Romeo i Julia · William Shakespeare (Szekspir)

AKT PIERWSZY

AKT PIERWSZY

SCENA PIERWSZA

Plac publiczny. Wchodzą Samson i Grzegorz uzbrojeni w tarcze i miecze.

SAMSON

15

SługaDalipan, Grzegorzu, nie będziem darli pierza.

GRZEGORZ

16

Ma się rozumieć, bobyśmy byli zdziercami.

SAMSON

17

Ale będziemy darli koty, jak z nami zadrą.

GRZEGORZ

18

Kto zechce zadrzeć z nami, będzie musiał zadrżeć.

SAMSON

19

Mam zwyczaj drapać zaraz, jak mię kto rozrucha[1].

GRZEGORZ

20

Tak, ale nie zaraz zwykłeś się dać rozruchać.

SAMSON

21

Te psy z domu Montekich rozruchać mię mogą bardzo łatwo.

GRZEGORZ

22

Rozruchać się tyle znaczy co ruszyć się z miejsca; być walecznym jest to stać nieporuszenie: pojmuję więc, że skutkiem rozruchania się twego będzie — drapnięcie[2].

SAMSON

23

Te psy z domu Montekich rozruchać mię mogą tylko do stania na miejscu. Będę jak mur dla każdego mężczyzny i każdej kobiety z tego domu.

GRZEGORZ

24

To właśnie pokazuje twoją słabą stronę; mur dla nikogo niestraszny i tylko słabi go się trzymają.

SAMSON

25

Prawda, dlatego to kobiety, jako najsłabsze, tulą się zawsze do muru. Ja też odtrącę od muru ludzi Montekich, a kobiety Montekich przyprę do muru.

GRZEGORZ

26

Spór jest tylko między naszymi panami i między nami, ich ludźmi.

SAMSON

27

Mniejsza mi o to, będę nieubłagany. Pobiwszy ludzi, wywrę wściekłość na kobietach: rzeź między nimi sprawię.

GRZEGORZ

28

Rzeź kobiet chcesz przedsiębrać?

SAMSON

29

Nie inaczej: wtłoczę miecz w każdą po kolei. Wiadomo, że się do lwów liczę.

GRZEGORZ

30

Tym lepiej, że się liczysz do zwierząt; bo gdybyś się liczył do ryb, to byłbyś pewnie sztokfiszem[3]. SługaWeź no się za instrument[4], bo oto nadchodzi dwóch domowników Montekiego.

Wchodzą Abraham i Baltazar.

SAMSON

31

Mój giwer[5] już dobyty: zaczep ich, ja stanę z tyłu.

GRZEGORZ

32

Gwoli[6] drapania?

SAMSON

33

Nie bój się.

GRZEGORZ

34

Ja bym się miał bać z twojej przyczyny!

SAMSON

35

Miejmy prawo za sobą, niech oni zaczną.

GRZEGORZ

36

Marsa im nastawię[7] przechodząc; niech go sobie, jak chcą, tłumaczą.

SAMSON

37

Nie jak chcą, ale jak śmią. Ja im gębę wykrzywię; hańba im, jeśli to ścierpią.

ABRAHAM

38

Skrzywiłeś się na nas, mości panie?

SAMSON

39

Nie inaczej, skrzywiłem się.

ABRAHAM

40

Czy na nas się skrzywiłeś, mości panie?

SAMSON

do Grzegorza
41

Będziemyż[8] mieli prawo za sobą, jak powiem: tak jest?

GRZEGORZ

42

Nie.

SAMSON

43

Nie, mości panie; nie skrzywiłem się na was, tylko skrzywiłem się tak sobie.

GRZEGORZ

do Abrahama
44

Zaczepki waść szukasz?

ABRAHAM

45

Zaczepki? Nie.

SAMSON

46

Jeżeli jej szukasz, to jestem na waścine usługi. Mój pan tak dobry, jak i wasz.

ABRAHAM

47

Nie lepszy.

SAMSON

48

Niech i tak będzie.

Benwolio ukazuje się w głębi.

GRZEGORZ

na stronie do Samsona
49

Powiedz: lepszy. Oto nadchodzi jeden z krewnych mego pana.

SAMSON

50

Nie inaczej; lepszy.

ABRAHAM

51

Kłamiesz.

SAMSON

52

Dobądźcie mieczów, jeśli macie serca. Grzegorzu, pamiętaj o swoim pchnięciu.

BENWOLIO

53

Odstąpcie, głupcy; schowajcie miecze do pochew. Sami nie wiecie, co robicie.

Rozdziela ich swoim mieczem.
Wchodzi Tybalt.

TYBALT

Cóż to? Krzyżujesz oręż z parobkami?
55
Do mnie, Benwolio! Pilnuj swego życia.

BENWOLIO

Przywracam tylko pokój. Włóż miecz nazad
Albo wraz ze mną rozdziel nim tych ludzi.

TYBALT

WrógZ gołym orężem pokój? Nienawidzę
Tego wyrazu, tak jak nienawidzę
60
Szatana, wszystkich Montekich i ciebie.
Broń się, nikczemny tchórzu.
Walczą. Nadchodzi kilku przyjaciół obu partii i mieszają się do zwady; wkrótce potem wchodzą mieszczanie z pałkami.

PIERWSZY OBYWATEL

Hola! Berdyszów[9]! Pałek! Dalej po nich!
Precz z Montekimi, precz z Kapuletami!
Wchodzą Kapulet i Pani Kapulet[10]

KAPULET

Co za hałas? Podajcie mi długi
65
Mój miecz! Hej!

PANI KAPULET

Raczej kulę; co ci z miecza?

KAPULET

WrógMiecz, mówię! Stary Monteki nadchodzi.
I szydnie[11] swoją klingą mi urąga.
Wchodzą Monteki i Pani Monteki.

MONTEKI

Ha! Nędzny Kapulecie!
do żony
70
Puść mnie, pani.

PANI MONTEKI

Nie puszczę cię na krok, gdy wróg przed tobą.
Wchodzi Książę z orszakiem.

KSIĄŻĘ

Zapamiętali, niesforni poddani,
Bezcześciciele bratniej stali! Cóż to,
Czy nie słyszycie? Ludzie czy zwierzęta,
75
Co wściekłych swoich gniewów żar gasicie
W własnych żył swoich źródle purpurowym;
Pod karą tortur wypuśćcie natychmiast
Z dłoni skrwawionych tę broń buntowniczą
I posłuchajcie tego, co niniejszym
80
Wasz rozjątrzony[12] książę postanawia.
Domowe starcia, z marnych słów zrodzone
Przez was, Monteki oraz Kapulecie,
Trzykroć już spokój miasta zakłóciły,
Tak że poważni wiekiem i zasługą
85
Obywatele werońscy musieli
Porzucić swoje wygodne przybory
I w stare dłonie stare ująć miecze,
By zardzewiałym ostrzem zardzewiałe
Niechęci wasze przecinać. KaraJeżeli
90
Wzniecicie kiedyś waśń podobną,
Zamęt pokoju opłacicie życiem.
A teraz wszyscy ustąpcie niezwłocznie.
Ty, Kapulecie, pójdziesz ze mną razem;
Ty zaś, Monteki, przyjdziesz po południu
95
Na ratusz, gdzie ci dokładnie w tym względzie
Dalsza ma wola oznajmiona będzie.
Jeszcze raz wzywam wszystkich tu obecnych
Pod karą śmierci, aby się rozeszli.
Książę z orszakiem wychodzi. Podobnież Kapulet, Pani Kapulet, Tybalt, obywatele i słudzy.

MONTEKI

Kto wszczął tę nową zwadę? Mów, synowcze,
100
Byłżeś[13] tu wtedy, gdy się to zaczęło?

BENWOLIO

Konflikt, Sługa, Walka, WrógNieprzyjaciela naszego pachołcy
I wasi już się bili, kiedym nadszedł;
Dobyłem broni, aby ich rozdzielić:
Wtem wpadł szalony Tybalt z gołym mieczem,
105
I harde zionąc mi w uszy wyzwanie,
Jął się wywijać nim i siec powietrze,
Które świszczało tylko szydząc z marnych
Jego zamachów. Gdyśmy tak ze sobą
Cięcia i pchnięcia zamieniali, zbiegł się
110
Większy tłum ludzi; z obu stron walczono,
Aż książę nadszedł i rozdzielił wszystkich.

PANI MONTEKI

Dziecko, Matka, SynLecz gdzież Romeo? Widziałżeś[14] go dzisiaj?
Jakże się cieszę, że nie był w tym starciu.

BENWOLIO

Godziną pierwej, nim wspaniałe słońce
115
W złotych się oknach wschodu ukazało,
Troski wygnały mię z dala od domu
W sykomorowy[15] ów gaj[16], co się ciągnie
Ku południowi od naszego miasta.
Tam, już tak rano, syn wasz się przechadzał.
120
Ledwiem go ujrzał, pobiegłem ku niemu;
Lecz on, spostrzegłszy mię, skrył się natychmiast
I w najciemniejszej ukrył się gęstwinie.
Pociąg ten jego do odosobnienia
Mierząc mym własnym (serce nasze bowiem
125
Jest najczynniejsze, kiedyśmy samotni),
Nie przeszkadzałem mu w jego dumaniach
I w inną stronę się udałem, chętnie
Stroniąc od tego, co rad mnie unikał.

Dziecko, Ojciec, SynMONTEKI

Nieraz o świcie już go tam widziano
130
Łzami poranną mnożącego rosę,
A chmury — swego oblicza chmurami,
Aliści ledwo na najdalszym wschodzie
Wesołe słońce sprzed łoża Aurory[17]
Zaczęło ściągać cienistą kotarę,
135
On, uciekając od widoku światła,
Co tchu zamykał się w swoim pokoju;
Zasłaniał okna przed jasnym dnia blaskiem
I sztuczną sobie ciemnicę utwarzał.
W czarne bezdroża dusza jego zajdzie,
140
Jeśli się na to lekarstwo nie znajdzie.

BENWOLIO

Szanowny stryju, znaszże[18] powód tego?

MONTEKI

Nie znam i z niego wydobyć nie mogę.

BENWOLIO

Wybadywałżeś[19] go jakim sposobem?

MONTEKI

Wybadywałem i sam, i przez drugich,
145
Lecz on jedyny powiernik swych smutków.
Tak im jest wierny, tak zamknięty w sobie,
Od otwartości wszelkiej tak daleki
Jak pączek kwiatu, co go robak gryzie,
Nim światu wonny swój kielich roztoczył
150
I pełność swoją rozwinął przed słońcem.
Gdybyśmy mogli dojść tych trosk zarodka,
Nie zbrakłoby nam zaradczego środka.
Romeo ukazuje się w głębi.

BENWOLIO

Oto nadchodzi. Odstąpcie na stronę;
Wyrwę mu z piersi cierpienia tajone.

MONTEKI

155
Obyś w tej sprawie, co nam serce rani,
Mógł być szczęśliwszym od nas! Pójdźmy, pani.
Wychodzą Monteki i Pani Monteki.

BENWOLIO

PrzyjaźńDzień dobry, bracie.

ROMEO

Jeszczeż[20] nie południe?

BENWOLIO

Dziewiąta biła dopiero.

ROMEO

160
Jak nudnie
Wloką się chwile. Moiż[21] to rodzice
Tak spiesznie w tamtą zboczyli ulicę?

BENWOLIO

Tak jest. Lecz cóż tak chwile twoje dłuży?

ROMEO

Nieposiadanie tego, co je skraca.

BENWOLIO

165
Miłość więc?

ROMEO

Brak jej.

BENWOLIO

Jak to? Brak miłości?

ROMEO

Brak jej tam, skądbym pragnął wzajemności.

BENWOLIO

MiłośćNiestety! Czemuż, zdając się niebianką,
170
Miłość jest w gruncie tak srogą tyranką?

ROMEO

Niestety! Czemuż, z zasłoną na skroni,
Miłość na oślep zawsze cel swój goni!
Gdzież dziś jeść będziem? Ach! Był tu podobno
Jakiś spór? Nie mów mi o nim, wiem wszystko.
175
W grze tu nienawiść wielka, lecz i miłość.
O! Wy sprzeczności niepojęte dziwa!
Szorstka miłości! Nienawiści tkliwa!
Coś narodzone z niczego! Pieszczoto
Odpychająca! Poważna pustoto!
180
Szpetny chaosie wdzięków! Ciężki puchu!
Jasna mgło! Zimny żarze! Martwy ruchu!
Śnie bez snu! Taką to w sobie zawiłość,
Taką niełączność łączy moja miłość.
Czy się nie śmiejesz?

BENWOLIO

185
Nie, płakałbym raczej.

ROMEO

Nad czym, poczciwa duszo?

BENWOLIO

Nad uciskiem,
Poczciwej duszy twojej.

ROMEO

Cierpienie, MiłośćA więc strzała
190
Miłości nawet przez odbitkę działa?
Dość mi już ciężył mój smutek, ty jego
Brzemię powiększasz przewyżką twojego;
Współczucie twoje nad moim cierpieniem
Nie ulgą, ale nowym jest kamieniem
195
Dla mego serca. Miłość, przyjacielu,
To dym, co z parą westchnień się unosi;
To żar, co w oku szczęśliwego płonie;
Morze łez, w którym nieszczęśliwy tonie.
Czymże jest więcej? Istnym amalgamem[22],
200
Żółcią trawiącą i zbawczym balsamem.
Bądź zdrów.
chce odejść

BENWOLIO

PrzyjaźńZaczekaj! Krzywdę byś mi sprawił,
Gdybyś mą przyjaźń z kwitkiem tak zostawił.

ROMEO

Ach! Ja nie jestem tu, nie jestem sobą;
205
To nie Romeo, co rozmawia z tobą.

BENWOLIO

Kogóż to kochasz? Mów!

ROMEO

Przestań mię dręczyć.
Mamże[23] wraz jęczyć[24] i mówić?

BENWOLIO

Nie jęczyć,
210
Tylko mi klucz dać do tego problemu,
Kogóż to kochasz? Powiedz.

ROMEO

Każ choremu
Pisać testament: będzież[25] to wezwanie
Dobre dla tego, kto jest w tak złym stanie?
215
A więc, kobietę kocham.

BENWOLIO

Celniem mierzył,
Gdym to pomyślał, nimeś mi powierzył.

ROMEO

Biegle celujesz. I ta, którą kocham,
Jest piękna.

BENWOLIO

220
W piękny cel trafić najłatwiej.

ROMEO

Kobieta, Kochanek, MiłośćA właśnieś chybił. Niczym tu kołczany
Kupida[26]; ona ma naturę Diany[27];
Pod twardą zbroją wstydliwości swojej
Grotów miłości wcale się nie boi;
225
Szydzi z nawału zaklęć oblężniczych;
Odpiera szturmy spojrzeń napastniczych;
Nawet jej złota wszechwładztwo nie zjedna.
Bogata w wdzięki, w tym jedynie biedna,
Że kiedy umrze, do grobu z nią zstąpi
230
Całe bogactwo, którego tak skąpi.

BENWOLIO

Wiecznież[28] chce sama zostać z swym bogactwem?

ROMEO

Cierpienie, MiłośćTak jest; i skąpstwo to jest marnotrawstwem,
Bo piękność, którą własna srogość strawia,
Całą potomność piękności pozbawia.
235
KobietaZbyt ona piękna, zbyt mądra zarazem;
Zbyt mądrze piękna: stąd istnym jest głazem.
Przysięgła nigdy nie kochać i dzięki
Temu skazanym — wieczne cierpieć męki.

BENWOLIO

Jest na to rada: przestań myśleć o niej.

ROMEO

240
Doradźże także, jakim bym sposobem
Mógł przestać myśleć.

BENWOLIO

Dając oczom wolność
Rozpatrywania się w innych pięknościach.

ROMEO

To byłby tylko sposób przywołania
245
Jej cudnych wdzięków tym żywiej na pamięć.
Dama, MaskaMaska kryjąca lica pięknej damy,
Choć czarna, nęci nas, bo przeczuwamy
Pod nią zbiór ponęt; ten, co wzrok postradał,
Zapomniż[29] kiedy, jaki skarb posiadał?
250
Pokaż mi jaki ideał dziewczęcy,
Będzież[30] on dla mnie w istocie czym więcej
Jak przypomnieniem, że jest piękność inna,
Przed którą ta by uklęknąć powinna?
Bądź zdrów, niewczesną[31] podajesz mi radę.

BENWOLIO

255
Najpraktyczniejszą — życie w zastaw kładę.
Wychodzą.

SCENA DRUGA

Ulica. Wchodzą Kapulet i Parys, za nimi Służący.

KAPULET

Podobną jak mnie karą zagrożono
I Montekiemu; ależ w wieku naszym
Spokojnie siedzieć rzecz nietrudna.

PARYS

Oba
260
Szanownych szczepów jesteście odrośle;
Tym ci żałośniej, że od tyla czasu
Żyjecie w takim rozdwojeniu z sobą.
Cóż mówisz, panie, na moje zabiegi?

KAPULET

Ojciec, Córka, DzieckoTo samo, co już dawniej powiedziałem:
265
Mojemu dziecku świat jest jeszcze obcy,
Ledwie czternastu lat wysnuła przędzę;
Parę jej wiosen jeszcze przeżyć trzeba,
Nim małżeńskiego zakosztuje chleba.

PARYS

Z młodszych bywały nieraz szczęsne matki.

KAPULET

270
Lecz prędko więdną przedwczesne mężatki.
Ziemia schłonęła wszystkie me nadzieje:
Oprócz tej jednej; Córka, Dziecko, Ojciecona jest, Parysie,
Przyszłą, jedyną moich ziem dziedziczką.
Staraj się jednak, skarb sobie jej serce,
275
Chęć ma z jej chęcią nie będzie w rozterce[32];
Jeśli cię przyjmie, głos ojca w tym względzie
Jej pozwolenia echem tylko będzie.
Obyczaje, ZabawaDaję dziś wieczór, na który niemało
Gości sprosiłem; gdyby ci się dało
280
Być jednym więcej, w nader miły sposób
Zwiększyłbyś przez to zbiór miłych mi osób.
W biednym mym domu, jednocześnie z nocą,
Takie dziś gwiazdy ziemskie zamigocą,
Że od ich blasku blask niebieski zblednie.
285
Uciechy, młodym ludziom odpowiednie,
Podobne do tych, jakie kwiecień sprawia,
Gdy w starym progu zimy się pojawia;
Takie uciechy, w całej swojej mocy,
Wśród hożych dziewic staną się tej nocy
290
Udziałem twoim w domu Kapuletów.
Przyjdź, przejrz[33] i wybierz sobie z tych bukietów
Kwiat najpiękniejszy. I mój kwiat tam luby
Wejdzie do liczby, choć nie do rachuby.
Idźmy.
Sługado Sługi
295
A wasze[34] obejdź w krąg Weronę,
Wynajdź osoby tu wyszczególnione
oddaje mu papier
I powiedz każdej: że mój dom otworem
Na ich usługi stanie dziś wieczorem.
Wychodzą Kapulet i Parys.

SŁUŻĄCY

299

Mam wynaleźć osoby tu wyszczególnione: to się znaczy według tego, co tu napisano… A cóż tu napisano? Oto: że szewc ma pilnować łokcia, a krawiec kopyta; rybak pędzla, a malarz więcierza[35]. Jakże wynajdę osoby tu wyszczególnione, kiedy nie mogę wynaleźć środka na wyczytanie tego, co osoba pisząca tu wyszczególniła? Kazano mi jednak; muszę się udać do uczonych. Oto jacyś ichmoście. W samą porę nadchodzą.

Wchodzi Romeo i Benwolio.

BENWOLIO

300
Tak, bracie, płomień spędza się płomieniem,
Ból dawny nowym leczy się cierpieniem;
Kręć się na odwrót, gdy masz zawrót głowy;
Klin wyrugujesz, klin wbijając nowy;
Zaczerpnij nowej zarazy do łona,
305
A jad dawniejszej niewątpliwie skona.

ROMEO

Liść pokrzywiany wyborny jest na to.

BENWOLIO

Na cóż to, proszę?

ROMEO

Na oparzeliznę;
Spróbuj no tylko.

BENWOLIO

310
Powiedz mi, Romeo,
Czyś ty oszalał?

ROMEO

CierpienieNie, nie oszalałem;
Lecz wpadłem w gorszy stan niż szalonego;
W loch się dostałem, jestem pastwą głodu,
315
Chłost i mąk… SługaDobry wieczór, przyjacielu.

SŁUŻĄCY

Nawzajem, panie. Czy umiesz pan czytać?

ROMEO

Niestety! Umiem w moim przeznaczeniu
Czytać niedolę.

SŁUŻĄCY

Tego się bez książki
320
Można nauczyć; ale ja się pytam,
Czy pan pisane rzeczy umie czytać?

ROMEO

Małej mi rzeczy do tego potrzeba,
To jest znać tylko język i litery.

SŁUŻĄCY

Słusznie pan mówisz, bądźże[36] zdrów i wesół.
chce odejść

ROMEO

325
Czekaj no, wasze, umiem czytać.
czyta
326

„Sinior[37] Martino, jego małżonka i córki. Hrabia Anzelm ze swymi pięknymi siostrami. Siniora[38] wdowa po Witruwiuszu. Sinior Placentio i jego miłe siostrzenice. Merkucjusz i jego brat Walenty. Mój stryj Kapulet z małżonką i córkami. Moja śliczna siostrzenica, Rozalina, Liwia, Sinior Valentio i nasz kuzyn Tybalt. Lucjusz i nadobna Helena.” Wspaniałe grono! oddaje kartę Gdzież oni przyjść mają?

SŁUŻĄCY

327

Ówdzie[39].

ROMEO

328

Gdzie?

SŁUŻĄCY

329

Do naszego pałacu, na wieczerzę.

ROMEO

330

Do czyjego pałacu?

SŁUŻĄCY

331

Mojego pana.

ROMEO

332

W istocie powinienem się był przede wszystkim spytać, kto nim jest.

SŁUŻĄCY

333

Oznajmię to panu bez pytania: moim panem jest możny, bogaty Kapulet; jeżeli panowie nie jesteście z domu Montekich, to was zapraszam do niego na kubek wina. Bądźcie weseli.

wychodzi

BENWOLIO

Na tym wieczorze Kapuleta będzie
335
Bożyszcze twoje, piękna Rozalina,
Obok najpierwszych piękności werońskich.
Pójdź tam i okiem bezstronnym porównaj
Jej twarz z obliczem tych, które ci wskażę:
Wnet nowe bóstwo ślad dawnego zmaże.

ROMEO

340
Kobieta, Kochanek, MiłośćGdyby rzetelny mój wzrok tak fałszywe
Miał dać świadectwo, łzy, stańcie się żarem!
Wy, zalewane wciąż, a jeszcze żywe
Przezrocza, spłońcie pod kłamstwa nadmiarem!
Zatrzeć jej wdzięki! Nigdy wszechwidzące
345
Równej piękności nie widziało słońce.

BENWOLIO

Wielbisz ją, boś ją jedną na oboich
Ważył dotychczas szalach oczu swoich,
Lecz umieść na tej wadze kryształowej
Obok niej inną, którą ci gotowy
350
Będę dziś wskazać; a ręczę, że owa
Nieporównana w kąt się przed tą schowa.

ROMEO

Pójdę tam, ale z obojętnym okiem,
Jednej wyłącznie poić się widokiem.
Wychodzą.

SCENA TRZECIA

Pokój w domu Kapuletów. Wchodzi Pani Kapulet i Marta

PANI KAPULET

Córka, Dziecko, MatkaGdzie moja córka? Idź ją tu przywołać.

SługaMARTA

355
Na moją cnotę do dwunastu wiosen —
Już ją wołałam. Pieszczotko, biedronko!
Julciu! Pieszczotko moja! Moje złotko!
Boże, zmiłuj się! Gdzież ona jest? Julciu!
Wchodzi Julia.

JULIA

Czy mnie kto wołał?

MARTA

360
Mama.

JULIA

Jestem, pani;
Co mi rozkażesz?

PANI KAPULET

Słuchaj. Odejdź, Marto;
Mam z nią sam na sam coś do pomówienia.
365
Marto, pozostań; przychodzi mi na myśl,
Że twa obecność może być potrzebna.
Julka ma piękny już wiek, wszakże prawda?

MARTA

Ba, mogę wiek jej policzyć na palcach.

PANI KAPULET

Czternaście ma już lat, jak mi się zdaje.

MARTA

370
Czternaście moich zębów w zakład stawię
(Chociaż właściwie mam ich tylko cztery),
Że jeszcze nie ma. Rychłoż[40] będzie święto
Piotra i Pawła?

PANI KAPULET

Za parę tygodni
375
Mniej więcej.

MARTA

Mniej czy więcej, czy okrągło,
Ale dopiero w wieczór na świętego
Piotra i Pawła[41] skończy lat czternaście.
Ona z Zuzanką, Boże, zbaw nas grzesznych!
380
Były rówieśne. Zuzanka u Boga —
Byłże to anioł! Ale jak mówiłam,
Julcia dopiero na świętego Piotra
i Pawła skończy spełna lat czternaście.
Tak, tak; pamiętam dobrze. Mija teraz
385
Rok jedenasty od trzęsienia ziemi[42];
Właśnie od piersi była odsadzona,
Spomiędzy wszystkich dni bożego roku
Tego jednego nigdy nie zapomnę.
Piołunem[43] sobie wtedy pierś potarłam,
390
Siedząc na słońcu tuż pod gołębnikiem.
Państwo byliście tego dnia w Mantui.
A co? Mam pamięć? Ale jak mówiłam,
Skoro pieszczotka moja na brodawce
Poczuła gorycz, trzeba było widzieć,
395
Jak się skrzywiła, szarpnęła od piersi;
Gołębnik za mną: skrzyp! A ja co żywo
Na równe nogi: hyc! Nie myśląc czekać,
Aż mi kto każe. Upłynęło odtąd
Lat jedenaście. Umiała już wtedy
400
O własnej sile stać, co mówię, biegać,
Dyrdać. Dniem pierwej[44] zbiła sobie czoło.
Mój mąż, świeć Panie jego duszy! podniósł
Z ziemi niebogę; był to wielki figlarz.
«Plackiem — rzekł — padasz teraz, a jak przyjdzie
405
Większy rozumek, to na wznak upadniesz,
Nieprawdaż, Julciu?» A ten mały łotrzyk
Jak mi Bóg miły! przestał zaraz krzyczeć
I odpowiedział: «tak». Chociażbym żyła
Tysiąc lat, nigdy tego nie zapomnę.
410
«Nieprawdaż, Julciu — rzekł — że padniesz wznak?»
A mały urwis odpowiedział: «tak».

PANI KAPULET

Dość tego, Marto, skończ już tę historię.
Proszę cię.

MARTA

Dobrze, miłościwa pani.
415
Ale nie mogę wstrzymać się od śmiechu,
Kiedy przypomnę sobie, jak to ona
Przestała krzyczeć i odpowiedziała:
«Tak». Miała jednak guz jak kurze jaje,
Siniec porządny i płakała gorzko;
420
Ale gdy mąż mój rzekł: «Plackiem dziś padasz,
A jak dorośniesz, to na wznak upadniesz,
Nieprawdaż Julciu?», tak i niebożątko
Zaraz ucichło i odrzekło: «tak».

JULIA

Ucichnij też i ty, proszę cię, nianiu.

MARTA

425
Jużem[45] ucichła przecie. Pan Bóg z tobą!
Ty jesteś perłą ze wszystkich niemowląt,
Jakie karmiłam. Gdybym jeszcze mogła
Patrzeć na twoje zamęście!…

Córka, MatkaPANI KAPULET

MałżeństwoZamęście!
430
To jest punkt właśnie, o którym chcę mówić.
Powiedz mi, Julio, co myślisz i jakie
Są chęci twoje we względzie małżeństwa?

JULIA

O tym zaszczycie jeszcze nie myślałam.

MARTA

O tym zaszczycie! Gdybym nie ja była
435
Twą karmicielką, rzekłabym, żeś mądrość
Wyssała z mlekiem.

PANI KAPULET

Młodsze od ciebie dziewczęta z szlachetnych
Domów w Weronie wcześnie stan zmieniają;
440
Ja sama byłam już matką w tym wieku,
W którym tyś jeszcze panną. Krótko mówiąc,
Waleczny Parys stara się o ciebie.

MARTA

To mi kawaler! Panniuniu, to brylant
Taki kawaler: chłopiec gdyby z wosku[47]!

PANI KAPULET

445
Nie ma w Weronie równego mu kwiatu.

MARTA

Co to, to prawda: kwiat to, kwiat prawdziwy.

PANI KAPULET

Cóż, Julio? Będziesz mogła go kochać?
Dziś w wieczór ujrzysz go wśród naszych gości.
Wczytaj się w księgę jego lic, na których
450
Pióro piękności wypisało miłość;
Przypatrz się jego rysom, jak uroczo,
Zgodnie się schodzą z sobą i jednoczą;
A co w tej księdze wyda ci się mrocznym,
To w jego oczach stanieć[48] się widocznym.
455
Do upięknienia tej, zaprawdę rzadkiej,
Edycji męża brak tylko okładki.
Roślina w ziemi, ryba w wodzie żyje;
Miło, gdy piękną treść piękny wierzch kryje;
I tym wspanialsza, tym więcej jest warta
460
Złota myśl w złotej oprawie zawarta.
Tak więc z nim wszystką jego właść[49] posiędziesz
I w niczym sama ujmy mieć nie będziesz.

MARTA

Ujmy? Ba, owszem przyrost, boć to przecie
Zawżdy z mężczyzną przybywa kobiecie.

PANI KAPULET

465
Chceszże[50] go? Powiedz krótko, węzłowato.

JULIA

Zobaczę, jeśli patrzenia dość na to;
Nie głębiej jednak myślę w tę rzecz wglądać,
Jak tobie, pani, podoba się żądać.
SługaWchodzi Służący.

SŁUŻĄCY

469

Pani, goście już przybyli; wieczerza zastawiona, czekają na panie, pytają o pannę Julię, przeklinają w kuchni panią Martę; słowem, niecierpliwość powszechna. Niech panie raczą pośpieszyć.

wychodzi

PANI KAPULET

470

Pójdź, Julio; w hrabi serce tam dygoce.

MARTA

471

Idź i po błogich dniach błogie znajdź noce.

Wychodzą.

SCENA CZWARTA

Ulica. Wchodzą Romeo, Merkucjo i Benwolio w towarzystwie pięciu czy sześciu masek. Ludzie z pochodniami i inne osoby.

ROMEO

ObyczajeMamyż przy wejściu z przemową wystąpić
Czy też po prostu wejść?

BENWOLIO

Wyszły już z mody
475
Te ceremonie; nie będziemy z sobą
Wiedli Kupida z opaską na skroni,
Łuk malowany z gontu niosącego
I straszącego dziewczęta jak ptaki,
Ani też owych prawili oracji,
480
Mdło za suflerem cedzonych na wstępie.
Niech sobie o nas pomyślą, co zechcą;
Wejdziem, pokręcim się i znikniem potem.

ROMEO

Kręćcie się, kiedy chcecie, jam do tego
Dziś niesposobny.

MERKUCJO

485
Kochany Romeo,
Musisz potańczyć także.

ROMEO

Cierpienie, MiłośćNie, doprawdy.
Wy macie lekkie trzewiki, to tańczcie;
Mnie ołów serce tłoczy, ledwie mogę
490
Ruszyć się z miejsca.

MERKUCJO

Zakochany jesteś;
Pożycz strzelistych od Kupida skrzydeł
I wznieś się nimi nad poziomą sferę.

ROMEO

Nie mnie, tkniętemu srodze jego strzałą,
495
Strzeliście wzbijać się na jego skrzydłach;
Nie mnie się wznosić nad poziom, co nosząc
Brzemię miłości, na poziom upadam.

MERKUCJO

A gdybyś upadł z nią, ją byś obrzemił[51].
Tak delikatną rzecz przygniótłbyś srodze.

ROMEO

500
Nazywasz miłość rzeczą delikatną?
Zbyt, owszem, twarda, szorstka i koląca.

MERKUCJO

Twardali[52] dla cię, bądź i dla niej twardy;
Kol ją, gdy kole, a zwalisz ją łatwo.
MaskaHola! Podajcie mi na twarz pokrowiec!
505
Maskę na maskę!
wkłada maskę
Niechaj sobie teraz
Ciekawe oko nicuje mą szpetność!
Ta larwa[53] za mnie będzie się rumienić.

BENWOLIO

Idźmy, panowie; zadzwońmy, a potem
510
Ostro już tylko polećmy się nogom.

ROMEO

Niech trzpioty łechcą nieczułą posadzkę!
Pochodni dla mnie! Bom ja dziś skazany,
Jak ów pachołek, co świeci swej pani,
Stać nieruchomie i martwym być widzem.

MERKUCJO

515
Stój, jak chcesz, byleś tylko nie stał o to[54],
Co cię tak martwi, a w czym (z całym winnym
Uszanowaniem dla twojej miłości),
Jak w błocie, widzę, po uszy zagrzązłeś.
Nuże[55], nie palmy świec w dzień.

ROMEO

520
Palmyż[56] teraz.
Bo noc jest.

MERKUCJO

Mniemam, panie, że czas tracąc
Zarówno psujem świece bez potrzeby,
Jak w dzień je paląc. Przyjmij tę uwagę;
525
Bo w niej pięć razy więcej jest logiki
Niż w naszych pięciu zmysłach.

ROMEO

Uważamy
Za rzecz stosowną pójść tam na ten festyn,
Chociaż logiki w tym nie ma.

MERKUCJO

530
Dlaczego?

ROMEO

SenMiałem tej nocy marzenie.

MERKUCJO

Ja także;

ROMEO

Cóż ci się śniło?

MERKUCJO

To, że marzyciele
535
Najczęściej zwykli kłamać.

ROMEO

Przez sen w łóżku,
Gdy w gruncie marzą o rzeczach prawdziwych.

MERKUCJO

Snadź[57] się królowa Mab[58] widziała z tobą;
Ta, co to babi wieszczkom i w postaci
540
Kobietki mało co większej niż agat
Na wskazującym palcu aldermana[59],
Ciągniona cugiem drobniuchnych atomów,
Tuż, tuż śpiącemu przeciąga pod nosem.
Szprychy jej wozu z długich nóg pajęczych,
545
Osłona z lśniących skrzydełek szarańczy;
Sprzężaj[60] z plecionych nitek pajęczyny;
Lejce z wilgotnych księżyca promyków;
Bicz z cienkiej żyłki na świerszcza szkielecie;
A jej forszpanem[61] mała, szara muszka
550
Przez pół tak wielka[62] jak ów krągły owad,
Co siedzi w palcu leniwej dziewczyny;
Wozem zaś próżny laskowy orzeszek;
Dzieło wiewiórki lub majstra robaka,
Tych z dawien dawna akredytowanych
555
Stelmachów[63] wieszczek. W takich to przyborach
Co noc harcują po głowach kochanków,
Którzy natenczas marzą o miłości;
Albo po giętkich kolanach dworaków,
Którzy natenczas o ukłonach marzą;
560
Albo po chudych palcach adwokatów,
Którym się wtedy roją honoraria;
Albo po ustach romansowych damul,
Którym się wtedy marzą pocałunki;
Często atoli Mab na te ostatnie
565
Zsyła przedwczesne zmarszczki, gdy ich oddech
Za bardzo znajdzie cukrem przesycony.
Czasem też wjeżdża na nos dworakowi:
Wtedy śnią mu się nowe łaski pańskie;
KsiądzCzasem i księdza plebana odwiedzi,
570
Gdy ten spokojnie drzemie, i ogonem
Dziesięcinnego[64] wieprza w nos go łechce:
Wtedy mu nowe śnią się beneficja[65]
ŻołnierzCzasem wkłusuje na kark żołnierzowi:
Ten wtedy marzy o cięciach i pchnięciach,
575
O szturmach, breszach[66], o hiszpańskich klingach
Czy o pucharach, co mają pięć sążni[67];
Wtem mu zatrąbi w ucho: nasz bohater
Truchleje, zrywa się, klnąc zmawia pacierz
I znów zasypia. KobietaTaka jest Mab: ona,
580
Ona to w nocy zlepia grzywy koniom
I włos ich gładki w szpetne kudły zbija,
Które rozczesać niebezpiecznie; ona
Jest ową zmorą, co na wznak leżące
Dziewczęta dusi i wcześnie je uczy
585
Dźwigać ciężary, by się z czasem mogły
Zawołanymi stać gospodyniami.
Ona to, ona…

ROMEO

Skończ już, skończ, Merkucjo,
Marzenie, WiatrPrawisz o niczym.

MERKUCJO

590
Prawię o marzeniach,
Które w istocie niczym innym nie są
Jak wylęgłymi w chorobliwym mózgu
Dziećmi fantazji; ta zaś jest pierwiastku
Tak subtelnego właśnie jak powietrze;
595
Bardziej niestała niż wiatr, który już to
Mroźną całuje północ, już to z wstrętem
Rzuca ją, dążąc w objęcia południa.

BENWOLIO

Coś ten wiatr zawiał, zdaje się, i na nas,
Wieczerza stoi, spóźnimy się na nią.

Los, PrzeczucieROMEO

600
Boję się, czyli[68] nie przyjdziem za wcześnie;
Bo moja dusza przeczuwa, że jakieś
Nieszczęście, jeszcze wpośród gwiazd wiszące,
Złowrogi bieg swój rozpocznie od daty
Uciech tej nocy i kres zamkniętego
605
W mej piersi, zbyt już nieznośnego, życia
Przyśpieszy jakimś strasznym śmierci ciosem.
Lecz niech Ten, który ma ster mój w swym ręku,
Kieruje moim żaglem! Dalej! Idźmy!

BENWOLIO

Uderzcie w bębny!
Wychodzą.

SCENA PIĄTA

Sala w domu Kapuletów. Wchodzą muzykanci i słudzy.

SługaPIERWSZY SŁUGA

610

SługaGdzie Potpan[69]? Czemu nie pomaga sprzątać? Gęsi mu paść, nie służyć.

DRUGI SŁUGA

611

Tak to, kiedy ważne obowiązki lokaja powierzają ludziom złej maniery; na diabła się to zdało.

PIERWSZY SŁUGA

612

Powynoście stołki! Usuńcie na bok bufet! Pozbierajcie srebra! Schowaj no tam dla mnie, braciszku, kawałek marcepana i szepnij na ucho odźwiernemu, żeby wpuścił Zuzannę Grindstone i Nelly; jak mię kochasz! Antoni! Potpan!

DRUGI SŁUGA

613

Dobrze, chłopcze, gotowe.

PIERWSZY SŁUGA

614

Wołają was, czekają na was i niecierpliwią się w wielkiej sali.

TRZECI SŁUGA

615

Nie możemy być tu i tam razem[70]. Dalej, chłopcy! pohulajmyż[71] dzisiaj! Kto umie czekać, wszystkiego się doczeka.

Oddalają się. Kapulet i inni wchodzą z gośćmi i maskami.

KAPULET

Obyczaje, Starość, MłodośćWitaj, cna młodzi[72]! KobietaWolne od nagniotków
Damy rachują[73] na waszą ruchawość,
Śliczne panienki, któraż z was odmówi
Stanąć do tańca? O takiej wręcz powiem,
620
Że ma nagniotki. A co? Tom was zażył!
Dalej, panowie! I ja kiedyś także
Maskę nosiłem i umiałem szeptać
W ucho pięknościom jedwabne powieści,
Co szły do serca; przeszło to już, przeszło.
625
Nuże, panowie! Grajki, zaczynajcie!
Miejsca! Rozstąpmy się! Dalej, dziewczęta!
Muzyka gra. Młodzież tańczy.
Hej! Więcej światła! Wynieście te stoły!
I zgaście ogień, bo zbyt już gorąco.
StarośćSiadajże[74], siadaj, bracie Kapulecie!
630
Dla nas dwóch czasy pląsów już minęły.
Jakże to dawno byliśmy obydwaj
Po raz ostatni w maskach?

DRUGI KAPULET

Będzie temu
Lat ze trzydzieści.

KAPULET

635
Co? Co! Nie tak dawno
Było to, pomnę, na godach Lucencja;
Na te Zielone Świątki, da Bóg dożyć,
Będzie dwadzieścia pięć lat.

DRUGI KAPULET

Dawniej, dawniej,
640
Wszak już syn jego jest trzydziestoletni.

KAPULET

Co mi waść prawisz? Przede dwoma laty
Syn jego nie był jeszcze pełnoletni.

ROMEO

do jednego z sług
Miłość, KochanekCo to za dama, co w tej chwili tańczy
Z tym kawalerem?

SŁUGA

645
Nie wiem, jaśnie panie.

ROMEO

Kobieta, NocOna zawstydza świec jarzących blaski;
Piękność jej wisi u nocnej opaski
Jak drogi klejnot u uszu Etiopa.
Nie tknęła ziemi wytworniejsza stopa.
650
Jak śnieżny gołąb wśród kawek, tak ona
Świeci wśród swoich towarzyszek grona.
Zaraz po tańcu przybliżę się do niej
I dłoń mą uczczę dotknięciem jej dłoni.
Kochałżem[75] dotąd? O! Zaprzecz, mój wzroku!
655
Boś jeszcze nie znał równego uroku.

Grzech, Obyczaje, Przemoc, Szlachcic, WrógTYBALT

Sądząc po głosie, z Montekich to któryś.
Daj no mi rapir[76], chłopcze. HonorJak się waży
Ten łotr tu wchodzić i kłamaną larwą[77]
Szyderczo naszej urągać zabawie?
660
KrewNa krew szlachetną, co mi wzdyma serce,
Nie będzie grzechu, jeśli go uśmiercę.

KAPULET

Tybalcie, co ci to? Czego się zżymasz[78]?

TYBALT

Konflikt, WrógUjmy tej, stryju, pewno nie wytrzymasz:
Jeden z Montekich, twych śmiertelnych wrogów,
665
Śmie tu znieważać gościnność twych progów.

KAPULET

Czyż to Romeo?

TYBALT

Tak, ten to nikczemnik.

KAPULET

Gość, Obyczaje, Wróg, ZabawaDaj mu waść pokój, nie wychodzi przecie
Z granic wytkniętych dobrym wychowaniem
670
I prawdę mówiąc, cała go Werona
Ma za młodzieńca pełnego przymiotów;
Nie chciałbym za nic w świecie w moim domu
Czynić mu krzywdy. Uspokój się zatem,
Miły synowcze[79], nie zważaj na niego,
675
Taka ma wola; jeśli ją szanujesz,
Okaż uprzejmość i spędź precz z oblicza
Ten mars[80] niezgodny z weselem tej doby.

GospodarzTYBALT

Taki gość w domu nabawia choroby;
Nie ścierpię go tu.

KAPULET

680
Chcę go mieć cierpianym[81].
Cóż to, zuchwalcze? Mówię, że chcę! Cóż to?
Czy ja tu jestem, czy waść jesteś panem?
Waść go tu nie chcesz ścierpieć! Boże odpuść!
Waść mi chcesz gości porozpędzać? Kołki
685
Na łbie mi strugać? Przewodzić w mym domu?

TYBALT

Stryju, to hańba!

KAPULET

Cicho! Burdą[82] jesteś.
Z tą porywczością doigrasz się waszmość.
Zawsze mi musisz się sprzeciwiać! — Brawo,
690
Kochana młodzi! — Urwipołeć z waści!
Siedź cicho albo… Hola! Więcej światła! —
Ja cię uciszę. Patrz go! — Żwawo, chłopcy!

TYBALT

Gniew dobrowolny z flegmą przymuszoną
Na krzyż się schodząc wstrząsają mi łono.
695
Muszę ustąpić; wkrótce się atoli
W gorzką żółć zmieni ta słodycz wbrew woli.
oddala się

ROMEO

do Julii[83]
MiłośćJeśli dłoń moja, co tę świętość trzyma,
Bluźni dotknięciem: zuchwalstwo takowe
Odpokutować usta me gotowe
700
Pocałowaniem pobożnym pielgrzyma.

JULIA

do Romea
Mości pielgrzymie, bluźnisz swojej dłoni,
Która nie grzeszy zdrożnym dotykaniem;
Jestli[84] ujęcie rąk pocałowaniem,
Nikt go ze świętych pielgrzymom nie broni.

ROMEO

jak pierwej
705
Nie mająż[85] święci ust tak jak pielgrzymi?

JULIA

jak pierwej
Mają ku modłom lub kornej podzięce.

ROMEO

Niechże ich usta czynią to co ręce;
Moje się modlą, przyjm modły ich, przyjmij.

Grzech, PocałunekJULIA

Niewzruszonymi pozostają święci,
710
Choć gwoli[86] modłów niewzbronne ich chęci.

ROMEO

Ziść więc cel moich, stojąc niewzruszenie.
I z ust swych moim daj wziąć rozgrzeszenie.
całuje ją

JULIA

Moje więc teraz obciąża grzech zdjęty.

ROMEO

Z mych ust? O! grzechu, zbyt pełen ponęty!
715
Niechże go nazad rozgrzeszony zdejmie!
Pozwól.
całuje ją znowu

JULIA

Jak z książki całujesz pielgrzymie.

MARTA

Panienko, jejmość pani matka prosi.

ROMEO

Któż jest jej matką?

MARTA

720
SługaJej matką? Bajbardzo[87]!
Nikt inny, jeno pani tego domu;
I dobra pani, mądra a cnotliwa.
Ja byłam mamką tej, coś z nią pan mówił.
Smaczny by kąsek miał, kto by ją złowił.

ROMEO

725
Konflikt, WrógA więc Kapulet! O dolo zbyt sroga!
Życie me jest więc w ręku mego wroga.

BENWOLIO

Wychodźmy, wieczór dobiega już końca.

ROMEO

Niestety! Z wschodem dla mnie zachód słońca.

KAPULET

do rozchodzących się gości
Ejże, panowie, pozostańcie jeszcze;
730
Mają nam wkrótce dać małą przekąskę.
Chcecie koniecznie? Muszę więc ustąpić.
Dzięki wam, mili panowie i panie.
Dobranoc. Światła! Idźmyż spać.
do Drugiego Kapuleta
Braciszku,
735
Zapóźniliśmy się; idę wypocząć.
Wychodzą wszyscy prócz Julii i Marty.

JULIA

Czy nie wiesz, nianiu, kto to jest ten pan?

MARTA

Ten,tu?
To syn starego Tyberia.

JULIA

A tamten,
740
Co właśnie ku drzwiom zmierza?

MARTA

To podobno
Młody Petrycy.

JULIA

A ów, tam na prawo,
Co nie chciał tańczyć?

MARTA

745
Nie wiem.

JULIA

Spytaj, proszę,
Jak się nazywa. Jeżeli żonaty,
Całun mnie czeka zamiast ślubnej szaty.

MARTA

Zwie się Romeo, jest z rodu Montekich,
750
Synem waszego największego wroga.

JULIA

Konflikt, Miłość, Nienawiść, WrógJako obcego za wcześnie ujrzałam!
Jako lubego za późno poznałam!
Dziwny miłości traf się na mnie iści,
Że muszę kochać przedmiot nienawiści.

MARTA

755
Co to jest? Co to takiego?

JULIA

To wiersze,
Których mię jeden tancerz dziś nauczył.

MARTA

Pójdź spać, waćpanna.
Głos za sceną: „Julio!”
Dalej! dalej!
760
Wołają pannę i pusto już w sali.
Wychodzą.

Tekst: Wolne Lektury, domena publiczna lub wolna licencja. Spis treści i audiobook.