ale przecież litość przemogła. Idzie tedy do sąsiadki, a tu drzwi zamknięte.

357

— Sąsiadko! — woła. — A któż to tam tak krzyczy?

358

A baba:

359

— Nie wasza w tym rzecz! Idźcie swoją drogą!

360

Więc Kukulina:

361

— Sąsiadko! — woła znowu. — Jużci ani chybi, tylko swojego Jaśka bijecie. Folgujcież[219] mu, boć to małe jeszcze!

362

A baba:

363

— Taki on mój, odmieniec, jak i ten zły wiatr, co po polu lata!

364

— Choćby i nie wasz był, folgujcie, bo ciężko tego krzyku słuchać!

365

A już i Marysia coraz rzewniej płakać zaczynała.

366

Więc baba w złości:

367

— Widzicie ją, jaka miłosierna!… Jaką się to opiekunką obrała! Ruszaj, skądeś przyszła, a do cudzych drzwi nosa nie wtykaj, bo ci przytną razem i z tą piszczką[220] twoją!

368

Przykro było Kukulinie taką odprawę wziąć; ale że w chałupie ucichło, więc myśli:

369

„Niech tam, udobrucha się ona. Mało co człowiek w złości powie, a tego mu pamiętać nie trza. Dobrze, że już cicho”.

370

I poszła.

371

Ale i Krasnoludki usłyszały krzyk Podziomka swego, więc mówią:

372

— Źle! Nie ma co, trza iść na ratunek.

373

Nie minął pacierz, a tu w chałupie dziwo! Wysuwają się spod pieca malusieńkie człowieczki w żółtych i w zielonych opończach[221], czerwoną czapeczkę trzyma każdy w ręku, nisko się babie kłania i prosi, żeby tego ich towarzysza puściła wolno, a oni jej talarów[222] w zapaskę[223] nasypią, ile tylko strzyma[224].

374

Już babie serce zmiękło, kiedy o talarach posłyszała, aleć sąsiadka krzyknie jej nad uchem:

375
— Nie puszczaj go z dobrej woli, kumo[225], jeśli w Boga wierzysz, bo ci twego chłopaka nie oddadzą, a talary to prawie próchno i tyle!
376

Więc baba:

377

— Fora ze dwora! Chłopaka mego oddajcie, a waszych talarów nie chcę! Umykaj, jeden z drugim, bo się całej kompanii dostanie!

378

Stuliły uszy krasnoludki. Jeden za drugim myk pod piec. A baba Podziomka za kark i na śmietnisko.

379

Wrzasnął Podziomek jak kociak, kiedy go z ręki kto na ziemię puści — nie tyle z bólu, ile ze strachu, bo nie wiedział, co z nim tutaj będzie.

380

DobroAż się tu na oną chwilę obejrzy Kukulina ku chacie. Patrzy, leży ów nieborak na śmieciach i płacze. Więc się zaraz do niego wróciła, oczy mu z łez otarła, mile do niego zagadała, chleba mu kawałek ze swego śniadania ułamała, w rękę mu wetknęła, przygarść[226] trawki zielonej urwała, sucho mu, czysto podesłała, a widząc, że słońce w górę szło, wyszukała nad rowem wielki liść łopianu i jakby namiotkiem od skwaru go zakryła.

381

Spojrzał wdzięcznie na wdowę Podziomek, a widząc, iż Marychna klaszcze w rączyny z uciechy, że on tak sobie schludnie na tej trawce i pod tym liściem leży, uśmiechnął się do niej mile, uczuł wielką słodycz w sercu, wielką rzewność[227] i wielką wdzięczność razem.

382

— Daj Bóg odpłacić! — szepnął sam do siebie, gdy Kukulina z dzieckiem na ręku odeszła.

383

MatkaRada była wziąć go[228] z sobą, ale nie śmiała… Toć on matkę ma, a matka, wiadome rzeczy, choć i skarci, i rózgą przetrzepie, zaś znów utuli i w ramiona weźmie…

384

Tak myślała Kukulina, nie wiedząc, że Krasnoludki dziecko babie zamieniły i że to nie jej własne, tylko podrzucone.

385

Tak przeszedł dzień. Wieczorem wyszła baba patrzeć, co się stało, a tu Podziomka ani śladu, a pod progiem leży Jaśko: włoski jak lenek, oczęta jak chabry, ustka jak poziomka leśna!

386

Krasnoludki to odniosły go babie, a swego na powrót zabrały.

387

Dopieroż radość była i uciecha! Nasmażyła baba jajecznicy coś z dziesięciu[229] jaj, zaprosiła sąsiadkę na nią, jeszcze i kukiełkę[230] pod popiołem upiekła — tak jej dziękowała.

388

Wyrósł potem ten Jaśko na słusznego chłopca, ale zawsze dziki był, od ludzi uciekał, po lasach i po górach się włóczył, a precz powiadał, jakie to on skarby, jakie dziwy u tych ludków pod ziemią widział. Ludzie go też za głupiego mieli, a tej mowie bynajmniej nie wierzyli; i tak zostało.

389

Tymczasem Podziomek prędko się z bólu wylizał. Krasnoludki znają różne zioła i cudowne maści. Jakoż go zaczęli okładać, nakadzać, smarować, to pokrzykiem[231], to komarzym sadłem, to pajęczą żółcią, tak go i wyleczyli.

390

Król Błystek lubił Podziomka tego, w łasce swojej go miał i litościwym okiem patrzył na wiecznie głodnego.

391

I Podziomek bardzo też króla miłował i często siadywał u nóg królewskich, to własnym oddechem rozgrzewając mu zziębnięte nogi, to piosenki na fujarce grając, od których jakby cieplej nieco czyniło się w Kryształowej Grocie.

392

Ale kiedy o żywność chodziło, zapominał Podziomek o wszystkim, chleb tylko na myśli mając, a do miski i łyżki nikomu nie dając przystępu przed sobą. Gdy mu się kto w tym przeciwił[232], wtedy w srogą złość wpadał i gotów był sam przeciw całej drużynie stanąć.

393

Jednego dnia robi się okrutny hałas.

394

Podziomek napadł szafarza[233], iż mu ten, jako i inszym[234], tylko trzy ziarnka grochu na cały dzień dał, i nie dość, że go poturbował srodze, jeszcze sam na skargę do króla szedł, że mu się krzywda dzieje.

395

Odprawił go król, mówiąc, że jedno prawo dla wszystkich być musi; aliści[235] Podziomek tym bardziej burzyć się zaczął.

396

— Kiedy tak — powiada — kiedy tu dla mnie sprawiedliwości nie ma, to ja na ziemię idę! U lada baby lepszy tam wikt[236] znajdę niż tu, na królewskim stole!

397

Więc insi[237] ze śmiechem:

398

— Idź, idź, niedojadku jakiś! Jednej gęby mniej będzie na te ciężkie czasy!

399

Bo myśleli, że żarty.

400

A Podziomek:

401

— Żebyście wiedzieli, że pójdę!

402

Więc ci znów ze śmiechem:

403

— A przynieśże nam wieści o wiośnie, kiedyś taki zuch!

404

Na to Podziomek:

405

— Żebyście wiedzieli, że przyniosę!

406

I podpasał opończę rzemieniem, fujarkę za pazuchę zatknął, królowi się pokłonił, fajkę nałożył i ruszył ku wyjściu.

III

407

Zmierzch już zapadał, kiedy Podziomek, na kraju[238] groty stanąwszy, odsapnął i po stronach rozglądać się zaczął.

408

Na lewo okolica była pusta, dzika.

409

Bór[239] tam czarny stał, po sosnach krakały wrony, w kotlinach bieliły się jeszcze niestopione śniegi, mokre igliwie wyściełało brunatnym pokładem ziemię, a od ciemnej ściany głucho szumiących drzew bił dech wilgotny, przejmujący, ostry.

410

— Brrr! Zima! — mruknął Podziomek i spojrzał na prawo.

411

Na prawo rozciągała się ku rzece wesoła dolina, po której z brzękiem leciały z gór potoki, a kępki traw świeżych gwałtem wyrywały się spod ziemi do światła. Nad doliną ugasała zorza.

412

Klasnął się dłonią w czoło Podziomek i zawoła:

413

— Toć to przecie wiosna!

414

A wtem od boru powiał wiatr lodowy.

415

Zafrasował się Podziomek i rzecze:

416

— Bądźże tu mądry, czy zima, czy wiosna! W lewo tak, w prawo siak! I sam król Salomon[240] nie dojdzie do ładu.

417

Załopotało nad nim coś w powietrzu.

418

„Oho! — myśli Podziomek — teraz się prawdy dowiem! Albo to kruk jest, albo gołąb! Jeśli kruk, to zima, a jeśli gołąb, wiosna”.

419

Ledwie to pomyślał, patrzy, a tu spada wprost przed nim — nietoperz.

420

— Bądźże tu mądry! — mruknie znów Podziomek i głową kręcić zaczął.

421

Kręci w prawo, kręci w lewo, myśli, ale nic wymyślić nie może.

422

Spojrzy w dolinę, a tam świat cały biały, wprost srebrny jakby.

423

— Oho! — zakrzyknie Podziomek — teraz się prawdy dowiem! Albo to śnieg, albo rosa! Jeśli śnieg, to jest zima, a jeśli rosa, to wiosna.

424

I pilnie patrzeć zaczął. Aliści, wytrzeszczywszy dobrze oczy, widzi, że to ani śnieg, ani rosa, tylko mgła.

425

— Bądźże tu mądry! — burknie tedy pod wąsem i znów się frasować[241] i głową kręcić pocznie.

426

Kręci w prawo, kręci w lewo, myśli i nic wymyślić nie może.

427

Spojrzy w bór, a tam się coś w zaroślach świeci.

428

— Oho! — krzyknie Podziomek — teraz się prawdy dowiem! Albo to świetlik, albo ci też próchno[242]. Jak próchno, to zima, a jak świetlik, to wiosna.

429

I zaraz się porwał biec do tego światła.

430

Przybiegł, patrzy, a to wilcze ślepie.

431

Rozgniewał się srodze Podziomek i rzecze:

432

— Świecisz ty mnie, zaświecę i ja tobie!

433

To mówiąc, skrzesał ognia, fajkę zakurzył i wielki kłąb dymu puściwszy, odwrócił głowę, a o tego wilka dbać przestał.

434

Tymczasem wszakże jeść mu się zachciało okrutnie. Patrzy, upatruje, czym by się posilił, aż widzi: leży coś we mchu. A była to ta sama górka, na której Koszałek-Opałek kraje świata rysował i drogę wiosny mierzył.

435

Patrzy Podziomek — a tu coś okrągłego leży.

436

Myśli: „Jaje!”.[243]

437

A była to owa kula ziemska z wapna przez męża uczonego sporządzona.

438

„Osobliwsze jakoweś jaje! — myśli Podziomek — krety poryły, czy co?”

439

Tłucze: wapno! Tego już mu było zanadto, więc z gniewu na mchu się wyciągnął, głowę ręką podparł i zasnął.

440

Daleko jeszcze było do dnia i brzask ledwie że wschód nieba srebrzył, kiedy Podziomek szum znaczny nad sobą posłyszał.

441

PtakPrzecknął się[244], siadł, przetarł oczy, patrzy, a to bociany lecą. Zza morza lecą — zza sinego. Skrzydła pokładły na zorzy i na powietrzu cichym, w białości brzasków srebrne, szerokim lotem szumiące, do gniazd dawnych lecą.

442

„Dobrze mi się trafia! — pomyślał Podziomek. — Jużci i na takiej szkapie[245] sporzej[246] niźli pieszo”.

443

A kiedy tak myślał, nadleciały bociany prosto nad ową górkę, gdzie stał, zniżywszy bystrego[247] lotu. Podziomek tedy na pierwszego z brzegu skoczył, ręce mu koło szyi założył, piętami boki ścisnął, pochylił mu się na kark jak jeździec, kiedy konia w pęd puszcza, i naprzód przed innymi ruszył.

444

Aliści ledwie przelecieli dolinę i ową rzekę, która pod zorzę płynąc, zdała się różanych blasków pełna, kiedy Podziomek coś miarkować[248] i jakby przypominać sobie zaczął. Wygon[249], staw, graniczne kopce[250], grusze polne, wieś ciągnąca się daleko dwoma rzędami chat, stodół, obórek, wszystko jakby znajome mu było.

445

Wtem struchlał. Czy tuman[251] padł mu na oczy? Widzi chatę na uboczu wpośród brzeziny[252] stojącą, przed chatą rozgrzebane przez kury śmietnisko i nową miotłę przed progiem. Przetarł oczy, splunął — na nic! Chata, brzezina, śmietnisko i miotła nie znikły. Podziomkowi ciarki przeszły po grzbiecie.

446

Ani wątpić, że to było to samo domostwo, w którym jako podrzutek w kołysce legał[253] i babie z garnków strawę[254] wyjadał, i to samo śmietnisko, na które zbolały wyrzucony został.

447

Ptak— Prrr… Prrr… — krzyknął Podziomek na bociana, jakby na konia, ale bocian, dojrzawszy na strzesze[255] stare swoje gniazdo, wesoło klekotać począł i zostawiając za sobą daleko towarzyszów swoich, prosto na tę chatę się poniósł.

448

Skulił się tedy biedny Podziomek, jak mógł, do szyi boćka się przycisnął i mniejszym się jeszcze, niźli był, uczynił.

449

„A czy mnie tu złe[256] przyniosło!” — myślał, drżąc cały na wspomnienie baby.

450

Już się oglądał, czyby nie lepiej było skoczyć, niż się na niebezpieczeństwo powtórnego spotkania z babą narażać; ale oczywistą było rzeczą, iż w takim skoku może kark skręcić; namyślił się tedy[257] i został.

451

Tymczasem bocian zatoczył szerokie kolisko nad poczerniałą, mchem zarosłą strzechą, zatoczył drugie węższe, coraz się opuszczając niżej, wreszcie połowę trzeciego kręgu zrobiwszy, wyciągnął długą szyję i z głośnym klekotem na stare gniazdo padłszy, chwilę jeszcze bił na nim z radości modre[258] i ciche powietrze wielkimi skrzydłami.

452

Wychyli Podziomek zza bocianiej szyi głowę, spojrzy, wszystko tak jak było: cielę w obórce beczy, siemieniata[259] kokosza gdacze, garnek od mleka sterczy dnem do góry na kołku u płota, Kruczek za węgłem[260] chrapie.

453

A wtem skrzypnęły drzwi chaty.

454

„Ani chybi, baba!” — myśli Podziomek i skóra mu cierpnie na grzbiecie.

455

Jakoż zaraz rozległo się wołanie:

456

— Bociek! Bociuś! Boć-boć! A bywajże w dobrą godzinę! A bywaj!…

457

Chyli się co rychlej Podziomek za bocianią szyję, głos baby poznawszy, ale już dojrzała go jakoś.

458

— Co za kaduk[261] taki? — mówi, patrząc pilno[262] w górę.

459

Wtem, klasnąwszy w dłonie:

460

— Reta! — wrzaśnie. — A toć jeszcze ta sama zła psota! Czy zamówienie[263] jakie, czy co!

461

A jako prędka była do złości, tak krzyknie:

462

— Czekajże, pokrako! Zaraz ja cię tu ożogiem[264] sięgnę!

463

Strach, ZemstaI skoczy pędem do izby, a Podziomek tymczasem hyc z boćka na samo dno gniazda. Zagrzebał się w słomę, skulił, siedzi, a wygląda szparką z boku, co to będzie dalej. Jakoż nie czekając, leci baba z ożogiem. Spojrzy na strzechę: nic nie ma. Bocian tylko rozkraczył się nad broną[265] na czerwonych nogach i klekocze wesoło, rozgłośnie.

464

— A gdzież się ów podział? — krzyknie baba. — Czy tuman mi na oczy padł, czy co?

465

Wtem załechtała słoma w nos Podziomka, tak iż nie mogąc sobie żadnej rady dać, kichnął jak z moździerza[266].

466

— A, tuś mi! — wrzaśnie baba i nuż go ożogiem sięgać.

467

Ale nie mogła dostać, bo ożóg był krótki.

468

— Czekajże — krzyknie — odmieńcze! Przyciągnę ja drabinę.

469

„Źle!” — myśli Podziomek i za ratunkiem się ogląda, a pot zimny czoło mu urosił[267].

470

Spojrzy w dół, ciągnie baba drabinę sążnistą[268], że by z niej i do wieży kościelnej dostał[269].

471

Zamdliło na ten widok Podziomka u samego serca, a już baba drabinę o strzechę wsparła i z ożogiem włazi.

472

Rzucił się nieszczęsny krasnoludek z gniazda na sam brzeg dymnika[270].

473

„Choćby skoczyć?” — myśli. Przemierzył, ani mowy! Rozbiłby się z tej wysokości jak wielkanocna kraszanka[271].

474

A tu już baba w połowie drabiny stanęła i wyciąga ożóg.

475

„Śmierć, nie śmierć — myśli Podziomek — wszystko lepsze niźli babskie bicie”.

476

I zmrużywszy oczy, rozpędził się i skoczył. Zakręciło mu się zrazu[272] w głowie, świat zakołował pod nim jak puszczona fryga[273]; dach, baba, chałupa i ożóg wszystko mu w oczach magnęło[274] tęgiego kozła i już był pewien, że się kości własnych nie doliczy, kiedy poczuł, że na coś miękkiego spadł, jakby na pierzynę i że to coś co tchu z nim ucieka.

477

Uchwycił się tedy rękoma, by nie upaść, gdyż go tu obleciał wiatr miły, jakby mu kto wędzonką przesunął pod nosem.

478

Kot to był, który porwawszy kiełbasę suszącą się w dymniku, zmykał chyłkiem po przydaszku[275], kiedy mu Podziomek na grzbiet z góry spadł i rękoma się sierści uchwycił, czym przestraszony Mruczek, mniemając, iż go na złym uczynku baba za kark ima[276], tym większym pędem się puścił.

479

Daleko już byli od chałupy i wieś prawie im znikała z oczu, kiedy kocisko między chaszcze i pokrzywy wpadłszy, jęło[277] się tarzać po nich, by z grzbietu zbyć[278] ciężaru, który mu dokuczał.

480

Podziomek wszakże nie puszczał się kociego karku. Pokrzywy parzyły go wprawdzie i osty drapały, ale zapach kiełbasy tak mu był przyjemny, iż postanowił z nią się nie rozłączać.

481

Dopiero kiedy kot, rzucając się tam i sam wypuścił ją z zębów, Podziomek mu z grzbietu zeskoczył, kiełbasę uchwycił, z piasku łopianem otarł, zjadł, a posiliwszy się godnie, fajeczkę wypalił, pod krzakiem legł[279] i rozmyślając o swoich dziwnych przypadkach, smacznie zasnął.

IV

482

Dzień był jak wół i słońce się już przez owe chaszcze przedzierać zaczęło, kiedy Podziomek przecknął się nagle i siadłszy, pilnie słuchał. Zdawało mu się, że go obudził brzęk jakiś. Słuchał tedy, nie bardzo wiedząc, czy mu to się śni, czy nie śni, gdyż wokoło nic widać nie było. Ale powietrzem istotnie szedł brzęk, zrazu[280] jak bzykanie much, potem jak komarze granie, wreszcie jak pszczelna kapela, kiedy rój na łąki wylata.

483

Aż wypłynęła z tych brzęków piosenka jakaś cudaczna, ni to głośna, ni to cicha, ni to ptasza, ni to ludzka, ni to smutna, ni to wesoła, a tak przejmująca, że choć się śmiej i płacz razem.

484

Słuchał coraz pilniej Podziomek, który we wszelakiej muzyce miał upodobanie, aż zmiarkowawszy[281], skąd ten głos idzie, wstał i wprost na niego ruszył.

485

Po małej chwili wyszedł z chaszczów na polankę leśną, gęstym otoczoną borem. Nad polanką unosiła się cienka smuga dymu z niewielkiego ogniska, przy którym warzyło się coś[282] w kociołku[283], wydając z siebie woń smaczną.

486

Już Podziomek nosem pociągnął i chciał bliżej podejść, jako że na wszelkie jadło był nadzwyczaj czuły, kiedy mały, biegający tam i sam pokurć[284] warczeć i poszczekiwać zaczął. Podniósł się zaraz na poszczekiwanie ono leżący u ogniska Cygan, który na drumli[285] grał, a na ramieniu małpkę do łańcuszka przywiązaną trzymając, skakać ją uczył, i spojrzał bystro dokoła. Nic jednak podejrzanego nie dojrzał. Podziomek bowiem po owej rannej przeprawie z babą wstręt niejaki do wszelkich spotkań z ludźmi mając, przykucnął za krzakiem tarniny[286] i czekał, co będzie.

487

Położył się tedy Cygan u ogniska i na nowo lekcję z małpką zaczął. Co na drumli zapiszczy, to łańcuszkiem szarpnie, a biedna małpka skacze to w prawo, to w lewo, ale tak niezdarnie i tak ociężale, iż Cygan raz w raz szturchańcem ją popędzać musi.

488

„Biedne zwierzę!” — myśli, patrząc na to, Podziomek, który litościwe serce miał, i nieznacznie się zza krzaka wychyli.

489

Wtem spojrzy i stanie jak wryty! Wszakże to Koszałek-Opałek we własnej osobie, a nie żadna małpka po cygańskiej drumli na łańcuszku skacze!

490

KrzywdaSroga żałość i niezmierne zdumienie przeniknęły serce Podziomka, tak iż zwyciężyć ich nie mogąc, do ogniska podejdzie i zawoła:

491

— Tyżeś to, uczony mężu, czy mnie wzrok zawodzi?

492

A już go i Koszałek-Opałek poznał, więc zakrzyknie głosem:

493

— Ratuj, bracie Podziomku, jeśli w Boga wierzysz!

494

Tu rzucą się sobie w objęcia i tkliwie się całować zaczną.

495

Otworzył Cygan gębę, drumlę z zębów puścił, sam sobie nie wierzy i przeciera oczy.

496

„Co za kaduk[287] taki? — myśli. — Małpy nie małpy? Tfu, na psa urok! Wszak ci to gada jak ludzie!”

497

Zdjął go strach zrazu, omal że łańcuszka nie wypuścił z ręki, ale mu nagle nowa myśl przyszła i prędko kapelusz z głowy chwyciwszy, obu ich pospołu[288] nakrył, po czym uwiązawszy i Podziomka na sznurku, wesoło się rozśmiał[289].

498

— Otóż teraz — rzecze — godny grosz na jarmarku zarobić mogę! Co to grosz! Srebrem, złotem płacić sobie dam za widowisko takie! Małpy, co płaczą, gadają i całują się jak ludzie! To się ledwo raz na tysiąc lat trafi albo i na więcej!

499

Tu prędko krupniku owego, co się w kociołku warzył, podjadłszy, wstał, ognisko popiołem ogarnął[290] i trzymając na jednym ramieniu Koszałka-Opałka, a na drugim Podziomka, dużym krokiem do miasteczka ruszył. Zapłakał gorzko Koszałek-Opałek, widząc, na jaką poniewierkę mu przyszło, iż się na jarmarku jako małpa prezentować ma, ale Podziomek trąci go nieznacznie i rzecze:

500

— Nie trap się[291], uczony mężu! Jeszcze nie wszystko stracone!

501

— Ach, bracie! — jęknie Koszałek-Opałek. — W cóż się obróci cała moja sława, gdy księgi nie mam!

502

— A cóż się z nią stało?

503

— Zginęła!

504

— A pióro?

505

— Złamane!

506

— A kałamarz[292]?

507

— Rozbity!

508

— Hm! — rzecze smutnie Podziomek — Prawda jest, iż cała twoja uczoność przepadła, gdy nie masz ani księgi, ani pióra, ani kałamarza! Ale wiesz, co ci powiem? Ratuj się w tej przygodzie nie jak mędrzec, ale jak zwykły prostak, ot taki, jakim ja jestem, a to złe jeszcze nam się na dobre obróci!

509

Tu zamilkł, bo na drodze ozwały się[293] liczne, coraz zbliżające się głosy.

510

Bieda, KradzieżByła to banda cygańska, takoż[294] na jarmark do miasteczka śpiesząca: obdarte i ogorzałe Cyganki, w płachcie na plecach dźwigające dzieci, stare Cyganichy z fajką w zębach, mężczyźni z kociołkami na kijach i małe, półnagie berbecie[295] z kręconymi włosami i przebiegłym wzrokiem.

511

Połączył się z nimi ów, który Koszałka-Opałka i Podziomka niósł, i tak wszyscy dalej kupą szli.

512

Cygany[296] jak Cygany. Jedni po drodze wróżyli, drudzy chwytali, co się im nawinęło pod rękę: chusty z płotów, kury z grzęd, gęsi z łąki, płótno z bielników[297], a nawet sery suszące się po przydaszkach na słońcu. Nietrudno im to było, bo ludzie na jarmark poszli, a chaty pustką stały. Wiele też wtedy rzeczy naginęło po wsiach.

513

Wreszcie cała ta banda pod miasteczko doszedłszy, zaraz się rozpadła, jedni w prawo, insi[298] w lewo, i uliczkami bocznymi począł każdy swoją drogą ku rynkowi się przekradać.

514

Tu jarmark wrzał w całej pełni.

515

WieśDzień był pogodny, ludzi huk[299]; konie, wozy, bydło zalegały plac szeroki, rozłożysty. Chłopi obstąpili stragany, gdzie były buty i czapki; kobiety targowały garnki i miski, dziewczęta kupowały wstążki i paciorki[300], dzieci piszczały na glinianych kogutkach[301], gryząc pierniki i czepiając się matczynych spódnic.

516

Z półkoszków[302] i wozów wyciągały szyje gęsi i kaczki, wszędzie ruch, ścisk, gdakanie, gęganie, gwar przeróżnych głosów.

517

Największy tłok wszakże był przed budą, w której drzwiach stał Cygan. Stał, pod boki się trzymał i nadąwszy płuca, co miał siły, krzyczał:

518

— Hej, ludzie, ludzie! Cuda w tej budzie! Kto ma oczy do patrzenia, uszy do słuchania, a grosze do dania! Oto dwie małpki sprowadzone prosto furmanką z księżyca! Na moje cygańskie sumienie! Prosto z księżyca! Wody nie piją, garnków nie myją, jak ludzie gadają i dobrze się mają! Hej, ludzie! ludzie! Cuda w tej budzie!

519

Rzucali ludzie groszaki, do budy się tłocząc, gdzie uczony Koszałek-Opałek na bębnie bębnić miał, a Podziomek grać na fujarce.

520

Kradzież, KaraA w miarę jak się koło budy ścisk coraz większy czynił, banda owa cygańska nurkować między wozami zaczęła, ściągając tu kożuch, tam chustkę, ówdzie faskę[303] masła, jaja lub kokoszę.

521

Nikt wszakże nie uważał[304] tego, stojąc z oczyma wlepionymi w budę, gdzie się pokazywać miały owe cuda; widział to tylko Podziomek.

522

Gdy tedy Koszałek-Opałek odbębnił swoje, czemu się wszyscy niezmiernie dziwili, chwycił Podziomek fujarkę, ale zamiast grać na niej, zaśpiewał:

Oj, dana, dana, pilnuj Cygana!
Bo Cygan złodziej, wozy podchodzi!
523

Obejrzeli się ludzie po sobie, patrząc, co to znaczy, a ten nic, tylko precz[305] śpiewa:

Oj, dana, dana, pilnuj Cygana,
Bo Cygan złodziej, wozy podchodzi!
524

Wtem spojrzy chłop jeden do swojego woza, a tam kożucha nie ma! Spojrzy inny, a tu mu butów świeżo kupionych brak. Jeszcze się nie opamiętał, kiedy między babami krzyk powstał, że sołtysce chustka kwiaciasta zginęła. Jakże się ludzie nie zgruchną[306], jak się do budy owej nie rzucą! Poturbowali Cygana tak, że i sznurek, i łańcuszek z rąk puścił, a całą bandę wnet wypłoszyli z miasteczka, het precz. W tym zamieszaniu i tłoku Podziomek i Koszałek zniknęli, jakby ich wiatr zdmuchnął.

V

525

Dobrze już było z południa[307], kiedy nasze Krasnoludki bez tchu prawie na skraj lasu przybieżawszy, rzuciły się na trawę, by wypocząć nieco.

526

Zwłaszcza Koszałek-Opałek srodze był zmęczony, gdyż ów łańcuszek, do którego Cygan go przykuł, ocierał mu nogę nieznośnie i utrudniał kroki. Jęczał tedy i sykał z bólu uczony kronikarz, póki Podziomek między dwoma kamykami łańcuszka nie rozkuł i świeżą trawą nogi mu nie obwinął. PychaNie było to tak łatwo. Koszałek-Opałek bronił się z całej siły, utrzymując, że takie prostackie lekarstwo dobre dla chłopstwa, a nie dla uczonych mężów; gdy przecież ulgę poczuł, uciszył się niebawem.

527

Tymczasem Podziomek, spojrzawszy bacznie dokoła, wykrzyknął z radości:

528

— A wszak to ta sama polanka, gdzie mnie Cygan pojmał!

529

— Hola! Jak tak, to tu i krupnik być musi!

530

Tu puścił się pędem ogniska przyduszonego szukać i wprędce je znalazłszy, popiół rozgrzebał, chrustu przyłożył i dmuchać zaczął co siły. Rozżarzyły się węgle, po chruście iskry polatywać zaczęły, dym zwinął się wierzchem ogniska, aż wreszcie buchnął jasny, żywy płomień. W chwilę potem bulgotał w kociołku smakowity krupnik, którym podjadłszy sobie, obaj towarzysze zakurzyli fajki.

531

Upłynęło chwil kilka i już się do drogi zbierać trzeba było, kiedy Podziomek trącił coś twardego nogą i schyliwszy się, znalazł upuszczoną przez Cygana drumlę, na której też zaraz grać począł.

532

Wyszedł z drumli głos cudny, aż rozbrzmiały echa, i zaraz w zaroślach ozwały się drozdy, zięby, sikorki, piegże i inne drobne ptactwo, jakby ukryta kapela, co tylko znaku czeka. Osobliwie szczyglik jeden zaśpiewał tak cudnie, iż drzewina owa, na której siadł, zaraz się kwiatem różowym okryła, a bratki polne, głogi[308] i liliowe dzwonki zamieniły się nagle w skrzydlate dzieciątka, szepcące między sobą: „Wiosna… wiosna… wiosna!”.

533

Słuchał tego z radością Podziomek, drumlę od ust odjąwszy i na kiju się podparłszy, gdy wtem do owej pieśni, złożonej ze śpiewu ptasząt i szeptów kwiecia, zaczęła się mieszać jakaś nuta żałosna, zrazu daleka, potem coraz bliższa.

534

BiedaZaraz też na skraj lasu wyszła wynędzniała, ubogo odziana kobieta, która zbierając lebiodę[309], ocierała z łez oczy wychudzoną ręką i mniemając, iż jest sama, śpiewała rzewnym głosem:

Oj, wiosna ci to, wiosna,
Oj, dola mi żałosna!
Oj, pusto już w komorze,
Oj, głodno i w oborze, hej!…
535

Rozległo się echo jękiem szerokim het[310] precz, po cichym lesie, a kobieta znów śpiewać zaczęła:

Na stole próżna miska,
Oj, piszczą jeść dzieciska!
Po łąkach kwitnie kwiecie,
A bieda ludzi gniecie!… hej!
536

I znów się rozległo echo w leśnej głuszy, a uboga zbieraczka lebiody śpiewała dalej:

Oj, w rosach słonko wstało,
Oj, we łzach mnie widziało,
Oj, w rosach dojdzie zorzy,
Oj, we łzach mnie położy! hej!…
537

Słuchał tego śpiewania Podziomek, a litość wzbierała w jego poczciwym sercu. Głód, Cud, CzaryPrzypomniał sobie ową wiosnę spędzoną niegdyś na wsi, gdy chleba i mąki po chatach ubogich brakło, gdy matki zielskiem dzieci swe żywić musiały, gdy dobytek marniał bez paszy[311], a kto z otręb[312] podpłomyk[313] miał, ten się za szczęśliwego liczył. Więc kiedy echo pieśni też ucichło, westchnął i rzekł:

538

— Teraz wiem, że wiosna jest! Ptaki śpiewają, kwiat zakwita, a głodni ludzie płaczą.

539

A wtem przypomniał sobie, iż śmieci w Grocie Kryształowej zebrane zamieniają się na ziemi w pieniądze, i z cicha podszedłszy w to miejsce, gdzie kobiecina lebiodę zbierała, wywrócił obie kieszenie i pilnie je wytrząsać zaczął. Przytaiło się istotnie w nich nieco prochów, z których gdy na ziemię padły, blask żywy się rozszedł.

540

— Skarb! skarb! — zakrzyknęła kobieta, ujrzawszy srebrne pieniążki. — Wiara, Modlitwa— Jezu miłosierny! Skarb! Toć nie pomrzem z głodu! Toć się obratujem z tej biedy! Jezu miłosierny!…

541

Zebrała garstkę pieniążków i padłszy na kolana, modlić się zaczęła rzewnym głosem:

542

— Nie opuściłeś Ty sierot! Nie zapomniałeś nędzy ubogiego! Nie ostawiłeś w głodzie łaknącego! Żywicielu! Pocieszycielu! Ojcze nasz!

543

Tu zamilkła, a tylko łzy jasne, lecące z wzniesionych w niebo oczu, przemawiały za nią. Czego słuchając i na co patrząc, Podziomek też oczy pięścią wycierać zaczął i do płaczu się wykrzywił.

544

Aż kiedy kobieta, ucałowawszy pokornie ziemię, wstała i w las poszła, rzecze Podziomek.

545

— Nie mamy tu co dłużej popasać[314]. Wiosna jak wół! Trzeba nam prędko z wieścią do króla wracać!

546

Jeszcze to mówił, kiedy usłyszy, dudni coś po drodze. Spojrzy, a to ów Cygan, co ich na jarmark wodził, po kociołek i drumlę wraca.

547

Więc zaraz kija sękatego z ziemi podniósł, żeby się Cyganowi obronić, gdyby tu wrócił przypadkiem.

548

Zerwie się i Koszałek-Opałek i już uciekać chce, kiedy go Podziomek za rękaw chwyci i rzecze:

549

Czary, Miłosierdzie— Nie bój się, uczony mężu! Wodził on nas, powiedziem my jego! Toć w księdze twojej stało, że w nagłej trwodze małe Krasnoludki w wielkich Krasnoludów zamienić się mogą! Jakże to uczynić?

550

Ale Koszałek-Opałek tak zębami szczękał ze strachu, że i słowa przemówić nie mógł.

551

— Prędzej, prędzej! — wołał Podziomek. A już Cygan do polanki dobiegał.

552

— Trze… trze… trzeba… — bełkotał Koszałek, dygocąc jak w febrze — trzeba na… naz… nazwać… rzecz wielką! Jak największą…

553

A wtem ich Cygan spostrzegł i zakrzyknął:

554

— A tuście[315] mi, ptaszki! Czekajcie, odpłacę ja wam teraz!

555

— Góra! — zawołał Podziomek drżącym trochę głosem. Ale się nawet na pół cala[316] nie podniósł.

556

— Mą… mą… mądrość! — wybełkotał Koszałek-Opałek. Ale i to nic nie pomogło.

557

— Siła! — zakrzyknął Podziomek w najwyższej trwodze, bo już Cygan rękę na nim kładł. Ale jak był, tak pozostał mały.

558

A wtem rozległ się w powietrzu głos cichy, jakby wiatr między drzewami zagadał:

559

…Miłosierdzie!

560

Echo to było, od słów ubogiej kobiety odbite, która szła lasem, wielbiąc Boże miłosierdzie.

561

Lecz kiedy się ten głos rozległ, zbladł Cygan i stanął jak wryty.

562

Małe krasnoludki zaczęły mu w oczach rość[317], rość, a Cygan cofał się… cofał, szepcąc zbielałymi ze strachu ustami:

563

— Zgiń, przepadnij, maro!… Zgiń, przepadnij…

564

Tymczasem Krasnoludki przerosły go o głowę, przerosły o dwie, o trzy, aż zrównawszy się z borowymi sosnami, stały przed nim groźne, potężne, olbrzymie, tak że ów Cygan wydawał się przy nich jak karzeł.

565

Rzucił się tedy przed nimi na ziemię i złożywszy ręce, wołać zaczął:

566

— Darujcie, jasne pany! Darujcie wielkomożne pany! Ja myślał, że wy małpy, a wy czarodzieje! Darujcie Cyganowi, jasne wielkoludy!

567

KaraNasrożył brwi na to w olbrzyma zmieniony Podziomek i grubym głosem rzecze:

568

— No, może to być, bom dziś łaskaw! Ale nas przez bór i przez rzekę do Groty naszej nieś! A niech się który co najmniej utrzęsie albo o gałąź drapnie, albo buty zamoczy, to cię w szkapę żydowską zamienię! O wikcie[318] też pamiętać masz! Dużo ma być jadła na każdy czas i dobrego! A co to ci tam z torby sterczy?

569

Okazało się, że z torby sterczał placek ze straganu porwany, pasek słoniny wędzonej i serek.

570

— Mało! Bardzo mało!… Zupełnie mało!… — burczał, dobywając zapasy te Podziomek.

571

Ale Cygan, z ziemi nie wstając, wołał:

572

— Niechże już lepiej od razu zostanę żydowską szkapą, jak mam takich dwóch drabów, jak jasne pany, dźwigać i jeszcze ich dobrym jadłem paść. Czy tak, czy siak, jedna zguba moja!

573

Tu zaczął jęczeć i szlochać.

574

Ale echo, odbijając się od drzewa do drzewa w boru[319], ucichało i rozpływało się z wolna, a jednocześnie oba wielkoludy maleć i zniżać się zaczęły.

575

Wtedy Podziomek rzekł:

576

— No, nie bój się, Cyganie! Wstań! Widziałeś moc i siłę naszą, to dość! Teraz znów oto zamieniamy się w drobnych Krasnoludków, a tak poniesiesz nas łatwo. Tylko jedzenia fasuj[320] dużo! Jak najwięcej! Tyle, co dla dużych!

577

Podniósł głowę Cygan, patrzy, a przed nim karliki małe. Więc ich zacznie całować po rękach, śmiejąc się i płacząc razem, po czym ich sobie na ramionach posadził, a gdy podjedli i zakurzyli fajki, w drogę z nimi ruszył.

578

Niósł ich tak do wieczora, niósł przez noc, iż jasna od pełni księżycowej była, a choć mu nogi zemdlały[321], poskarżyć się nie śmiał, żeby się czarodzieje owe mocne, za jakich Krasnoludków miał, znów nie zamieniły w olbrzymów.

579

ObżarstwoCo gorsza, i z owego chleba, i z sera mało co mu się dostało, bo Podziomek raz w raz do torby sięgał, a jadł tak, że cały napęczniał jak bania. Ciężył też nieznośnie Cyganowi, tak że go ów raz w raz z ramienia na ramię przesadzając, z Koszałkiem mieniał[322], żadną miarą nie mogąc owego cierpnięcia w karku wytrzymać, jakie mu Podziomek sprawiał.

580

Na drugie południe stanęli wreszcie u wejścia do Kryształowej Groty, które wszakże kamieniem zawalone było tak, iż tylko niewielka zostawała szpara, tyle właśnie, ile na przepuszczenie jednego Krasnoludka trzeba było. Koszałek-Opałek jak nic byłby się tam zmieścił: wiadoma to rzecz, iż uczeni kronikarze zazwyczaj są chudzi. Ale Podziomek tak się wypasł na wyprawie swojej, że ani myśleć mógł o wejściu tą szparą do Groty. Przymierzył się jednym bokiem, przymierzył drugim — na nic. Krzyknie tedy na Cygana:

581

— Hej, Cygan! Nie widzisz, że ten kamień urósł i to wejście zawalił, gdziem dawniej luzem chadzał? Odwal mi go z drogi!

582

Ale w Cygana zaczęła wstępować otucha, bo u kresu będąc, mniej strachu doznawał. Rzecze tedy[323]:

583

— Wielkomożny dobrodzieju! Będzie tak, jak każesz! Ale chciałbym się zobaczyć z drumlą moją. Toć[324] Cygan bez drumli jako dziad bez jeża[325]. Służyłem wiernie jasnym panom, więc o swoje proszę.

584

Dobył tedy Podziomek drumli i mówi:

585

— Cygańska to rzecz, zawsze coś wycyganić w ostatku! Odwalaj kamień w mig, bo mi do króla pilno!

586

Natężył się Cygan, kamień barami podparł i tak go silnie pchnął, że się głaz razem z drumlą i z Cyganem het precz w dolinę potoczył!

587

Buchnął dzień jasny do groty wielkimi snopami ciepła i światłości, a na krzyk zstępującego Podziomka:

588

— Witajcie bracia!

589

Odhuknęły setne głosy:

590

— Słońce! Słońce! Słońce!…

Tekst: Wolne Lektury, domena publiczna lub wolna licencja. Spis treści i audiobook.