AKT PIERWSZY
SCENA PIERWSZA
Plac publiczny. Wchodzą Samson i Grzegorz uzbrojeni w tarcze i miecze.
SAMSON
15SługaDalipan, Grzegorzu, nie będziem darli pierza.
GRZEGORZ
16Ma się rozumieć, bobyśmy byli zdziercami.
SAMSON
17Ale będziemy darli koty, jak z nami zadrą.
GRZEGORZ
18Kto zechce zadrzeć z nami, będzie musiał zadrżeć.
SAMSON
19Mam zwyczaj drapać zaraz, jak mię kto rozrucha[1].
GRZEGORZ
20Tak, ale nie zaraz zwykłeś się dać rozruchać.
SAMSON
21Te psy z domu Montekich rozruchać mię mogą bardzo łatwo.
GRZEGORZ
22Rozruchać się tyle znaczy co ruszyć się z miejsca; być walecznym jest to stać nieporuszenie: pojmuję więc, że skutkiem rozruchania się twego będzie — drapnięcie[2].
SAMSON
23Te psy z domu Montekich rozruchać mię mogą tylko do stania na miejscu. Będę jak mur dla każdego mężczyzny i każdej kobiety z tego domu.
GRZEGORZ
24To właśnie pokazuje twoją słabą stronę; mur dla nikogo niestraszny i tylko słabi go się trzymają.
SAMSON
25Prawda, dlatego to kobiety, jako najsłabsze, tulą się zawsze do muru. Ja też odtrącę od muru ludzi Montekich, a kobiety Montekich przyprę do muru.
GRZEGORZ
26Spór jest tylko między naszymi panami i między nami, ich ludźmi.
SAMSON
27Mniejsza mi o to, będę nieubłagany. Pobiwszy ludzi, wywrę wściekłość na kobietach: rzeź między nimi sprawię.
GRZEGORZ
28Rzeź kobiet chcesz przedsiębrać?
SAMSON
29Nie inaczej: wtłoczę miecz w każdą po kolei. Wiadomo, że się do lwów liczę.
GRZEGORZ
30Tym lepiej, że się liczysz do zwierząt; bo gdybyś się liczył do ryb, to byłbyś pewnie sztokfiszem[3]. SługaWeź no się za instrument[4], bo oto nadchodzi dwóch domowników Montekiego.
Wchodzą Abraham i Baltazar.
SAMSON
31Mój giwer[5] już dobyty: zaczep ich, ja stanę z tyłu.
GRZEGORZ
SAMSON
GRZEGORZ
34Ja bym się miał bać z twojej przyczyny!
SAMSON
35Miejmy prawo za sobą, niech oni zaczną.
GRZEGORZ
36Marsa im nastawię[7] przechodząc; niech go sobie, jak chcą, tłumaczą.
SAMSON
37Nie jak chcą, ale jak śmią. Ja im gębę wykrzywię; hańba im, jeśli to ścierpią.
ABRAHAM
38Skrzywiłeś się na nas, mości panie?
SAMSON
39Nie inaczej, skrzywiłem się.
ABRAHAM
40Czy na nas się skrzywiłeś, mości panie?
SAMSON
do Grzegorza
41Będziemyż[8] mieli prawo za sobą, jak powiem: tak jest?
GRZEGORZ
SAMSON
43Nie, mości panie; nie skrzywiłem się na was, tylko skrzywiłem się tak sobie.
GRZEGORZ
do Abrahama
44Zaczepki waść szukasz?
ABRAHAM
SAMSON
46Jeżeli jej szukasz, to jestem na waścine usługi. Mój pan tak dobry, jak i wasz.
ABRAHAM
SAMSON
Benwolio ukazuje się w głębi.
GRZEGORZ
na stronie do Samsona
49Powiedz: lepszy. Oto nadchodzi jeden z krewnych mego pana.
SAMSON
ABRAHAM
SAMSON
52Dobądźcie mieczów, jeśli macie serca. Grzegorzu, pamiętaj o swoim pchnięciu.
BENWOLIO
53Odstąpcie, głupcy; schowajcie miecze do pochew. Sami nie wiecie, co robicie.
Rozdziela ich swoim mieczem.
Wchodzi Tybalt.
TYBALT
Cóż to? Krzyżujesz oręż z parobkami?
55Do mnie, Benwolio! Pilnuj swego życia.
BENWOLIO
Przywracam tylko pokój. Włóż miecz nazad
Albo wraz ze mną rozdziel nim tych ludzi.
TYBALT
WrógZ gołym orężem pokój? Nienawidzę
Tego wyrazu, tak jak nienawidzę
60Szatana, wszystkich Montekich i ciebie.
Broń się, nikczemny tchórzu.
Walczą. Nadchodzi kilku przyjaciół obu partii i mieszają się do zwady; wkrótce potem wchodzą mieszczanie z pałkami.
PIERWSZY OBYWATEL
Hola! Berdyszów
[9]! Pałek! Dalej po nich!
Precz z Montekimi, precz z Kapuletami!
Wchodzą
Kapulet i
Pani Kapulet[10]
KAPULET
Co za hałas? Podajcie mi długi
65Mój miecz! Hej!
PANI KAPULET
Raczej kulę; co ci z miecza?
KAPULET
WrógMiecz, mówię! Stary Monteki nadchodzi.
I szydnie
[11] swoją klingą mi urąga.
Wchodzą Monteki i Pani Monteki.
MONTEKI
PANI MONTEKI
Nie puszczę cię na krok, gdy wróg przed tobą.
Wchodzi Książę z orszakiem.
KSIĄŻĘ
Zapamiętali, niesforni poddani,
Bezcześciciele bratniej stali! Cóż to,
Czy nie słyszycie? Ludzie czy zwierzęta,
75Co wściekłych swoich gniewów żar gasicie
W własnych żył swoich źródle purpurowym;
Pod karą tortur wypuśćcie natychmiast
Z dłoni skrwawionych tę broń buntowniczą
I posłuchajcie tego, co niniejszym
80Wasz rozjątrzony
[12] książę postanawia.
Domowe starcia, z marnych słów zrodzone
Przez was, Monteki oraz Kapulecie,
Trzykroć już spokój miasta zakłóciły,
Tak że poważni wiekiem i zasługą
85Obywatele werońscy musieli
Porzucić swoje wygodne przybory
I w stare dłonie stare ująć miecze,
By zardzewiałym ostrzem zardzewiałe
Niechęci wasze przecinać.
KaraJeżeli
90Wzniecicie kiedyś waśń podobną,
Zamęt pokoju opłacicie życiem.
A teraz wszyscy ustąpcie niezwłocznie.
Ty, Kapulecie, pójdziesz ze mną razem;
Ty zaś, Monteki, przyjdziesz po południu
95Na ratusz, gdzie ci dokładnie w tym względzie
Dalsza ma wola oznajmiona będzie.
Jeszcze raz wzywam wszystkich tu obecnych
Pod karą śmierci, aby się rozeszli.
Książę z orszakiem wychodzi. Podobnież Kapulet, Pani Kapulet, Tybalt, obywatele i słudzy.
MONTEKI
Kto wszczął tę nową zwadę? Mów, synowcze,
100Byłżeś
[13] tu wtedy, gdy się to zaczęło?
BENWOLIO
I wasi już się bili, kiedym nadszedł;
Dobyłem broni, aby ich rozdzielić:
Wtem wpadł szalony Tybalt z gołym mieczem,
105I harde zionąc mi w uszy wyzwanie,
Jął się wywijać nim i siec powietrze,
Które świszczało tylko szydząc z marnych
Jego zamachów. Gdyśmy tak ze sobą
Cięcia i pchnięcia zamieniali, zbiegł się
110Większy tłum ludzi; z obu stron walczono,
Aż książę nadszedł i rozdzielił wszystkich.
PANI MONTEKI
Jakże się cieszę, że nie był w tym starciu.
BENWOLIO
Godziną pierwej, nim wspaniałe słońce
115W złotych się oknach wschodu ukazało,
Troski wygnały mię z dala od domu
W sykomorowy
[15] ów gaj
[16], co się ciągnie
Ku południowi od naszego miasta.
Tam, już tak rano, syn wasz się przechadzał.
120Ledwiem go ujrzał, pobiegłem ku niemu;
Lecz on, spostrzegłszy mię, skrył się natychmiast
I w najciemniejszej ukrył się gęstwinie.
Pociąg ten jego do odosobnienia
Mierząc mym własnym (serce nasze bowiem
125Jest najczynniejsze, kiedyśmy samotni),
Nie przeszkadzałem mu w jego dumaniach
I w inną stronę się udałem, chętnie
Stroniąc od tego, co rad mnie unikał.
Nieraz o świcie już go tam widziano
130Łzami poranną mnożącego rosę,
A chmury — swego oblicza chmurami,
Aliści ledwo na najdalszym wschodzie
Wesołe słońce sprzed łoża Aurory
[17]
Zaczęło ściągać cienistą kotarę,
135On, uciekając od widoku światła,
Co tchu zamykał się w swoim pokoju;
Zasłaniał okna przed jasnym dnia blaskiem
I sztuczną sobie ciemnicę utwarzał.
W czarne bezdroża dusza jego zajdzie,
140Jeśli się na to lekarstwo nie znajdzie.
BENWOLIO
Szanowny stryju, znaszże
[18] powód tego?
MONTEKI
Nie znam i z niego wydobyć nie mogę.
BENWOLIO
Wybadywałżeś
[19] go jakim sposobem?
MONTEKI
Wybadywałem i sam, i przez drugich,
145Lecz on jedyny powiernik swych smutków.
Tak im jest wierny, tak zamknięty w sobie,
Od otwartości wszelkiej tak daleki
Jak pączek kwiatu, co go robak gryzie,
Nim światu wonny swój kielich roztoczył
150I pełność swoją rozwinął przed słońcem.
Gdybyśmy mogli dojść tych trosk zarodka,
Nie zbrakłoby nam zaradczego środka.
Romeo ukazuje się w głębi.
BENWOLIO
Oto nadchodzi. Odstąpcie na stronę;
Wyrwę mu z piersi cierpienia tajone.
MONTEKI
155Obyś w tej sprawie, co nam serce rani,
Mógł być szczęśliwszym od nas! Pójdźmy, pani.
Wychodzą Monteki i Pani Monteki.
BENWOLIO
ROMEO
Jeszczeż
[20] nie południe?
BENWOLIO
ROMEO
160Jak nudnie
Wloką się chwile. Moiż
[21] to rodzice
Tak spiesznie w tamtą zboczyli ulicę?
BENWOLIO
Tak jest. Lecz cóż tak chwile twoje dłuży?
ROMEO
Nieposiadanie tego, co je skraca.
BENWOLIO
ROMEO
BENWOLIO
ROMEO
Brak jej tam, skądbym pragnął wzajemności.
BENWOLIO
MiłośćNiestety! Czemuż, zdając się niebianką,
170Miłość jest w gruncie tak srogą tyranką?
ROMEO
Niestety! Czemuż, z zasłoną na skroni,
Miłość na oślep zawsze cel swój goni!
Gdzież dziś jeść będziem? Ach! Był tu podobno
Jakiś spór? Nie mów mi o nim, wiem wszystko.
175W grze tu nienawiść wielka, lecz i miłość.
O! Wy sprzeczności niepojęte dziwa!
Szorstka miłości! Nienawiści tkliwa!
Coś narodzone z niczego! Pieszczoto
Odpychająca! Poważna pustoto!
180Szpetny chaosie wdzięków! Ciężki puchu!
Jasna mgło! Zimny żarze! Martwy ruchu!
Śnie bez snu! Taką to w sobie zawiłość,
Taką niełączność łączy moja miłość.
Czy się nie śmiejesz?
BENWOLIO
185Nie, płakałbym raczej.
ROMEO
Nad czym, poczciwa duszo?
BENWOLIO
Nad uciskiem,
Poczciwej duszy twojej.
ROMEO
190Miłości nawet przez odbitkę działa?
Dość mi już ciężył mój smutek, ty jego
Brzemię powiększasz przewyżką twojego;
Współczucie twoje nad moim cierpieniem
Nie ulgą, ale nowym jest kamieniem
195Dla mego serca. Miłość, przyjacielu,
To dym, co z parą westchnień się unosi;
To żar, co w oku szczęśliwego płonie;
Morze łez, w którym nieszczęśliwy tonie.
Czymże jest więcej? Istnym amalgamem
[22],
200Żółcią trawiącą i zbawczym balsamem.
Bądź zdrów.
chce odejść
BENWOLIO
PrzyjaźńZaczekaj! Krzywdę byś mi sprawił,
Gdybyś mą przyjaźń z kwitkiem tak zostawił.
ROMEO
Ach! Ja nie jestem tu, nie jestem sobą;
205To nie Romeo, co rozmawia z tobą.
BENWOLIO
ROMEO
BENWOLIO
Nie jęczyć,
210Tylko mi klucz dać do tego problemu,
Kogóż to kochasz? Powiedz.
ROMEO
Każ choremu
Pisać testament: będzież
[25] to wezwanie
Dobre dla tego, kto jest w tak złym stanie?
215A więc, kobietę kocham.
BENWOLIO
Celniem mierzył,
Gdym to pomyślał, nimeś mi powierzył.
ROMEO
Biegle celujesz. I ta, którą kocham,
Jest piękna.
BENWOLIO
220W piękny cel trafić najłatwiej.
ROMEO
Pod twardą zbroją wstydliwości swojej
Grotów miłości wcale się nie boi;
225Szydzi z nawału zaklęć oblężniczych;
Odpiera szturmy spojrzeń napastniczych;
Nawet jej złota wszechwładztwo nie zjedna.
Bogata w wdzięki, w tym jedynie biedna,
Że kiedy umrze, do grobu z nią zstąpi
230Całe bogactwo, którego tak skąpi.
BENWOLIO
Wiecznież
[28] chce sama zostać z swym bogactwem?
ROMEO
Bo piękność, którą własna srogość strawia,
Całą potomność piękności pozbawia.
235
KobietaZbyt ona piękna, zbyt mądra zarazem;
Zbyt mądrze piękna: stąd istnym jest głazem.
Przysięgła nigdy nie kochać i dzięki
Temu skazanym — wieczne cierpieć męki.
BENWOLIO
Jest na to rada: przestań myśleć o niej.
ROMEO
240Doradźże także, jakim bym sposobem
Mógł przestać myśleć.
BENWOLIO
Dając oczom wolność
Rozpatrywania się w innych pięknościach.
ROMEO
To byłby tylko sposób przywołania
245Jej cudnych wdzięków tym żywiej na pamięć.
Choć czarna, nęci nas, bo przeczuwamy
Pod nią zbiór ponęt; ten, co wzrok postradał,
Zapomniż
[29] kiedy, jaki skarb posiadał?
250Pokaż mi jaki ideał dziewczęcy,
Będzież
[30] on dla mnie w istocie czym więcej
Jak przypomnieniem, że jest piękność inna,
Przed którą ta by uklęknąć powinna?
Bądź zdrów, niewczesną
[31] podajesz mi radę.
BENWOLIO
255Najpraktyczniejszą — życie w zastaw kładę.
Wychodzą.
SCENA DRUGA
Ulica. Wchodzą Kapulet i Parys, za nimi Służący.
KAPULET
Podobną jak mnie karą zagrożono
I Montekiemu; ależ w wieku naszym
Spokojnie siedzieć rzecz nietrudna.
PARYS
Oba
260Szanownych szczepów jesteście odrośle;
Tym ci żałośniej, że od tyla czasu
Żyjecie w takim rozdwojeniu z sobą.
Cóż mówisz, panie, na moje zabiegi?
KAPULET
265Mojemu dziecku świat jest jeszcze obcy,
Ledwie czternastu lat wysnuła przędzę;
Parę jej wiosen jeszcze przeżyć trzeba,
Nim małżeńskiego zakosztuje chleba.
PARYS
Z młodszych bywały nieraz szczęsne matki.
KAPULET
270Lecz prędko więdną przedwczesne mężatki.
Ziemia schłonęła wszystkie me nadzieje:
Przyszłą, jedyną moich ziem dziedziczką.
Staraj się jednak, skarb sobie jej serce,
275Chęć ma z jej chęcią nie będzie w rozterce
[32];
Jeśli cię przyjmie, głos ojca w tym względzie
Jej pozwolenia echem tylko będzie.
Gości sprosiłem; gdyby ci się dało
280Być jednym więcej, w nader miły sposób
Zwiększyłbyś przez to zbiór miłych mi osób.
W biednym mym domu, jednocześnie z nocą,
Takie dziś gwiazdy ziemskie zamigocą,
Że od ich blasku blask niebieski zblednie.
285Uciechy, młodym ludziom odpowiednie,
Podobne do tych, jakie kwiecień sprawia,
Gdy w starym progu zimy się pojawia;
Takie uciechy, w całej swojej mocy,
Wśród hożych dziewic staną się tej nocy
290Udziałem twoim w domu Kapuletów.
Przyjdź, przejrz
[33] i wybierz sobie z tych bukietów
Kwiat najpiękniejszy. I mój kwiat tam luby
Wejdzie do liczby, choć nie do rachuby.
Idźmy.
295A wasze
[34] obejdź w krąg Weronę,
Wynajdź osoby tu wyszczególnione
oddaje mu papier
I powiedz każdej: że mój dom otworem
Na ich usługi stanie dziś wieczorem.
Wychodzą Kapulet i Parys.
SŁUŻĄCY
299Mam wynaleźć osoby tu wyszczególnione: to się znaczy według tego, co tu napisano… A cóż tu napisano? Oto: że szewc ma pilnować łokcia, a krawiec kopyta; rybak pędzla, a malarz więcierza[35]. Jakże wynajdę osoby tu wyszczególnione, kiedy nie mogę wynaleźć środka na wyczytanie tego, co osoba pisząca tu wyszczególniła? Kazano mi jednak; muszę się udać do uczonych. Oto jacyś ichmoście. W samą porę nadchodzą.
Wchodzi Romeo i Benwolio.
BENWOLIO
300Tak, bracie, płomień spędza się płomieniem,
Ból dawny nowym leczy się cierpieniem;
Kręć się na odwrót, gdy masz zawrót głowy;
Klin wyrugujesz, klin wbijając nowy;
Zaczerpnij nowej zarazy do łona,
305A jad dawniejszej niewątpliwie skona.
ROMEO
Liść pokrzywiany wyborny jest na to.
BENWOLIO
ROMEO
Na oparzeliznę;
Spróbuj no tylko.
BENWOLIO
310Powiedz mi, Romeo,
Czyś ty oszalał?
ROMEO
Lecz wpadłem w gorszy stan niż szalonego;
W loch się dostałem, jestem pastwą głodu,
315Chłost i mąk…
SługaDobry wieczór, przyjacielu.
SŁUŻĄCY
Nawzajem, panie. Czy umiesz pan czytać?
ROMEO
Niestety! Umiem w moim przeznaczeniu
Czytać niedolę.
SŁUŻĄCY
Tego się bez książki
320Można nauczyć; ale ja się pytam,
Czy pan pisane rzeczy umie czytać?
ROMEO
Małej mi rzeczy do tego potrzeba,
To jest znać tylko język i litery.
SŁUŻĄCY
Słusznie pan mówisz, bądźże
[36] zdrów i wesół.
chce odejść
ROMEO
325Czekaj no, wasze, umiem czytać.
czyta
326„Sinior[37] Martino, jego małżonka i córki. Hrabia Anzelm ze swymi pięknymi siostrami. Siniora[38] wdowa po Witruwiuszu. Sinior Placentio i jego miłe siostrzenice. Merkucjusz i jego brat Walenty. Mój stryj Kapulet z małżonką i córkami. Moja śliczna siostrzenica, Rozalina, Liwia, Sinior Valentio i nasz kuzyn Tybalt. Lucjusz i nadobna Helena.” Wspaniałe grono! oddaje kartę Gdzież oni przyjść mają?
SŁUŻĄCY
ROMEO
SŁUŻĄCY
329Do naszego pałacu, na wieczerzę.
ROMEO
SŁUŻĄCY
ROMEO
332W istocie powinienem się był przede wszystkim spytać, kto nim jest.
SŁUŻĄCY
333Oznajmię to panu bez pytania: moim panem jest możny, bogaty Kapulet; jeżeli panowie nie jesteście z domu Montekich, to was zapraszam do niego na kubek wina. Bądźcie weseli.
wychodzi
BENWOLIO
Na tym wieczorze Kapuleta będzie
335Bożyszcze twoje, piękna Rozalina,
Obok najpierwszych piękności werońskich.
Pójdź tam i okiem bezstronnym porównaj
Jej twarz z obliczem tych, które ci wskażę:
Wnet nowe bóstwo ślad dawnego zmaże.
ROMEO
340
Miał dać świadectwo, łzy, stańcie się żarem!
Wy, zalewane wciąż, a jeszcze żywe
Przezrocza, spłońcie pod kłamstwa nadmiarem!
Zatrzeć jej wdzięki! Nigdy wszechwidzące
345Równej piękności nie widziało słońce.
BENWOLIO
Wielbisz ją, boś ją jedną na oboich
Ważył dotychczas szalach oczu swoich,
Lecz umieść na tej wadze kryształowej
Obok niej inną, którą ci gotowy
350Będę dziś wskazać; a ręczę, że owa
Nieporównana w kąt się przed tą schowa.
ROMEO
Pójdę tam, ale z obojętnym okiem,
Jednej wyłącznie poić się widokiem.
Wychodzą.
SCENA TRZECIA
Pokój w domu Kapuletów. Wchodzi Pani Kapulet i Marta
PANI KAPULET
355Na moją cnotę do dwunastu wiosen —
Już ją wołałam. Pieszczotko, biedronko!
Julciu! Pieszczotko moja! Moje złotko!
Boże, zmiłuj się! Gdzież ona jest? Julciu!
Wchodzi Julia.
JULIA
MARTA
JULIA
Jestem, pani;
Co mi rozkażesz?
PANI KAPULET
Słuchaj. Odejdź, Marto;
Mam z nią sam na sam coś do pomówienia.
365Marto, pozostań; przychodzi mi na myśl,
Że twa obecność może być potrzebna.
Julka ma piękny już wiek, wszakże prawda?
MARTA
Ba, mogę wiek jej policzyć na palcach.
PANI KAPULET
Czternaście ma już lat, jak mi się zdaje.
MARTA
370Czternaście moich zębów w zakład stawię
(Chociaż właściwie mam ich tylko cztery),
Że jeszcze nie ma. Rychłoż
[40] będzie święto
Piotra i Pawła?
PANI KAPULET
Za parę tygodni
375Mniej więcej.
MARTA
Mniej czy więcej, czy okrągło,
Ale dopiero w wieczór na świętego
Piotra i Pawła
[41] skończy lat czternaście.
Ona z Zuzanką, Boże, zbaw nas grzesznych!
380Były rówieśne. Zuzanka u Boga —
Byłże to anioł! Ale jak mówiłam,
Julcia dopiero na świętego Piotra
i Pawła skończy spełna lat czternaście.
Tak, tak; pamiętam dobrze. Mija teraz
385Rok jedenasty od trzęsienia ziemi
[42];
Właśnie od piersi była odsadzona,
Spomiędzy wszystkich dni bożego roku
Tego jednego nigdy nie zapomnę.
Piołunem
[43] sobie wtedy pierś potarłam,
390Siedząc na słońcu tuż pod gołębnikiem.
Państwo byliście tego dnia w Mantui.
A co? Mam pamięć? Ale jak mówiłam,
Skoro pieszczotka moja na brodawce
Poczuła gorycz, trzeba było widzieć,
395Jak się skrzywiła, szarpnęła od piersi;
Gołębnik za mną: skrzyp! A ja co żywo
Na równe nogi: hyc! Nie myśląc czekać,
Aż mi kto każe. Upłynęło odtąd
Lat jedenaście. Umiała już wtedy
400O własnej sile stać, co mówię, biegać,
Dyrdać. Dniem pierwej
[44] zbiła sobie czoło.
Mój mąż, świeć Panie jego duszy! podniósł
Z ziemi niebogę; był to wielki figlarz.
«Plackiem — rzekł — padasz teraz, a jak przyjdzie
405Większy rozumek, to na wznak upadniesz,
Nieprawdaż, Julciu?» A ten mały łotrzyk
Jak mi Bóg miły! przestał zaraz krzyczeć
I odpowiedział: «tak». Chociażbym żyła
Tysiąc lat, nigdy tego nie zapomnę.
410«Nieprawdaż, Julciu — rzekł — że padniesz wznak?»
A mały urwis odpowiedział: «tak».
PANI KAPULET
Dość tego, Marto, skończ już tę historię.
Proszę cię.
MARTA
Dobrze, miłościwa pani.
415Ale nie mogę wstrzymać się od śmiechu,
Kiedy przypomnę sobie, jak to ona
Przestała krzyczeć i odpowiedziała:
«Tak». Miała jednak guz jak kurze jaje,
Siniec porządny i płakała gorzko;
420Ale gdy mąż mój rzekł: «Plackiem dziś padasz,
A jak dorośniesz, to na wznak upadniesz,
Nieprawdaż Julciu?», tak i niebożątko
Zaraz ucichło i odrzekło: «tak».
JULIA
Ucichnij też i ty, proszę cię, nianiu.
MARTA
425Jużem
[45] ucichła przecie. Pan Bóg z tobą!
Ty jesteś perłą ze wszystkich niemowląt,
Jakie karmiłam. Gdybym jeszcze mogła
Patrzeć na twoje zamęście!…
430To jest punkt właśnie, o którym chcę mówić.
Powiedz mi, Julio, co myślisz i jakie
Są chęci twoje we względzie małżeństwa?
JULIA
O tym zaszczycie jeszcze nie myślałam.
MARTA
O tym zaszczycie! Gdybym nie ja była
435Twą karmicielką, rzekłabym, żeś mądrość
Wyssała z mlekiem.
PANI KAPULET
Młodsze od ciebie dziewczęta z szlachetnych
Domów w Weronie wcześnie stan zmieniają;
440Ja sama byłam już matką w tym wieku,
W którym tyś jeszcze panną. Krótko mówiąc,
Waleczny Parys stara się o ciebie.
MARTA
To mi kawaler! Panniuniu, to brylant
Taki kawaler: chłopiec gdyby z wosku
[47]!
PANI KAPULET
445Nie ma w Weronie równego mu kwiatu.
MARTA
Co to, to prawda: kwiat to, kwiat prawdziwy.
PANI KAPULET
Cóż, Julio? Będziesz mogła go kochać?
Dziś w wieczór ujrzysz go wśród naszych gości.
Wczytaj się w księgę jego lic, na których
450Pióro piękności wypisało miłość;
Przypatrz się jego rysom, jak uroczo,
Zgodnie się schodzą z sobą i jednoczą;
A co w tej księdze wyda ci się mrocznym,
To w jego oczach stanieć
[48] się widocznym.
455Do upięknienia tej, zaprawdę rzadkiej,
Edycji męża brak tylko okładki.
Roślina w ziemi, ryba w wodzie żyje;
Miło, gdy piękną treść piękny wierzch kryje;
I tym wspanialsza, tym więcej jest warta
460Złota myśl w złotej oprawie zawarta.
Tak więc z nim wszystką jego właść
[49] posiędziesz
I w niczym sama ujmy mieć nie będziesz.
MARTA
Ujmy? Ba, owszem przyrost, boć to przecie
Zawżdy z mężczyzną przybywa kobiecie.
PANI KAPULET
465Chceszże
[50] go? Powiedz krótko, węzłowato.
JULIA
Zobaczę, jeśli patrzenia dość na to;
Nie głębiej jednak myślę w tę rzecz wglądać,
Jak tobie, pani, podoba się żądać.
SŁUŻĄCY
469Pani, goście już przybyli; wieczerza zastawiona, czekają na panie, pytają o pannę Julię, przeklinają w kuchni panią Martę; słowem, niecierpliwość powszechna. Niech panie raczą pośpieszyć.
wychodzi
PANI KAPULET
470Pójdź, Julio; w hrabi serce tam dygoce.
MARTA
471Idź i po błogich dniach błogie znajdź noce.
Wychodzą.
SCENA CZWARTA
Ulica. Wchodzą Romeo, Merkucjo i Benwolio w towarzystwie pięciu czy sześciu masek. Ludzie z pochodniami i inne osoby.
ROMEO
ObyczajeMamyż przy wejściu z przemową wystąpić
Czy też po prostu wejść?
BENWOLIO
Wyszły już z mody
475Te ceremonie; nie będziemy z sobą
Wiedli Kupida z opaską na skroni,
Łuk malowany z gontu niosącego
I straszącego dziewczęta jak ptaki,
Ani też owych prawili oracji,
480Mdło za suflerem cedzonych na wstępie.
Niech sobie o nas pomyślą, co zechcą;
Wejdziem, pokręcim się i znikniem potem.
ROMEO
Kręćcie się, kiedy chcecie, jam do tego
Dziś niesposobny.
MERKUCJO
485Kochany Romeo,
Musisz potańczyć także.
ROMEO
Wy macie lekkie trzewiki, to tańczcie;
Mnie ołów serce tłoczy, ledwie mogę
490Ruszyć się z miejsca.
MERKUCJO
Zakochany jesteś;
Pożycz strzelistych od Kupida skrzydeł
I wznieś się nimi nad poziomą sferę.
ROMEO
Nie mnie, tkniętemu srodze jego strzałą,
495Strzeliście wzbijać się na jego skrzydłach;
Nie mnie się wznosić nad poziom, co nosząc
Brzemię miłości, na poziom upadam.
MERKUCJO
A gdybyś upadł z nią, ją byś obrzemił
[51].
Tak delikatną rzecz przygniótłbyś srodze.
ROMEO
500Nazywasz miłość rzeczą delikatną?
Zbyt, owszem, twarda, szorstka i koląca.
MERKUCJO
Twardali
[52] dla cię, bądź i dla niej twardy;
Kol ją, gdy kole, a zwalisz ją łatwo.
MaskaHola! Podajcie mi na twarz pokrowiec!
505Maskę na maskę!
wkłada maskę
Niechaj sobie teraz
Ciekawe oko nicuje mą szpetność!
Ta larwa
[53] za mnie będzie się rumienić.
BENWOLIO
Idźmy, panowie; zadzwońmy, a potem
510Ostro już tylko polećmy się nogom.
ROMEO
Niech trzpioty łechcą nieczułą posadzkę!
Pochodni dla mnie! Bom ja dziś skazany,
Jak ów pachołek, co świeci swej pani,
Stać nieruchomie i martwym być widzem.
MERKUCJO
515Stój, jak chcesz, byleś tylko nie stał o to
[54],
Co cię tak martwi, a w czym (z całym winnym
Uszanowaniem dla twojej miłości),
Jak w błocie, widzę, po uszy zagrzązłeś.
Nuże
[55], nie palmy świec w dzień.
ROMEO
MERKUCJO
Mniemam, panie, że czas tracąc
Zarówno psujem świece bez potrzeby,
Jak w dzień je paląc. Przyjmij tę uwagę;
525Bo w niej pięć razy więcej jest logiki
Niż w naszych pięciu zmysłach.
ROMEO
Uważamy
Za rzecz stosowną pójść tam na ten festyn,
Chociaż logiki w tym nie ma.
MERKUCJO
ROMEO
SenMiałem tej nocy marzenie.
MERKUCJO
ROMEO
MERKUCJO
To, że marzyciele
535Najczęściej zwykli kłamać.
ROMEO
Przez sen w łóżku,
Gdy w gruncie marzą o rzeczach prawdziwych.
MERKUCJO
Snadź
[57] się królowa Mab
[58] widziała z tobą;
Ta, co to babi wieszczkom i w postaci
540Kobietki mało co większej niż agat
Na wskazującym palcu aldermana
[59],
Ciągniona cugiem drobniuchnych atomów,
Tuż, tuż śpiącemu przeciąga pod nosem.
Szprychy jej wozu z długich nóg pajęczych,
545Osłona z lśniących skrzydełek szarańczy;
Sprzężaj
[60] z plecionych nitek pajęczyny;
Lejce z wilgotnych księżyca promyków;
Bicz z cienkiej żyłki na świerszcza szkielecie;
A jej forszpanem
[61] mała, szara muszka
550Przez pół tak wielka
[62] jak ów krągły owad,
Co siedzi w palcu leniwej dziewczyny;
Wozem zaś próżny laskowy orzeszek;
Dzieło wiewiórki lub majstra robaka,
Tych z dawien dawna akredytowanych
555Stelmachów
[63] wieszczek. W takich to przyborach
Co noc harcują po głowach kochanków,
Którzy natenczas marzą o miłości;
Albo po giętkich kolanach dworaków,
Którzy natenczas o ukłonach marzą;
560Albo po chudych palcach adwokatów,
Którym się wtedy roją honoraria;
Albo po ustach romansowych damul,
Którym się wtedy marzą pocałunki;
Często atoli Mab na te ostatnie
565Zsyła przedwczesne zmarszczki, gdy ich oddech
Za bardzo znajdzie cukrem przesycony.
Czasem też wjeżdża na nos dworakowi:
Wtedy śnią mu się nowe łaski pańskie;
KsiądzCzasem i księdza plebana odwiedzi,
570Gdy ten spokojnie drzemie, i ogonem
Dziesięcinnego
[64] wieprza w nos go łechce:
Wtedy mu nowe śnią się beneficja
[65]
ŻołnierzCzasem wkłusuje na kark żołnierzowi:
Ten wtedy marzy o cięciach i pchnięciach,
575O szturmach, breszach
[66], o hiszpańskich klingach
Czy o pucharach, co mają pięć sążni
[67];
Wtem mu zatrąbi w ucho: nasz bohater
Truchleje, zrywa się, klnąc zmawia pacierz
I znów zasypia.
KobietaTaka jest Mab: ona,
580Ona to w nocy zlepia grzywy koniom
I włos ich gładki w szpetne kudły zbija,
Które rozczesać niebezpiecznie; ona
Jest ową zmorą, co na wznak leżące
Dziewczęta dusi i wcześnie je uczy
585Dźwigać ciężary, by się z czasem mogły
Zawołanymi stać gospodyniami.
Ona to, ona…
ROMEO
Skończ już, skończ, Merkucjo,
MERKUCJO
590Prawię o marzeniach,
Które w istocie niczym innym nie są
Jak wylęgłymi w chorobliwym mózgu
Dziećmi fantazji; ta zaś jest pierwiastku
Tak subtelnego właśnie jak powietrze;
595Bardziej niestała niż wiatr, który już to
Mroźną całuje północ, już to z wstrętem
Rzuca ją, dążąc w objęcia południa.
BENWOLIO
Coś ten wiatr zawiał, zdaje się, i na nas,
Wieczerza stoi, spóźnimy się na nią.
600Boję się, czyli
[68] nie przyjdziem za wcześnie;
Bo moja dusza przeczuwa, że jakieś
Nieszczęście, jeszcze wpośród gwiazd wiszące,
Złowrogi bieg swój rozpocznie od daty
Uciech tej nocy i kres zamkniętego
605W mej piersi, zbyt już nieznośnego, życia
Przyśpieszy jakimś strasznym śmierci ciosem.
Lecz niech Ten, który ma ster mój w swym ręku,
Kieruje moim żaglem! Dalej! Idźmy!
BENWOLIO
Wychodzą.
SCENA PIĄTA
Sala w domu Kapuletów. Wchodzą muzykanci i słudzy.
SługaPIERWSZY SŁUGA
610SługaGdzie Potpan[69]? Czemu nie pomaga sprzątać? Gęsi mu paść, nie służyć.
DRUGI SŁUGA
611Tak to, kiedy ważne obowiązki lokaja powierzają ludziom złej maniery; na diabła się to zdało.
PIERWSZY SŁUGA
612Powynoście stołki! Usuńcie na bok bufet! Pozbierajcie srebra! Schowaj no tam dla mnie, braciszku, kawałek marcepana i szepnij na ucho odźwiernemu, żeby wpuścił Zuzannę Grindstone i Nelly; jak mię kochasz! Antoni! Potpan!
DRUGI SŁUGA
613Dobrze, chłopcze, gotowe.
PIERWSZY SŁUGA
614Wołają was, czekają na was i niecierpliwią się w wielkiej sali.
TRZECI SŁUGA
615Nie możemy być tu i tam razem[70]. Dalej, chłopcy! pohulajmyż[71] dzisiaj! Kto umie czekać, wszystkiego się doczeka.
Oddalają się. Kapulet i inni wchodzą z gośćmi i maskami.
KAPULET
Damy rachują
[73] na waszą ruchawość,
Śliczne panienki, któraż z was odmówi
Stanąć do tańca? O takiej wręcz powiem,
620Że ma nagniotki. A co? Tom was zażył!
Dalej, panowie! I ja kiedyś także
Maskę nosiłem i umiałem szeptać
W ucho pięknościom jedwabne powieści,
Co szły do serca; przeszło to już, przeszło.
625Nuże, panowie! Grajki, zaczynajcie!
Miejsca! Rozstąpmy się! Dalej, dziewczęta!
Muzyka gra. Młodzież tańczy.
Hej! Więcej światła! Wynieście te stoły!
I zgaście ogień, bo zbyt już gorąco.
630Dla nas dwóch czasy pląsów już minęły.
Jakże to dawno byliśmy obydwaj
Po raz ostatni w maskach?
DRUGI KAPULET
Będzie temu
Lat ze trzydzieści.
KAPULET
635Co? Co! Nie tak dawno
Było to, pomnę, na godach Lucencja;
Na te Zielone Świątki, da Bóg dożyć,
Będzie dwadzieścia pięć lat.
DRUGI KAPULET
Dawniej, dawniej,
640Wszak już syn jego jest trzydziestoletni.
KAPULET
Co mi waść prawisz? Przede dwoma laty
Syn jego nie był jeszcze pełnoletni.
ROMEO
SŁUGA
645Nie wiem, jaśnie panie.
ROMEO
Piękność jej wisi u nocnej opaski
Jak drogi klejnot u uszu Etiopa.
Nie tknęła ziemi wytworniejsza stopa.
650Jak śnieżny gołąb wśród kawek, tak ona
Świeci wśród swoich towarzyszek grona.
Zaraz po tańcu przybliżę się do niej
I dłoń mą uczczę dotknięciem jej dłoni.
Kochałżem
[75] dotąd? O! Zaprzecz, mój wzroku!
655Boś jeszcze nie znał równego uroku.
Sądząc po głosie, z Montekich to któryś.
Daj no mi rapir
[76], chłopcze.
HonorJak się waży
Ten łotr tu wchodzić i kłamaną larwą
[77]
Szyderczo naszej urągać zabawie?
660
KrewNa krew szlachetną, co mi wzdyma serce,
Nie będzie grzechu, jeśli go uśmiercę.
KAPULET
Tybalcie, co ci to? Czego się zżymasz
[78]?
TYBALT
Jeden z Montekich, twych śmiertelnych wrogów,
665Śmie tu znieważać gościnność twych progów.
KAPULET
TYBALT
KAPULET
Z granic wytkniętych dobrym wychowaniem
670I prawdę mówiąc, cała go Werona
Ma za młodzieńca pełnego przymiotów;
Nie chciałbym za nic w świecie w moim domu
Czynić mu krzywdy. Uspokój się zatem,
Miły synowcze
[79], nie zważaj na niego,
675Taka ma wola; jeśli ją szanujesz,
Okaż uprzejmość i spędź precz z oblicza
Ten mars
[80] niezgodny z weselem tej doby.
Taki gość w domu nabawia choroby;
Nie ścierpię go tu.
KAPULET
680Chcę go mieć cierpianym
[81].
Cóż to, zuchwalcze? Mówię, że chcę! Cóż to?
Czy ja tu jestem, czy waść jesteś panem?
Waść go tu nie chcesz ścierpieć! Boże odpuść!
Waść mi chcesz gości porozpędzać? Kołki
685Na łbie mi strugać? Przewodzić w mym domu?
TYBALT
KAPULET
Z tą porywczością doigrasz się waszmość.
Zawsze mi musisz się sprzeciwiać! — Brawo,
690Kochana młodzi! — Urwipołeć z waści!
Siedź cicho albo… Hola! Więcej światła! —
Ja cię uciszę. Patrz go! — Żwawo, chłopcy!
TYBALT
Gniew dobrowolny z flegmą przymuszoną
Na krzyż się schodząc wstrząsają mi łono.
695Muszę ustąpić; wkrótce się atoli
W gorzką żółć zmieni ta słodycz wbrew woli.
oddala się
ROMEO
MiłośćJeśli dłoń moja, co tę świętość trzyma,
Bluźni dotknięciem: zuchwalstwo takowe
Odpokutować usta me gotowe
700Pocałowaniem pobożnym pielgrzyma.
JULIA
do Romea
Mości pielgrzymie, bluźnisz swojej dłoni,
Która nie grzeszy zdrożnym dotykaniem;
Jestli
[84] ujęcie rąk pocałowaniem,
Nikt go ze świętych pielgrzymom nie broni.
ROMEO
jak pierwej
705Nie mająż
[85] święci ust tak jak pielgrzymi?
JULIA
jak pierwej
Mają ku modłom lub kornej podzięce.
ROMEO
Niechże ich usta czynią to co ręce;
Moje się modlą, przyjm modły ich, przyjmij.
Niewzruszonymi pozostają święci,
710Choć gwoli
[86] modłów niewzbronne ich chęci.
ROMEO
Ziść więc cel moich, stojąc niewzruszenie.
I z ust swych moim daj wziąć rozgrzeszenie.
całuje ją
JULIA
Moje więc teraz obciąża grzech zdjęty.
ROMEO
Z mych ust? O! grzechu, zbyt pełen ponęty!
715Niechże go nazad rozgrzeszony zdejmie!
Pozwól.
całuje ją znowu
JULIA
Jak z książki całujesz pielgrzymie.
MARTA
Panienko, jejmość pani matka prosi.
ROMEO
MARTA
720
Nikt inny, jeno pani tego domu;
I dobra pani, mądra a cnotliwa.
Ja byłam mamką tej, coś z nią pan mówił.
Smaczny by kąsek miał, kto by ją złowił.
ROMEO
725
Życie me jest więc w ręku mego wroga.
BENWOLIO
Wychodźmy, wieczór dobiega już końca.
ROMEO
Niestety! Z wschodem dla mnie zachód słońca.
KAPULET
do rozchodzących się gości
Ejże, panowie, pozostańcie jeszcze;
730Mają nam wkrótce dać małą przekąskę.
Chcecie koniecznie? Muszę więc ustąpić.
Dzięki wam, mili panowie i panie.
Dobranoc. Światła! Idźmyż spać.
do Drugiego Kapuleta
Braciszku,
735Zapóźniliśmy się; idę wypocząć.
Wychodzą wszyscy prócz Julii i Marty.
JULIA
Czy nie wiesz, nianiu, kto to jest ten pan?
MARTA
Ten,tu?
To syn starego Tyberia.
JULIA
A tamten,
740Co właśnie ku drzwiom zmierza?
MARTA
To podobno
Młody Petrycy.
JULIA
A ów, tam na prawo,
Co nie chciał tańczyć?
MARTA
JULIA
Spytaj, proszę,
Jak się nazywa. Jeżeli żonaty,
Całun mnie czeka zamiast ślubnej szaty.
MARTA
Zwie się Romeo, jest z rodu Montekich,
750Synem waszego największego wroga.
JULIA
Jako lubego za późno poznałam!
Dziwny miłości traf się na mnie iści,
Że muszę kochać przedmiot nienawiści.
MARTA
755Co to jest? Co to takiego?
JULIA
To wiersze,
Których mię jeden tancerz dziś nauczył.
MARTA
Głos za sceną: „Julio!”
Dalej! dalej!
760Wołają pannę i pusto już w sali.
Wychodzą.